poniedziałek, 1 maja 2017

ROZDZIAŁ 22 - Zaangażowanie chomika i wyblakły wąs

Wracam, bo czuję, że TB nie zmierza, tam gdzie ma, czyli do końca. Nie spodziewajcie się fajerwerków w rozdziale, bo to już tylko równia pochyła do (nie)szczęśliwego zakończenia. Co u mnie? Ostatnio spotykają mnie różne surrealistyczne sytuacje. Pod przymusem zaliczyłam szkolenie dydaktyczne i były tam zajęcia z emisji głosu... Wyobraźcie sobie paskudną, gnijąco-rozpadającą się salę na najbardziej nierentownym wydziale, taki deep PRL. Piątkowe popołudnie, 30 inżynierów, którzy bardzo nie chcą tam być. I nagle wchodzi faciu z keyboardem pod pachą. Moja mina pt. "What the fuck is going on?"  towarzyszyła mi przez kolejne 4 godziny. Faciu podyktował nam góralskie przyśpiewki i piosenki Osieckiej (sic!) do kajecików jak dzieciom w podstawówce i kazał śpiewać. 30 inżynierów chórem w piątkowe popołudnie zawodziło "Idzie dysc, idzie dysc...", a akompaniował im starszawy gościu na keyboardzie. Kosmos po prostu :)

Na pewno już wiecie o nowym ebooku Silencio - "Zemsta" część I, a jak nie wiedzieliście, to już wiecie :) To coś innego niż wszystkie BL, jakie dotąd czytałam, a że mam totalną fazę na kryminały i horrory, to mnie się bardzo podobało. Polecam :).

A oto i rozdział TB. Dajcie znać, czy jeszcze jesteście. Do następnego, oby szybkiego :*


ochłaniasz tego indyka z zaangażowaniem godnym chomika.
Siostra Jackie* mówiła: „Szesnaście granulek, nie mniej, nie więcej”. Może wtedy by się z tego zaśmiał. Jedli odgrzewanego przez matkę indyka, siedząc obok siebie przy stole ze świątecznym stroikiem. Stykali się kolanami. Liam, który już nie był Liamem i ten chłopak – obrzydliwie lśniący idiotyzmem, który pozwalał mu ot tak przyjmować życie, jakim było, niczym się nie przejmując i łamiąc zasady.
Zasady. Gdyby nie one, świat byłby jednym, wielkim chaosem. Jeśli postępowało się zgodnie z nimi, można było czuć się bezpiecznie. Matt wstawał każdego ranka, wiedząc, co zaserwuje mu dzień. Działał zgodnie z zasadami, które dawały mu poczucie bezpieczeństwa. Nie był szczególnie szczęśliwy, ale nie był też nieszczęśliwy. Zanurzony w neutralności czuł spokój. Żył w świecie uporządkowanym przez Benjamina Hetfielda. Po jego śmierci wszystko się rozsypało jak po wyciągnięciu nieodpowiedniego klocka w jendze. Pomyślał, że znajdzie oparcie w matce. Ona też próbowała za wszelką cenę skleić ich rozpadający się świat – jedyny, jaki znała i który dał jej Benjamin Hetfield.
Aż dotąd. Liam wbił ostatni klin, przez który pęknięcie spropagowało, roztrzaskując ich świat w drobny pył. Przyjechał dzień po Wigilii, nie okazując nawet cienia skruchy. Jakby zasady nie miały dla niego żadnego znaczenia. Śmiał się, jedząc na przemian odgrzewanego indyka i puree z ziemniaków. Zimowe słońce odbijało się od jego kolczyków. Lśniły, jak ten chłopak, którego ze sobą przyprowadził. Zbezcześcili świąteczny stół, zbezcześcili żałobę. Intruz opowiadał głupoty z ustami pełnymi sosu borówkowego, a Liam śmiał się z tego, szczęśliwy w swoim chaosie.
Matka usiadła z boku jak co dzień w skromnej sukience. Czarne, niesiwiejące jeszcze włosy miała upięte w ciasny kok. Jej jak zwykle doskonale beznamiętna twarz nagle nabrała życia. Drobna, biała dłoń przepłynęła z gracją łabędzia w powietrzu i pogłaskała farbowane włosy Liama.
– Powinieneś stosować jakąś odżywkę. Mam taką jedną, pokażę ci później.
Jej oczy zwęziły się jeszcze bardziej w uśmiechu. Postanowiła zaakceptować nowego Liama, syna, którego zawsze najbardziej kochała. Najsłabszego ze stada, potrzebującego jej ochrony. Później skomplementowała miodowe, lśniące włosy towarzysza swojego najmłodszego syna i zaproponowała, że zrobi im wspólne zdjęcie na tle choinki. Wiedziała i postanowiła to zaakceptować. Ostatecznie porzuciła zasady i pozwoliła chaosowi wedrzeć się do ich domu, willi, którą dla swojej rodziny zbudował Benjamin Hetfield. Matt poczuł się w tym momencie, jakby został całkiem sam.
***
Obrócił w połowie opróżnioną fiolkę z lekami w dłoni, nim schował ją w szufladzie masywnego, hebanowego biurka. Wystrój gabinetu ojca był przytłaczający. Matt czuł, jakby zapadał się w obitym skórą fotelu. Powietrze przesiąknięte było zapachem cygar i płynu do polerowania drewna. Na biurku stał ozdobny globus skrywający w swoim wnętrzu butelkę starej whisky. Matt dobrze czuł się wśród przestrzeni, symetrii i prostoty, nie śmiał jednak przemeblować biura swojego zmarłego przecież tak niedawno ojca. Wypchaną głowę afrykańskiego gnu, którą ojciec przywiózł z jednego z nielegalnych safari, przykrył szmatką, aby jej paciorkowe oczy mu się nie przyglądały.
Miał tego wszystkiego tak strasznie dość. Dziekan powiedział mu, że nie musi brać żadnego oficjalnego urlopu studenckiego. To byłaby rysa na jego doskonałym życiorysie. Niech sobie po prostu odpocznie, zajmie się rodziną i firmą, a papiery zostawi im. Nie zgodził się na to, bo nie był jednym z tych niezdecydowanych ludzi, którzy porzucają studia, czy zmieniają kierunki jak rękawiczki. Dzielił więc swój czas pomiędzy uczelnię, firmę oraz dojazdy z miejsca na miejsce. Pierwszy raz w życiu poczuł, że musi odpocząć. Dla większości ludzi życie zapewne zaczynało się po pracy czy uczelni, ale on taki nie był. Studia były jego życiem i jak dotąd jego introwertyczna dusza była w pełni ukontentowana. Teraz jednak czuł, że potrzebuje odpoczynku i oderwania od tego wszystkiego. Był jednak całkowicie sam i po raz pierwszy wcale go to nie cieszyło. Jedna tabletka na wstanie, druga na zaśnięcie i trzecia na życie.
Ręka sama, bez jego przyzwolenia powędrowała w stronę szuflady. Blade palce wślizgnęły się do jej wnętrza.
– Matt! Pan Johnson przyszedł. – Sekretarka, pani Gallagher, weszła do biura bez pukania. W rękach niosła kartonowe pudełko.
Zaskoczony Matt niemal przytrzasnął sobie palce. Tyle razy mówił tej kobiecie, żeby pukała przed wejściem, a najlepiej używała interkomu. Pięćdziesięcioczteroletnia pani Gallagher, która wszem wobec szczyciła się taki umiejętnościami, jak szybkie pisanie na komputerze (mimo ukończenia kursu nadal używała tylko dwóch placów, ale za to z prędkością atakującego pytona), była dziś ubrana w przyciasną, kwiecistą garsonkę. Materiał falbaniastej bluzki w nieprzyjemny dla oka sposób zaginał się na fałdach tłuszczu i obfitym biuście upchanym w niedopasowanym staniku. Uśmiechnęła się do swojego nowego szefa, ukazując przebarwione od palenia papierosów zęby i bez pytania postawiła pudełko na biurku, przesuwając wcześniej parę rzeczy.
– W pracy „pan Hetfield” – upomniał ją po raz setny Matt. – Rozumiem, że ma mi pani coś jeszcze do przekazania, bo na pewno nie fatygowałaby się tu pani dla jednego zdania?
– Bo chciałbyś pewnie, żeby to było jak w tych filmach, co? Sekretarka na szpilkach dziesięć centymetrów – zażartowała kobieta, udając oburzenie. Matt jedynie przymknął oczy w geście rezygnacji. – Ale ja tu pracowałam, gdy ty latałeś po tym biurze w samym pampersie. Dlatego będziesz dla mnie Mattem, dobrze, skarbie?
Hetfield przełknął zażenowanie wraz ze śliną, próbując nie dać nic po sobie poznać i zachować twarz. Nie lubił takich ludzi, bezmyślnie a naruszających prywatną przestrzeń.
– Niech pani tylko pamięta, żeby przy osobach trzecich zachowywać się profesjonalnie – skapitulował.
– Oczywiście! Oczywiście! – przytaknęła sekretarka, jednocześnie machając przy tym dłonią w zbywającym geście, co odebrało Mattowi wszelką nadzieję. Uniosła pudełko i podsunęła mu pod nos. – Upiekłam dziś rano!
Matt zajrzał do opakowania, w którym, jak się okazało, znajdowały się pączki. Leżały na przesiąkniętych tłuszczem serwetkach, podobnie jak i dno kartonu. I zapewne ciasto, pomyślał z niesmakiem. Lukier spłynął z pączków i utworzył barwne plamy na dnie pudełka.
– No weź – ponaglała pani Gallagher. – Robione w domu, żadna chemia.
– Nie, dziękuję. – Na widok rozlazłych, przesiąkniętych tłuszczem pączków Matt poczuł w ustach coś bardzo bliskiego obrzydzeniu. Końcówki palców, aż zaczęły go nieprzyjemnie mrowić na myśl o dotknięciu czegoś tak obślizgłego. Nienawidził brudu. – Nie jadam słodyczy.
– Co to za głupie gadanie! Glutenu nie, cukru nie... Najlepiej żyjcie wodą i tym całym fitnessem...
– Proszę wezwać pana Johnsona! – przerwał kobiecie ostrym tonem. – Teraz!
– Tak... Tak, oczywiście.
Po wysyczeniu odpowiedzi, urażona sekretarka chwyciła pudełko i dumnym krokiem wyszła z pokoju. Głośne trzaśnięcie drzwiami powrotem obudziło ból głowy, z którym Matt walczył od rana. Po chwili zawiasy znów zatrzeszczały, a w pokoju pojawił się wysoki, chudy mężczyzna koło sześćdziesiątki. Po ściągnięciu z głowy kowbojskiego kapelusza niedbałym gestem poprawił zmierzwione, siwe włosy. Jego bujne wąsy były o kilka tonów ciemniejsze. „Johnson i Spółka” tak brzmiała pełna nazwa firmy, którą prowadził. Pod drugim członem nazwy kryło się niegdyś jego dwóch synów. Teraz tylko jeden po tym, jak Ben został zadeptany przez byka, gdy pijany występował na rodeo.
Stary Johnson miał na sobie spodnie i katanę z grubego dżinsu, pod którą nosił powycieraną koszulę w czerwonoczarną kratę. Podszedł do biurka i nie czekając na żaden gest zaproszenia ze strony Matta, usadowił się w fotelu. Dłonie zaplótł na brzuchu, opierając je na masywnej, zdobionej srebrnej klamrze od paska. Nic nie powiedział, tylko rzucił Hetfieldowi wyczekujące spojrzenie.
– I z czym pan do mnie przychodzi? – spytał Matt, starając się zachować asertywnie. To on był tu ponoć szefem.
Stary Johnson poruszył siwiejącym wąsem, jakby poczuł w ustach coś nieprzyjemnego.
– Od miesiąca nie mam żądnych wezwań – burknął w końcu.
Matt poklikał w komputerze.
– Wszystko się zgadza. Umowa z firmą „Johnson i Spółka” wygasła miesiąc temu.
– Wyga... Że co?! – Johnson gwałtownie podniósł się z fotela. – Pracowałem z twoim ojcem, zasmarkańcu, przez dwadzieścia pięć lat! I...
– I co roku w okolicach Świąt ojciec odnawiał z panem umowę. – Matt popukał w globus. – Nie podpisywał pan między jedną, a drugą szklanką jakichś papierów?
Wyraźnie zobaczył, jak szczęka starego Johnsona zadrgała, nim ten z powrotem opadł na siedzenie. W pokoju zapadła prawie zupełna cisza, nie licząc cichego szumu komputera i ostentacyjnych stuków zza ściany. Pani Gallagher dawała znać, że jest obrażona i oczekuje przeprosin. Komputer cicho syczał, sekretarka stukała segregatorami, a stary kowboj z urażoną dumą kręcił wąsem. Boże, pomyślał Matt, jak nienawidził tu być. Założył nogę na nogę, a splecione dłonie położył na wypolerowanym blacie. Uniósł ostro zarysowane brwi i spojrzał na gościa wzrokiem mówiącym „Czego jeszcze pan chce. Jestem zajętym człowiekiem”. Stary Johnson zmarszczył brzydko twarz i niemo odparł „Ja niczego nie chcę od ciebie, dzieciaku. Nie ja tutaj jestem od chcenia czegoś”. Brwi Matta znów się poruszyły, wskazując gościowi drzwi. Wąs poszedł w ruch.
– To gdzie mam podpisać? – spytał w końcu Johnson.
– Co podpisać?
– Kontrakt, czy jak to się tam nazywa.
– Gdybym chciał przedłużyć z panem umowę, wezwałbym pana do biura – stwierdził Matt.
Krzaczaste brwi Johnsona zjechały się w jedną linię.
– Co to ma znaczyć?! – wybuchnął. – Przez dwadzieścia pięć lat...
– Przez dwadzieścia pięć lat nie zrobił pan nic, aby uczynić pana firmę konkurencyjną – skończył za niego Matt. Uderzył kilka razy bladymi, smukłymi pacami w klawiaturę. – Odpowiada pan jedynie za trzy i sześćdziesiąt trzy setne z całkowitej liczby transportów zleconych przez firmę, a generuje pan ponad osiem procent kosztów.
– Gdy Benjamin usłyszał, jak...
– Ale nie usłyszy. Teraz pewnie miała paść jakaś tyrada o tradycji i tak dalej. Od razu zaznaczę, że myli pan pojęcie tradycji z kumoterstwem, więc pozwoli pan, że ominiemy tę część. Oto nowa tradycja firmy. Nazywa się maksymalizacja zysku. – Matt wstał zza biurka i podszedł do okna. Spojrzał na wielobarwne morze wraków. – Optymalizacja. Nowe słowo, które będzie przyświecać firmie. – Wskazał na komputer. – Niestety, nieważne, ile razy nie zmieniałbym warunków i ograniczeń, kontynuowanie współpracy z „Johnson i Spółka” nigdy nie znajdzie się w rozwiązaniu optymalnym.
Delikatnym, niewidocznym dla postronnego oka ruchem wytarł spocone dłonie, które trzymał w kieszeniach spodni, o materiał. Musiał być twardy. Niemal słyszał, jak szwy na dżinsie i skórze zatrzeszczały, gdy stary Johnson uniósł się z fotela. Z napięciem obserwował sumiaste wąsy, które wraz z mięśniami twarzy drgały niebezpiecznie. Zamrugał zaskoczony, gdy mężczyzna się uśmiechnął i po położeniu na biurku białej teczki, którą dotąd trzymał w dłoni, wyszedł z biura. Sądził, że dostanie w pysk. Podszedł i nie mając nawet cienia podejrzeń, czego się spodziewać, otworzył teczkę. W środku znajdowała się pojedyncza, zadrukowana kartka.
– O Boże – jęknął i opadł na fotel. – Jack się wścieknie.
***
W szpitalnie sali rozlegało się równomierne chrupanie i głos Ellen DeGeneres. Uwielbiał poczucie humoru tej starej lesby. Straszny był z niej babochłop i według Jacka na sto procent to ona wsadzała dildo w cipkę Portii... Jednak nie można jej było odmówić tej elektryzującej inteligencji. Po chwili zastanowienia Jack uznał, że mógłby iść z nią na piwo. O takich właśnie rzeczach myślał, pakując co moment do ust kolejne kawałki surowej marchewki, które wyciągał z foliowej torebki. Musiał zająć czymś usta, bo strasznie chciało mu się palić. Nie marzył o niczym innym jak o zabiciu kolejnej partii komórek z jego drogocennym i unikatowym DNA dawką nikotyny. No może to przesada z tym, że o niczym innym. Leżał tu i leżał, i leżał, a cewnik z fiuta już mu wyciągnęli... To było jedno z tych niezapomnianych doświadczeń do zapisania w pamiętniku.
– No – mruknął, gdy usłyszał pukanie.
Wiedział, że to nie pielęgniarka, bo te niestety nigdy nie pukały. Gdy ujrzał Matta tak samo bladego, sztywnego i jałowego jak zwykle, wyłączył pilotem telewizor i ze zduszonym sapnięciem uniósł się do siadu.
– Nie masz nic lepszego do robienia w sylwestra niż odwiedzanie twojego pojebanego brata, który spuścił twoją złotą rybkę w kiblu? – spytał i zaraz dodał kpiącym tonem, bo przecież doskonale znał odpowiedź: – Jakaś randka, czy coś?
Matt przywykły po tych wszystkich latach do odzywek Jacka puścił wszystko mimo uszu i usiadł na krześle przy łóżku. Jack pomimo utraty paru kilogramów i sińców pod oczami wyglądał całkiem dobrze. Był ogolony, uczesany i po prostu znużony.
– Co mówią lekarze?
– Że powinienem przestać palić – odparł Jack, wykrzywiając twarz w grymasie największego na Ziemi męczennika.
– Też ci to wielokrotnie mówiłem.
– Ale tobie brakuje jakiegokolwiek autorytetu – stwierdził starszy Hetfield z wrednym uśmiechem.
Matt odwrócił wzrok. Jego brat zawsze wiedział, gdzie uderzyć. Czy to pięścią, czy słowem.
– To stado baranów. Potrzebują wilczura, który pogryzie ich po dupach, gdy skręcą w złą stronę – powiedział Jack, domyślając się przyczyny złego humoru brata. – Jak tam mechanik Bill?
– Nazwał mnie... – Matt zawahał się na chwilę. – ...cipką, której stringi wrzynają się za mocno w rów. Powiedział, że przynoszę ojcu wstyd.
Jack prychnął i klepnął Matta w plecy, aż ten przechylił się na stołku.
– Mnie nie przebijesz, więc nie ma się czym przejmować.
– Super – mruknął młodszy Hetfield.
– A jak tam druga, zaraz po mnie oczywiście, zakała rodziny?
– Liam? Przyjechał na święta z tym całym Felixem – odparł Matt tonem, który wskazywał, że według niego było to coś nie do pomyślenia.
– I?
– I matka pogłaskała go po włosach.
– Felixa?
– Liama.
– I co z tego? – zdziwił się Jack.
– Ona wie. Pewnie wiedziała od samego początku.
– Z bólem serca, ale przyznam, że nie jest idiotką. Zresztą to było dość proste do wywnioskowania. Hello, zabrał go na święta do domu. Mógłby sobie równie dobrze jebnąć tęczę na czole.
– Właśnie. A matka tak po prostu to zaakceptowała. Powiedziała mu, że powinien używać odżywki do włosów. Jakby ojciec to zobaczył...
– To by sobie drugi raz palnął w łeb – dokończył za niego Jack. – Pierdziel nie żyje i nic tego nie zmieni. Pora, żebyś przyjął to do wiadomości i zaczął żyć po swojemu. Łańcuch został zerwany, a ty dalej siedzisz przy budzie, gdy wszyscy hasają po łące.
– Hasają po łące? – prychnął Matt. – Nie spodziewałem się takiego poetyzmu u ciebie. Ty też hasasz po łące?
– Ja liżę rany. – Zaśmiał się Jack. – Przylazłeś tu jeszcze w jakimś celu, czy tylko chodziło o wymówkę, żeby wyjść z pracy?
– Może przyszedłem tu dla ciebie?
– Jasne.
Jack sięgnął po kolejny kawałek marchewki, obserwując, jak jego brat bije się z myślami, by w końcu sięgnąć do swojej aktówki. Wyciągnął z niej białą teczkę i bez słowa podał bratu. Przesunął krzesło do tyłu i spojrzał na półkę przy łóżku. Na szczęście nie było na niej wazonu, ani niczego, co jego brat mógł rozbić o ścianę w przypływie furii, która niewątpliwe za moment nim owładnie. Obserwował z napięciem poruszające się usta Jacka, gdy ten czytał.
– Uhm.
Jack włożył kartkę z powrotem do teczki, po czym oddał ją bratu. Sięgnął po kolejną marchewkę.
– I... to tyle? – spytał Matt z szokiem w głosie.
– Co? – Jack wzruszył ramionami. – Przeczytałem, przyjąłem do wiadomości.
Matt spojrzał na brata spod uniesionych brwi. Pomnik. Chcą wybudować Benjaminowi Hetfieldowi, honorowemu, zaangażowanemu społecznie mieszkańcowi Amarillo, pomnik w środku miasta, a Jack mówi, że przyjął to do wiadomości? To było w zupełnie nie w jego stylu.
– I zgadzasz się na to?
– Nie obchodzi mnie to, bo mnie już tu nie będzie. I to już za kilka godzin.
– Co? Wypisujesz się?! – Matt popatrzył na brata jak na szaleńca. – Nie możesz, to za wcześnie. Nie boli cię?
– Oczywiście, że boli – prychnął Jack. – Rwie mi wnętrzności, gdy leżę, stoję lub siedzę. Żadna różnica, czy tutaj, czy w Los Angeles.
– Los Angeles?
– Tak, bo dlaczego by nie. Ja skombinuję sobie jakieś niezakrwawione ubranie, a ty chwyć za telefon i załatw mi bilety na już. Dwa.
Dwie godziny później siedzieli już w samochodzie Matta. Lekarz zgodził się na wypis. Poinstruował, jak często zmieniać opatrunki i przepisał leki przeciwbólowe, które leżały teraz w papierowej torbie na kolanach Jacka. W jeden z pomarańczowych fiolek znajdowała się końska dawka najzwyklejszego ibuprofenu, a w drugiej kodeina na „gorsze dni”.
– Powaliło go? – mruknął Jack po przeczytaniu informacji na nalepce. Rzucił fiolkę za siebie, na tylne siedzenie.
Nie zamierzał dać się uzależnić od czegoś poza alkoholem i nikotyną. Ćpanie było dla słabych, którzy nie potrafili zmierzyć się z rzeczywistością.
– To gdzie teraz? – spytał Matt, gdy opuścili już przyszpitalny parking.
– Jak to gdzie? Tam, gdzie wszystko się zaczęło i gdzie wszystko się skończy. – Uśmiechnął się Jack.
***
Z szarego nieba zaczął padać deszcz. Krople co raz uderzały o szyby zaparkowanego samochodu i smętnie spływały w dół. Wycieraczki klekotały, wykonując powierzoną im syzyfową pracę.
– Znowu tu jestem. To jakiś przeklęty krąg.
– Tak. – Matt miał cichą nadzieję, że nie będzie tak jak ostatnio. – Znowu.
– Więc to będzie ostatni raz.
Jack odpiął pas i naciągnął kaptur czarnej bluzy na głowę, nim wysiadł z samochodu. Ruszył w stronę poszarzałej przyczepy kempingowej. Matt niechętnie podążył za nim. Znów będzie musiał umyć i wypastować buty. Kombatant bez nogi, którego psa Jack niegdyś uwolnił, pojawił się na chwilę w oknie, by rzucić niemrawym „pedał”. Chyba z obowiązku. Jack w równie niezaangażowanym emocjonalnie geście pokazał mu środkowy palec. Obaj, ukontentowani tym, że zrobili swoje, wycofali się z placu boju. Jack jednak nie poszedł dalej, bo przyglądał się swojej dłoni wciąż ułożonej w wulgarny znak.
– O co chodzi? – spytał Matt.
– Mam krzywy palec. Mój najważniejszy, środkowy palec, który od lat pokazuję całemu światu, jest krzywy. – Jack obrócił się do brata. – Popatrz.
– Boże, Jack. Nie masz niczego lepszego do roboty?
– No właśnie nie mam. Hej, pomyślałeś sobie teraz coś w stylu „Ciekawe, czy chuja też ma krzywego”?
– Nie, nie pomyślałem.
– Jaki ty jesteś nudny.
– Dziękuję.
Jack nacisnął klamkę i pchnął drzwi. Udało mu się je otworzyć do połowy, bo uderzyły w coś dużego leżącego na podłodze. Naparł mocniej, próbując to przesunąć, ale ból zmusił go do zaprzestania wysiłku.
– Śmieci? – spytał Matt.
Jack wcisnął się w szparę i po spojrzeniu na podłogę, wszedł do środka przyczepy.
– Tak, śmieci – potwierdził i trącił butem zwinięty kształt na podłodze.
Matt wszedł za nim.
– Zaćpana? – spytał, bo na brudnej podłodze wśród masy ubrań i śmieci leżała w pozycji embrionalnej Tracy.
Dziewczyna ocknęła się na dźwięk ludzkiego głosu i przekręciła twarz w jego stronę niczym roślina podążająca za słońcem. Jej mętny wzrok zaczął się powoli przesuwać wzdłuż dżinsowych nogawek przybyłych osób.
– Raczej zapłakana – odparł Jack.
Wzrok i umysł Tracy wyostrzyły się, gdy tylko dotarło do niej, kto przed nią stoi. To wszystko było jego winą! Podniosła się na ramionach i rzuciła się z krzykiem niczym oszalały pies na Jacka. Ten kopnął ją w głowę, nawet nie wyciągając przy tym dłoni z kieszeni.
– Jack!
– Co? – burknął Jack do brata. – Miałem dać się jej ugryźć?
– Nie musiałeś jej kopać. To przecież...
Spojrzał na Tracy, która wiła się po podłodze jak żuk przewrócony na plecy. Jej chude, pokryte zlewającymi się piegami kończyny wydawały się nadnaturalnie długie i nieludzkie. Przypominała robaka.
– Dziewczyna – dokończył bez przekonania w głosie.
Tracy przestała się ruszać. Puściła swoją głowę i spojrzała na Jacka. Leżała na plecach, więc przekrwione białka jej oczu były bardzo dobrze widoczne.
– Ty, ty, ty! – Wyciągnęła rękę w stronę mężczyzny. – To twoja wina! Ty go ode mnie zabrałeś! Omamiłeś go! Zwróciłeś przeciwko mnie! Przekupiłeś! Ty!
Szeroki uśmiech sam wpełzł na usta Jacka. Gdy kucał przy Tracy, podeszwy jego butów wydały nieprzyjemny pisk. Nachylił się i odsunął jej pukiel rudych, tłustych włosów z piegowatego czoła.
– Moja biedaczko – rzucił niemal pieszczotliwym głosem. – Do wszystkiego się przyznaję. Moja wina, ale zdradzę ci jedną rzecz. Nigdy nie dałem mu nawet zawszonego centa. W końcu nasz mały Josh nie jest kurwą, co nie?
– Kłamiesz!
– Bynajmniej. Przychodził do mnie z własnej woli. Najwyraźniej towarzystwo nawet takiego skurwiela jak ja jest nadal lepszą opcją niż twoje. I jak się z tym czujesz?
Blada twarz Tracy zmarszczyła się w wyrazie gniewu. Zaraz jednak stała się jeszcze brzydsza i napięta. Łzy poleciały z obu wielkich, lalkowatych oczu. Wyglądała paskudnie, gdy zaczęła łkać i bezwładnie szorować dłońmi po podłodze. Jack po prostu nie mógł się nie uśmiechnąć.
– To o to chodziło, prawda? – kontynuował. – Gdy tu był, czułaś, że nie jesteś najgorsza. Bo był jeszcze on – zahukany przygłup. Napawałaś się tym, prawda? Hodowałaś go takiego, bo to czyniło cię lepszą. A teraz, gdy odszedł, stałaś się najgorsza. Kurwa z przyczepy. Dno. Mówili „Co ona może, kiedy ma takiego brata tłumoka”. Mogłaś go oskarżać o swój los, razem przeżywać ból, a teraz jesteś sama. Opuszczona kurwa z przyczepy. Koszmar, co?
– Jack.
– Co? Przecież jej nie pobiję. Nie muszę.
Wstał i obtarł dłonie o siebie jak po skończonej pracy. Tracy znów zwinęła się w pozycję embrionalną i obróciła do braci Hetfieldów plecami. Nie wydawała żadnego dźwięku.
– Gdzie on jest?
Cisza.
– Gdzie on jest? – spytał ponownie Jack. – Naprawdę chcesz mu to odebrać? To twój brat. Naprawdę nie chcesz, aby był szczęśliwy?
– Nie ma go. Powiedział, że jestem obrzydliwa.
***
– To co teraz? – spytał Matt, gdy już wsiedli do samochodu. – Lot jest jutro.
– Jutro?
– W końcu jest sylwester. Z Austin, więc możesz przespać się u mnie.
Jack odchylił głowę do tyłu i przymknął oczy.
– To jedź – zdecydował.
– A co z Joshem?
– Nic. To pies powinien podążać za panem, a nie odwrotnie.
Matt wciąż nieprzekonany odpalił silnik. Nie, żeby pochlebiał inklinacje swojego brata, ale jak się powiedziało „a”, trzeba też powiedzieć „b”. Przynajmniej Jack należał do takich ludzi.
– Na pewno... – zaczął.
– Na pewno, kuźwa – warknął Jack. – Jestem zmęczony, okej?
Matt popatrzył na niego zatroskanym wzrokiem.
– Jeśli źle się czujesz, to powinniśmy wrócić do szpitala.
– Nie. – Jack przejechał dłońmi po twarzy. – Po prostu jestem zmęczony tym wszystkim. Nie chcę tu już dłużej być.
– Dobrze.  
*Siostra Jackie - główna bohaterka serialu pod tym samym tytułem, pielęgniarka ukrywająca swoje uzależnienie od leków. 


11 komentarzy:

  1. Rozdział mi się bardzo podobał. Jak wszystkie. Dosyć niedawno odkryłam twoje opowiadanie, ale od samego począdku mnie wciągnęło (szczególnie historia jacka i josha). Życzę weny i abyś jednak dalej pisała, ponieważ naprawdę dobrze ci to wychodzi ;D

    Pozdrowienia,
    Ib Hachi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łaa, co za ulga - no wreszcie ktoś lubi parę Jack/Josh. Chyba po raz pierwszy. Dzięki! :)
      Dziękuję za wenę i pozdrawiam!

      Usuń
    2. ja też lubię. :) nie jest to bajkowa para ale jebać bajki. intensywne! to jest słowo tej pary. sex, gniew, radość - nie zwyczajne. intensywne. na maksa i z hukiem. żadne mizianie dłoni o dłoń. bum bum bum jak ciosy. życie. niby nie ma czego ale trochę im zazdroszczę. bo bardziej czuje się życie gdy trochę piasku skrzypi między zębami. mam nadzieję, że rozumiesz o co mi chodzi :)

      Usuń
    3. Rozumiem, rozumiem. Po jakimś czasie płomień gaśnie - wszystko staje się monotonne i rozemłane. Ja tam lubię mieć święty spokój, ale rozumiem też ludzi poszukujących czegoś innego. Zafundowałam im rollercoaster, ale przynajmniej jest ciekawie!
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Och, to nie było miłe, samo zło:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się z z tej buźki na końcu, mimo "samego zła" :3

      Usuń
  3. Jestem i cieszę się że piszesz dalej :) nie było moich ukochanych rocmanów ale to nie ważne. Ważne, że jest rozdział o to jak zwykle napisany w świetnym stylu ;) Lubię Jack'a w takich momentach jak: "łańcuch został zerwany a ty nadal siedzisz przy budzie" :D DZIĘKI STOKROTNE ZA ROZDZIAŁ :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też lubię Jacka własnie w takich momentach. Na szczęście mam jego i Santę, żeby wpychać im w usta (he he) te sarkazmy itp. Wiem, że ma dziwne poczucie humoru, ale po prostu nie mogę się powstrzymać. Rockmeni będą w następnym rozdziale ;). A ja dziękuję stokrotnie za przeczytanie :*
      Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Tak.Pomyliła mi się kolejność notek z poprzednich rozdziałów.I byłam bardzo szczęśliwa, bo notka o tym, że któryś z głównych bohaterów ma umrzeć zamieniła się z tą, że Jack jeszcze spokojnie będzie sobie po ziemi łaził(założyłam, że gdzieś mi info zwiało i to on miał zniknąć)
    Ale, ale głównymi bohaterami są SB, Sasza, Josh i Jack?
    Wszystkich polubiłam(Liam i Felix też spoko) dwóch pierwszych dodatkowo pokochałam od pierwszego fragmentu.
    No fajni są i przywiązałam się trochę XDD trochę bardzo.
    Już ich podziwiałam, ale nie mogę przestać.Świetna robota autorko.
    Oglądałaś Shameless? Też porąbana rodzinkaXD to przez nazwisko sekretarki.
    Jack przejął ten rozdział, uśmiałam się z jego tekstów.Ale dupek z niego jak zaczyna używać siły.I potrafi ładnie mówić o rudym a na koniec odwalił coś takiego.Sam do niego chodzi XD
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, oglądałam "Shamless" i stąd to nazwisko. Boski, niesztampowy serial, no i wszyscy są powaleni - czyli tak, jak lubię xD Fajnie, że ktoś też go lubi, bo znajomi mówią, że to jest zbyt dziwne :( A Hetfield to nazwisko frontmana Metallici. Ciekawe, czy ktoś to zauważył.
      Gdzieś tam pisałam, że Jack miał umrzeć od tego postrzału, no ale nie mogłam go zabić. Jest zbyt cool. Jednak ktoś z głównych bohaterów na pewno umrze - w to grono wliczam braci, SB, Saszę, Josha i Felixa. Choć oczywiście najgłówniejszymi są SB i S oraz J i J. W początkowych planach Santa Boy z Saszą mieli pojawić się tylko na chwilę, aby namieszać i zniknąć po akcji z filmem. Jednak SB też jest zbyt cool i tak to wszystko zmutowało. Tak sobie myślę, że Santa Boy jest chyba jednym z najstarszych facetów w polskich BL, no może oprócz dyrektora z Project Dozen. Taka dygresja.
      Ulga, że rozśmieszyły się teksty Jacka. Niekiedy mam wrażenie, że przesadzam, ale po prostu nie mogę się powstrzymać XD Z jednej strony jest zabawny i czasami nawet powie coś mądrego, a z drugiej jest ześwirowanym sadystą. Szczerze, to jestem dumna z niego i Santy Boya - że udało mi się wykreować ich tak niejednoznacznych w odbiorze. Tak nieskromnie powiem he he.
      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Do tej pory męczę Hardwired to self-destruct, ale nie skapnęłam się z tym nazwiskiem XDD
      Co do tej dwójki bądź sobie nieskromna, bo zrobiłaś kawał dobrej roboty.
      Cieszę się, że to grono głównych postaci jest większe, nadzieja.
      ;D

      Usuń