środa, 1 marca 2017

ROZDZIAŁ 21 - Szesnaście godzin życia, osiem godzin spania i kolejna kartka do wyrwania

Posypuję głowę popiołem za tak długi czas pomiędzy pojawieniem się kolejnych rozdziałów, jednak jakieś wielkiej poprawy w najbliższym czasie nie mogę obiecać. Oczywiście będę się starać z całych sił. Zdradzę wam, że chcę zakończyć TB w maksymalnie 30 rozdziałach i na pewno któryś z głównych bohaterów zginie. Domyślacie się kto?

budził się, gdy za oknem panował już całkowity mrok. Taa, może w Nigerii. W żadnym mieście w USA nigdy nie było zupełnie ciemno, bo noc rozpraszały tysiące, jeśli nie miliony sztucznych źródeł światła, fałszywych Słońc. Jakby ludzie uważali się za jakichś bogów, którzy mają prawo decydować, kiedy ma kończyć się dzień, ale przecież God never alive. Sam tak kiedyś śpiewał. To zabawne, bo on nie miał zielonego pojęcia o śpiewaniu, podobnie jak o graniu – lata temu, gdy jeszcze nie drżały mu palce, znalazł się na jakiejś tam liście najlepszych gitarzystów, a nawet nie umiał czytać nut. Co zresztą, nie było znowu taką rzadkością wśród metalowców i w niczym nie przeszkadzało. Ponieważ wtedy, gdy mieli po dwadzieścia lat, nie pisali i nie nagrywali piosenek, bo to przecież takie trywialne. Bo tak robią gwiazdeczki pop. Wszyscy byli święcie przekonani, że ich muzyka jest czymś głębszym. Środkiem wyrazu ich filozofii, głosem przemawiającym do ludzi pod sceną. Że to jest naprawdę coś wyjątkowego i wartościowego. Głębszego. Bo przecież mówili ludziom „Hej, pierdolcie system”. To było coś, prawda? Mimo że Santa Boy dalej nie potrafił zdefiniować, czym był tak dokładnie owy system. Nikt się tym jednak nie przejmował, bo każdy wiedział, czym on jest. System to system. Teraz, po latach, dochodził do wniosku, że to było jedynie wytłumaczenie, przykrywka, bo wszystko tak naprawdę sprowadzało się do ćpania, chlania i dupczenia. A nic tak nie łamie systemu, jak chlanie, ćpanie i dupczenie, co nie? Jednak na nie trzeba mieć pieniądze, ale jak je zarobić nie pracując, bo praca to przecież nic innego jak wyzysk człowieka przez establishment?

Gdy podpaleniu kampera faceta, z którym uciekł, wrócił do rodzinnego miasta, żeby zabrać Beherita, przyrzekł sobie, że już nigdy tego nie zrobi. Życie jednak zweryfikowało siłę jego charakteru. Musiał jakoś przekonać producenta, że ze wszystkich obszarpanych wyrzutków społeczeństwa z porysowanymi i obklejonymi gitarami warto zainwestować akurat w nich. Kwadrans w łazience wydawał się niską ceną.
Jason nic nie powiedział. Przymknął oczy tylko na moment dłużej niż zwykle, podczas którego przekalkulował, czy to było tego warte. Uznał, że tak. Beherit się rozpłakał. Krzyczał, tym swoim cienkim głosem, którego tak nienawidził, że Santa powinien się cenić. Odwarknął mu, że to nic. Był wściekły, że nie docenił jego poświęcenia. Ale nie mógł mu tego powiedzieć, bo przyznałby się wtedy, że to jednak coś znaczyło. Wmawiał sobie, że to on podjął decyzję. Że był tym, który wykorzystuje, a nie odwrotnie. Przez jakiś czas nawet w to wierzył.
Najgorsze było współczucie, a to już nigdy nie znikło ze spojrzenia Beherita. Nieważne, ile by mu tego nie udowadniał, patrzył na niego jak na ofiarę. A on nie był żadną pieprzoną ofiarą. To oni wszyscy nimi byli. Nawet gdy już jako zespół wdrapali się na szczyt i nie musiał sobie niczego udowadniać; i gdy umarł Beherit i nie musiał mu niczego udowadniać, wciąż to robił. Upokarzał innych dla poczucia własnej wartości. Tak jak zrobił to z nastoletnim Jackiem Hetfieldem, chociażby. Wmawiał sobie, że to wcale nie robi z niego takiego skurwiela jak jego ojciec, bo przecież dawał im szansę. Jackowi też dał. Pierwsze dnia kazał mu spieprzać. I drugiego, i trzeciego, i czwartego. A chłopak wciąż wracał. Sam tego chciał, nie? Nie, oczywiście, że nie. Nikt nie chciałby tego, co zaserwował mu Santa Boy. Nawet on sam, kiedy miał te jebane piętnaście lat. Z ofiary przemienił się w oprawcę. Jak żałośnie. A potem zauważył tego dzieciaka, młodszego Hetfielda. Właściwie wszystko, co potem widział, to jego czarne, rozszerzone oczy na tle kredowo białej skóry. Czysta niewinność. Ogarnęła go wściekłość, bo to był dzieciak z dobrego domu – z ogródkiem, basenem i labradorem z nadwagą i który nigdy nie zazna tego, co on albo Beherit. Musiał go zniszczyć. Skruszyć, pobliźnić go tak, jak on sam był pobliźniony.
Do tej pory miał szramy na dłoni po zbiciu lustra w hotelowym pokoju tamtej nocy, dziesięć lat temu. Chciało mu się rzygać, gdy na siebie patrzył. Kompletnie rzucił ćpanie z dnia na dzień. Przykuł się nawet do kaloryfera. Dobrze wiedział, że to głupota i jak to się odbije na jego organizmie, ale chciał się ukarać. Nie ukoiło to jego duszy tym ani każdym następnym razem. A potem spotkał jego – chłopaczka pozornie takiego samego jak on. Uznał, że uratowanie go będzie odkupieniem i że zagłuszy samotność na jakiś czas. Okazało się, że wciągnięcie jednego człowieka trzymającego się klifu ostatkiem sił, jest znacznie trudniejsze, niż zrzucenie tysiąca.
Santa Boy zapalił lampkę do czytania przymocowaną do zagłówka łóżka i popatrzył na mężczyznę śpiącego obok. Wcale nie byli tacy sami. Może w oczach społeczeństwa – dwa zaćpane wrzody na zdrowym organizmie narodu. Ale to nieprawda, bo Sasza nigdy nie przestał być dobrym chłopcem, po prostu trochę się zagubił. Wystarczyło wskazać mu drogę. Dlatego Santa Boy tak się bał jego spojrzenia. Zwykle przestraszone i rozbiegane klarowało się, gdy padało na niego. Jedyne czego Sasza był pewien, to swojego uczucia do niego. Z czasem Santa Boy też zaczął w to wierzyć i to było takie straszne. Kurewsko straszne. Drugi raz już tego nie przeżyje. Nie zdoła ponownie przyzwyczaić się do samotności. Dlatego tak bał się zaufać Saszy. Bo chłopak w końcu zrozumie, że wcale nie są tacy sami i tam, za murami ich mieszkania, czekają miliony innych dobrych chłopców. Dlatego nie chciał go wypuścić z klatki w obawie, że już nigdy nie wróci.
Sasza z cichym sapnięciem przekręcił się na plecy. Siwe światło lampki podkreślało cienie pod jego oczami i zgrubienie na szyi. Zapewne miał niedoczynność tarczycy. Już dawno powinien mu powiedzieć, żeby poszedł do lekarza, ale to było jak przyznanie przed samym sobą, że mu zależy. Przejechał zgiętym placem po ciepłym policzku Saszy i pochylił się ku niemu. Chłopak otworzył oczy i rozejrzał się po pokoju rozespanym spojrzeniem, które po chwili zatrzymało się na Sancie Boy'u.
– Co? – spytał cicho.
– Nic, idź spać.
Sasza przymknął oczy, a jego usta wygięły się w lekkim uśmiechu.
– Wiesz – zaczął – mam dziwne wrażenie, że gdybym się nie obudził, to powiedziałbyś śpiącemu mnie coś naprawdę wielkiego.
– Jasne – prychnął Santa i objął szyję chłopaka dłonią. – Właśnie miałem ci powiedzieć, że powinieneś iść do endokrynologa.
Sasza otworzył oczy i powiódł wzrokiem wzdłuż wytatuowanej ręki Santy Boy'a do jego twarzy. Uśmiechnął się i założył ręce za głowę.
– Mówiłem – odparł ze śmiechem. – Coś wielkiego.
– Dziwna jest ta twoja skala.
– Nie moja. Twoja.
Santa przewrócił oczami i z powrotem położył się na łóżku, tyłem do Saszy.
– I możesz tu spać, jak chcesz – oznajmił po chwili.
Sasza zagryzł wargę, żeby się nie roześmiać. I jak tu go nie kochać?
***
Juan zapewne miał gdzieś spluwę. Może pod poduszką, może w szufladzie. Był też zalany w sztok. Jak smutne musi mieć życie osoba pijąca do północy w Wigilię? A jakie smutne ktoś, kto stał właśnie przed jego domem, pardon, wozem kempingowym? – myślał Josh. Uśmiechnął się, gdy zdał sobie sprawę, że sparafrazował słowa Jacka. Popukał się w głowę. Głupi. Przecież Latynos miał spluwę. Benjamin Hetfield też miał. I też był pijany. Josh wypuścił z dłoni w kieszeni scyzoryk i pozwolił ręce swobodnie opaść wzdłuż tułowia. Przecież równie dobrze może poczekać. Ma mnóstwo czasu, którego nie ma na kogo, ani na co spożytkować. Szesnaście godzin życia, osiem godzin spania i kolejna kartka do wyrwania. Trochę to wszystko bez sensu w sumie albo on był po prostu za głupi, aby to pojąć. Tak zapewne było.
Usiadł na ławce koło placu zabaw z kubkiem kawy ze stacji benzynowej. Obrócił go parę razy w dłoniach, rozgrzewając palce. Ciekawe, jak sprawiają, że nie przecieka? – pomyślał. Jakiś inżynier spędził nad tym miesiące albo nawet lata. I teraz dumny może zapisać to pogrubioną czcionką w swoim portfolio. To jego największe życiowe osiągnięcie, które miliony ludzi codziennie wywala do śmietnika w milionach sztuk, nie poświęcając mu nawet sekundy uwagi. Życie jest skomplikowane, pomyślał Josh, dmuchając na parującą kawę z pianką. Cokolwiek byś nie zrobił, zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie miał to w dupie. Trochę to wszystko bez sensu. Całe to życie. Nie zamierzał myśleć o tym więcej. O tych górnolotnych rzeczach. Nie było mu to potrzebne, a wręcz przeszkadzało. Miał swoje przyziemne, maciupkie cele. Chciał po prostu być szczęśliwy. Nie miał pewności, co to oznacza, ani czy znał kogoś takiego. Wiedział tylko, że to musi być gdzieś daleko stąd. I z Jackiem. Skoro Benjamin Hetfield umarł, już nic go tutaj nie trzymało. Wyjadą, tak jak mówił. Josh musiał tylko zaczekać i wypełnić czymś swoje szesnaście godzin.
Gdy nadszedł świt, odrętwiały zebrał się z ławki. Dobrze, że nie przejeżdżał koło parku żaden patrol policji, bo by go zgarnęli. Przygładził włosy i z powrotem udał się na stację benzynową. Zjadł tam śniadanie, którego cena była według niego nieproporcjonalna do zawartości. Zapłacił kartką do konta, które założył mu Santa Boy, aby przelał na nie pieniądze zarobione u Fat Moose'a. Gdy podzielił się z Saszą, że cyfry na nim układają się w zbyt dużą sumę, mężczyzna kazał mu nie wspominać o tym głośno przy muzyku, bo by się zezłościł. Więc wcale nie musiał spędzać tej nocy na ławce, mógł sobie po prostu wynająć pokój w motelu, jednak to było takie obce, że aż wydawało mu się niewłaściwie. Jego siostra z pewnością wiele razy nocowała w hotelu, ale to nie ona za niego płaciła. Umył się i uczesał w łazience na stacji. Myślał o tym, żeby je ściąć, ale Jack lubił jego włosy. Zawsze klepał go po głowie w ten protekcjonalny sposób, gdy śmiał się z jego głupoty. Wszyscy zresztą go tak określali, ale tylko Jackowi to nie przeszkadzało. Przyjmował to po prostu za część Josha i chyba mu to opowiadało. Czuł się z tym bezpiecznie.
Ponownie stanął przed zagraconym podwórzem, na którym stał wóz Juana. Miał nadzieję, że mężczyzna już wytrzeźwiał. Nienawidził rozmawiać z pijanymi ludźmi. Alkohol zdejmował z nich wszystkie bariery i mówi to, czego nigdy nie powiedzieliby na trzeźwo. Rzeczy, które leżały im na sercu jak ciężki głaz. Matka zawsze robiła się gadatliwa po kieliszku. Przykro było tego słuchać. Jack zresztą też stawał się inny, ale w pozytywnym znaczeniu. Był milszy w taki najbardziej ludzki sposób. Josh uśmiechnął się do swoich myśli. Wtedy, gdy przyszedł do willi Hetfieldów, Jack zrobił mu kolację, a nawet umył włosy. To było takie nierealne. Ciekawe czy ktokolwiek inny widział go takim. Josh miał nadzieję, że nie. Właśnie, Jack.
Przeszedł pomiędzy stertami rupieci i stanął przed wozem kempingowym. Zwinął dłoń w pięść, aby zastukać w drzwi, ale się zawahał. To było miejsce akcji jego nocnych koszmarów. Pchanie się w paszczę diabła chyba nie jest najinteligentniejszą rzeczą, ale, cóż, był przecież głupi. I zakochany, a to jeszcze gorzej. Zapukał i cofnął się o parę kroków. Nic się nie wydarzyło, więc uderzył w drzwi z większą werwą. Tym razem odpowiedział mu szmer dobiegający z wnętrza kampera i słowa po hiszpańsku, które brzmiały jak „Chinga su madre”. Josh nie miał pojęcia, co to oznacza, ale po tonie wypowiedzi mógł podejrzewać, że nic w typie „Proszę poczekać, już idę”. W końcu drzwi otwarły się gwałtownie i stanął w nich Juan ubrany w same spodnie od dresu. Warknął jeszcze „Co, kurwa?” tym razem po angielsku, nim spojrzał na Josha i jego twarz przybrała na moment zszokowany wyraz.
Josh popatrzył na niego z nieskrywaną niechęcią. Włosy Juana, które na co dzień torturował toną żelu, teraz stały mu we wszystkie strony, tworząc bardzo drobne loczki. Wyglądają jak włosy łonowe, pomyślał Josh. Ohydne, jak i cały on.
– No proszę – powiedział Juan przesiąkniętym kpiną głosem, gdy już odzyskał rezon. – Taka zacna wizyta, a ja taki nieuczesany. Byłbym wdzięczny, gdybyś wyjawił, co cię sprowadza w moje progi.
– Interesy.
– Interesy – podchwycił Latynos. – No tak, oczywiście. Mam rozumieć, że skoro interes Jacka Hetfielda jest niedysponowany, to przybiegłeś nabić się na mój. Niestety muszę cię rozczarować. Nie lubię towarów wielokrotnego użytku.
Josh popatrzył na Latynosa spod brwi. Czego on się w ogóle obawiał? To była tylko zapijaczona ofiara losu mieszkająca w kamperze. Kolejne gówno pod podeszwą, jak to powiedział kiedyś Jack.
– Ostatnio, gdy się spotkaliśmy, to ja ci coś wbiłem w ciało – przypomniał z rzadką u niego hardością w głosie. – Więc gdybyś tak mógł skończyć pieprzyć, to byłoby super.
Juan otworzył szerzej swoje piwne oczy i przypatrzył się chłopakowi. Jego zachowanie całkowicie go zaskoczyło, choć nie zmierzał dać tego po sobie poznać. Zaraz na powrót przykleił kpiący uśmiech do zarośniętej twarzy. od teraz powinien być ostrożniejszy. Chłopakowi chyba przybyło parę punktów IQ, a już na pewno pewności siebie. Nie ma to jak wyruchanie przez milionera.
– No dobrze. Dzisiaj Boże Narodzenie, ho ho ho, więc puszczę to mimo uszu. Czego chcesz, dzieciaku?
– Filmu.
No jasne, pomyślał Juan. Oczywiście, że chciał filmu. Tego, na którym ten skurwiel, Jack Hetfield, obciągał jakiemuś, nadal anonimowemu dla policji pedałowi. Dzieciak najwyraźniej nie wiedział, że policja nie ma nagrania, a on nie zamierzał go oświecać. Podobno nawet mieli przysłać kogoś, kto się na tym zna. Jakiegoś mózgowca z centrali. Jednak gdy wiadomo, kto zabił, właściwie sprawa jest skończona. Poza tym nie było czasu, pieniędzy, chęci, a sezon narciarki w pełni. Rocky Mountain czekają. Ale dzieciak nie miał o tym pojęcia.
To krótkie, amatorskie nagranie wszystko ci spieprzyło, prawda, Josh? – myślał Juan. Kranik z zielonymi został zakręcony. Dzieciak wyglądał o niebo lepiej, niż wtedy, gdy spotkali się po raz pierwszy. Był porządnie ubrany, a jego dziko rude włosy zostały ujarzmione w zgrabnej kitce. Ale to oczy dzieciaka zmieniły się najbardziej. Nadal wielkie i błękitne, nadające jego piegowatej twarzy dziecinności. Jednak ich wyraz był już inny. Nie było już śladu po obojętności i rezygnacji. Josh Young zaczął czegoś pragnąć od życia i był gotowy uczynić wszystko, aby to osiągnąć. Czyniło go to niebezpiecznym. W jego błękitnych ślepiach kryła się też kpina. Josh Young patrzył na Juana z góry, a ten nie mógł tego przetrawić. Mały, rudy wypłosz z przyczepy powinien poznać swoje miejsce. Tym razem Jack Hetfield go nie uratuje.
– Czyżby ten film, którym uświetniono ślub Benjamina Hetfielda? – spytał. – Hitowe nagranie, muszę przyznać. Na moje playliście zaraza za „Anakondą” Nicki Minaj.
Josh sapnął sfrustrowany. Latynos zaplótł gęsto owłosione ramiona na nagiej piersi i oparł się bokiem o framugę. Głupi, tępawy uśmieszek drgał na jego ogorzałej twarzy. W tej chwili Josh nie pragnął niczego bardziej niż starcia mu go najlepiej do krwi.
– Chcę go – powiedział za to.
Juan roześmiał się głośno, a gdy już się uspokoił, splunął na błoto pod swoimi nogami.
– I wymyśliłeś sobie, że ja go dla ciebie zdobędę? – spytał głosem przesiąkniętym kpiną. – I co chciałeś mi za to dać? Nie jestem aż tak głupi, aby dla jednej nakrapianej dupy tak ryzykować. Myślałeś, że ot tak po prostu wejdę do pokoju z dowodami i wykradnę nośnik albo przekopiuję film z komputera szeryfa? Dla jednej nakrapianej dupy? Musiałbyś się bardzo, bardzo postarać.
– To ty będziesz się starał – stwierdził pewnie Josh. – Bardzo, bardzo starał.
Latynos prychnął.
– Niby dlaczego? – spytał zaciekawiony.
– Bo myślę... Tak, czasami mi się nawet zdarza – odparł Josh. – Że jesteś bardzo złym gliną. Zesłali cię na to zadupie za karę. Nagrabiłeś sobie, a porwanie niepełnoletniego chłopaka tylko przeważy szalę.
– Pierdolisz! – warknął Juan. – Nie udowodnisz mi tego!
Zeskoczył bosymi stopami w błoto i podszedł do Josha, który wyciągnął z kieszeni scyzoryk. To wyhamowało Latynosa.
– Mam dwóch świadków, którzy mnie uwalniali i kilkanaście par oczu. No i byłeś w szpitalu.
– I co?! Myślisz, że zeznania kurwy i jej braciszka mogą coś mi zrobić?! Jestem policjantem, a ty nic niewartym gównem. Nikt nie weźmie cię na poważnie.
– Ale dla opinii publicznej mogę być chłopakiem Jacka Hetfielda, który jest symbolem homofobii nadal panującej w służbach publicznych. Tak przynajmniej mówiła pani w telewizji. „Opieszałość działań policji jest oburzająca”, czy coś takiego. Więc myślę, że to ty nie jesteś tu nic niewartym gównem i twoi przełożeni chętnie cię poświęcą.
Latynos zacisnął dłonie w pięści, czując rosnącą z każdym słowem dzieciaka wściekłość. Kuźwa, przeklął w myślach. Postarał się uspokoić i przeanalizować sytuację na chłodno. Czy szeryf mógłby go udupić, aby znów móc w spokoju podgryzać marchewkę w swoim biurze? No oczywiście, że tak. Przecież nienawidził Juana, a kochał święty spokój bez chordy dziennikarzy na karku i zapchanej skrzynki mailowej.
– Ładnie to sobie przemyślałeś – wycedził – ale nie masz wystarczający dowodów.
– Zapomniałeś chyba o kajdankach z numerem seryjnym, które zostawiłeś mi na pamiątkę – odparł Josh, wciąż utrzymując scyzorykiem dystans między sobą i Latynosem. – Powinieneś je oddać w swojej starej komendzie, ale tego nie zrobiłeś. Ukradłeś je, a potem przypiąłeś mnie nimi do łóżka. Przynieś mi film.
Juan znów się roześmiał, chociaż nawet Josh musiał wykryć w tym śmiechu fałsz. Nie mógł, po prostu nie mógł ukorzyć się przed tym dzieciakiem. Nie tak zbudowany był jego świat.
– Nie pieprz, kuźwa! Zamienię twoje życie w piekło! Sądzisz, że nie mogę...
– Nie możesz! – przerwał mu Josh. – Moje życie już jest piekłem. Myślisz, że się ciebie boję?! Nie możesz zadać mi żadnego bólu, którego już nie znam. Nie możesz mi nic odebrać, bo nic nie mam. Nie boję się ciebie i nie boję się śmierci.
– Chyba nie tak do końca, co? Gdyby na niczym ci nie zależało, nie byłoby cię tu. A ja mogę ci to odebrać!
– Nie możesz, bo tak jak ja jesteś nikim wobec Jacka. – odparł Josh. – Przynieś film.
Juan, którego twarz była już kompletnie czerwona ze wściekłości, wyciągnął z kieszeni pęk kluczy i rzucił w nimi w Josha. Zaskoczony chłopak instynktownie zasłonił twarz dłońmi, co wykorzystał jego przeciwnik. Złapał go za nadgarstek i wykręcił dłoń. Gdy scyzoryk spadł na ziemię, odsunął go stopą jak najdalej. Spróbował kopnąć Josha w kolano, aby go przewrócić, ale chłopak zrobił unik. Rzucił się całym ciałem na Latynosa, przewracając go tym samym na ziemię. Z całych sił zacisnął dłonie na jego gardle.
– Sądzisz, że nie ma we mnie tyle determinacji, aby cię zabić?! – wysyczał.
Juan próbował oderwać jego dłonie, ale gdy to nie poskutkowało, zaczął okładać go pięściami po żebrach. Jednak szybko zaczął tracić siły, bo palce Josha zaciskał gniew. Nic już nie czuł i nic już nie widział napędzany głęboko schowanymi żalami i wściekłością na matkę, siostrę, Benjamina Hetfielda i Juana, które teraz wylewały się gwałtownie jak po zerwaniu tamy na rzece. Gdy ciało Juana opuściły siły, odjął dłonie z jego szyi i podbiegł do miejsca, gdzie leżał scyzoryk.
– Zdobędziesz ten film albo cię zabiję – zagroził z ostrzem skierowanym w stronę siadającego powoli na ziemi Latynosa. – Nie ma niczego, czym możesz mnie przestraszyć.
– Nie ma... żadnego filmu – wysapał wściekle Juan, rozmasowując szyję. – Policja go nie ma.
Na twarzy Josha jedynie na moment pojawiło się zawahanie.
– Nie obchodzi mnie to. Masz zdobyć ten film.
– Ile...
– Gdy tu wrócę, będziesz wiedział, że czas minął.
– Pierdol się! Pierdol się – wysyczał Juan.
Przesiąkniętym wściekłością wzrokiem podążył za Joshem, który opuścił zagraconą posesję. Błoto rozbryznęło się w powietrzu, gdy kopnął zerdzewiałą rurę wydechową leżącą przed nim. Nie było pieprzonej mowy, aby tańczył, jak mu ten zrudziały bezmózg zagra. Josh Young mylił się co do jednego. Jednak miał coś, na czym mu zależało, co czyniło go słabym i było w zasięgu ręki Juana. Latynos podniósł klucze z ziemi i z poczuciem upokorzenia wrócił do swojej przyczepy.
***
– Wyciągnij puszkę.
– Co, zabrałeś ją ze sobą? – zdziwił się Felix. – Gdzie ona jest?
– W torbie na tylnym siedzeniu – odparł Liam, który prowadził swojego zielonego Dodge'a.
Był pierwszy dzień Bożego Narodzenia, a on dopiero teraz wracał do domu. Matka najwyżej podgrzeje im wigilijne potrawy. Matt był przecież na miejscu, więc to nie tak, że została całkiem sama. Gryzło go sumienie, ale po prostu nie miał siły na branie udziału w tej całej farsie i wspominanie ojca, trzymając się za ręce przy wigilijnym stole. Może było to zimne i okrutne, może robiło z niego potwora, ale miał dość teatrzyku. Najgorsze w tym wszystkim było to, że matka z trybu żony Benjamina Hetfielda przeszła w tryb wdowy po Benjaminie Hetfieldzie, jakby tylko to określało ją jako człowieka. W domu nic się nie zmieniło, więc gdy przekroczą próg, powitają ich wypchane głowy jeleni, które matka codziennie odkurza miotełką ze strusich piór. Zupełnie jakby Benjamin Hetfield nadal żył.
Liam zabrał też ze sobą niespodziankę, która teraz odpięła pas, co spowodowało włączenie się irytującego sygnału dźwiękowego. Felix wyciągnął z torby różową, metalową puszkę z Hello Kitty i na powrót usiadł prosto na siedzeniu pasażera. Zapiął pas i wygrzebał z kieszeni banknot jednodolarowy, aby z niezadowoloną miną przecisnąć go przez otwór w skarbonce. Liam zerknął na jego wykrzywioną twarz i uśmiechnął się pod nosem. Zabranie swojego chłopaka do domu na Święta po tym, co się wydarzyło, można było nazwać najłaskawiej nierozsądnym, no ale... Nic nie mógł na ten jego błagający wzrok. Felix bardzo, bardzo nie chciał spędzić następnego tygodnia wśród łajna i krów, których zapach ponoć przesiąkał nie tylko jego ubrania, ale nawet skórę. Bardzo, bardzo nie chciał też zostać sam. W sumie, to nawet dobrze się złożyło, rozmyślał Liam. W domu nie było już nikogo, kto mógłby wybić mu zęby, więc nie było przeszkód, aby grać w otwarte karty.
Felix potrząsnął puszką z karnymi dolarami za każde „no” na początku zdania. Nie było w niej monet, więc rozległ się jedynie cichy szum.
– Już prawie pełna – stwierdził.
– Nie masz się, czym chwalić.
– Straszna się z ciebie wredota zrobiła – zamarudził Felix. Jego mina jednak nie wskazywała, aby mu to przeszkadzało.
– No sorry bardzo – odparł Liam, by zaraz potem się zreflektować. – Cholera. Wyciągnij mi dolara z kieszeni spodni.
– Strasznie ciasne masz te dżinsy – stwierdził Felix, gdy starał się wymuskać palcami banknot.
– Żebyś mógł podziwiać mój tyłek. – Zaśmiał się najmłodszy z Hetfieldów.
– Jasne – prychnął Felix, nie wierząc.
– Jasne. Jasne. Teraz jak kupuję spodnie, to oglądam się nie tylko z przodu, ale też z tyłu. I to wszystko twoja wina.
Felix uniósł spojrzenie na twarz Liama, na którym gościł figlarny uśmieszek.
Guilty! – zawołał i uniósł dłoń z dwoma wyprostowanymi palcami.
Byli już na miejscu, więc Liam wysiadł z samochodu, aby kodem otworzyć bramę wjazdową.
– Patrzyłeś?
– Oczywiście – zapewnił skwapliwie Felix i uniósł kciuki w górę.
Zaparkowali przed willą obok Vipera, którego widok zniszczył ich dobry nastrój.
– Hej, jak bardzo mam udawać?
– W ogóle – odparł Liam i nacisnął klamkę.
***
Jack Hetfield czuł się całkiem dobrze, a to były jedne z jego najlepszych świąt. Słabość po przebudzeniu opuściła go na następny dzień. Tak właściwie to nic mu nie było, uznał. Napompowali go krwią, załatali dziury i nafaszerowali lekami przeciwbólowymi, więc teraz w poczuciu lekkiej, przyjemnej nicości przeglądał katalogi samochodów. Nie zamierzał więcej zginać karku w Viperze, nieudolnej, amerykańskiej namiastki Ferrari, który łykał benzynę jak płetwal wodę. Już nie do końca amerykańskiej, stwierdził, bo Chrysler został przejęty przez Fiata, ale lepiej było nie wspominać o tym przy Benjaminie Hetfieldzie. BMW M5 przykuło uwagę Jacka na dłużej. Tym samochodem mógłby przejechać Amerykę wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu swojego miejsca na Ziemi.
Karoseria samochodu na zdjęciu lśniła intensywnym błękitem. Jack odlepił wzrok od ekranu i spojrzał za okno, na zachmurzone niebo.
– Tylko tam czekaj i nie zrób niczego głupiego.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz