Wstawiam wam pierwszą stronę bonusu, w którym opisałam pierwsze dni życia Santy Boy'a (jakby się ktoś nie domyślił, to ten obcy). Nie wiem, skąd mam tak głupie pomysły O_o Przypominam, że reklama jest dźwignią handlu, a komentarz bloga. Ostatni wpis odczuwa lekki niedosyt.
Ściany oraz podłoga wyłożone były białymi, drobnymi płytkami.
Fuga między nimi, niegdyś także biała, teraz poszarzała od
silnych chemikaliów odkażających. Migająca świetlówka jeszcze
bardziej upodabniała to miejsce do publicznej toalety na dworcu. Tam
również każdy centymetr był wyszorowany drażniącą nozdrza
chemią, ale człowiek i tak chwytał klamkę przez chusteczkę.
Rosse, której głowa była teraz pełna taki przemyśleń,
podciągnęła niżej szpitalną sukienkę otrzymaną po porodzie.
Była ona tak krótka, że nie zakrywała niczego, a było naprawdę
dużo do ukrycia. Pielęgniarki nie pozwoliły założyć Rosse
majtek, żeby nie zwiększać szansy na jakąś paskudną infekcję.
Ciekło z niej z dołu i z góry, a migrenę podjudzał nieustanny
płacz. Na porodówce płakał każdy. Płakały matki w szoku
poporodowym, płakały dzieci z pełną pieluchą, z jakiegoś powodu
płakali ojcowie i dziadkowie, których nawet nie wpuszczano na sale. Można by pomyśleć, że ten korowód
okropności zatrzymują słodkie pyszczki nowo narodzonych dzieci.
Nic bardziej mylnego. Wszystkie noworodki były jakby żywcem wyjęte
z teledysku Marilyna Mansona, który za dwie dekady zmieni na zawsze
obraz amerykańskiej popkultury. Sine i pokraczne jakby złożone z
niepasujących do siebie części różnych lalek.




