W ostatnim poście, który był prawie rok temu pisałam, że wracam ze świata zmarłych, czy coś... Może mam dziewięć żyć? To straszne. Ten rozdział EROS/SORE nic nie wnosi, może zapowiedzią powolnego zakończenia, które, jak zwykle, nie może być szczęśliwe dla wszystkich. Ciekawe, czy ktoś to przeczyta? 😄 Czy mam coś na swoje wytłumaczenie? W sumie tak, ale to na tyle prywatne, że zachowam to dla siebie. Przepraszam. Pozdrawiam 😀
Martin fatalnie grał w kręgle, dlatego teraz ucieszył się ze zdobytych dwóch punktów. Sięgnął po następną kulę. Shane popijał piwo i na przemian przyglądał się z kanapy jego wysiłkom oraz dziewczynie siedzącej po prawej dwie loże od nich. Jakiś czas temu wyczuł jej wzrok na sobie. Co chwila zerkała na niego, co bardzo nie podobało się jej, jak podejrzewał lekarz, chłopakowi, ubranemu na sportowo byczkowi. W przeciwieństwie do dziewczyny jego spojrzenie nie było maślane, wręcz przeciwnie, sypały się iskry. Shane nie chciał mieć problemów, na przykład spotkać tego gościa w kiblu albo na podziemnym parkingu. Każdy gej najbardziej bał się chorób wenerycznych, żylaków odbytu i wpierdolu od wkurzonego cisheteroseksualnego faceta. Martin po kolejnej porażce postanowił zrobić sobie przerwę. Dosiadł się do Shane’a ostentacyjnie blisko, kładąc mu przy tym za plecami ramię na oparciu kanapy.
–
Widzę, że mój bad boy jest bardzo popularny wśród młodych dziewcząt – rzucił.
Najwyraźniej również wyłapał wzrok dziewczyny.
Shane
spojrzał na niego w sposób jasno dający znać, że powątpiewa w jego dojrzałość
emocjonalną. Bad boy, powtórzył w myślach. Było w tym trochę racji.
Dążył do takiego wizerunku. Zwykle nosił skórzane lub dżinsowe kurtki, ciężkie
buty, i czarne t-shirty, czasami dopinał łańcuszki do spodni. Miał kolczyki w
uszach, ale tatuaże tylko na boku, na żebrach. Nigdy nie wytatuował sobie rąk,
chociaż wiele razy o tym myślał, miał nawet projekt, ale uznał, że nie
przystaje to lekarzowi. I tak był najprawdopodobniej najgorzej zarabiającym
neurologiem w mieście. Przychodzili do niego głównie stali pacjenci, którym nie
przeszkadzała jego orientacja i styl bycia. Od ludzi, którzy byli w ciężkiej
sytuacji materialnej, w tym od „trzęsących się staruszek”, jak to nazywał je
Martin, brał zaniżone znacznie stawki.
Spojrzał
na swoje ręce. Martin nie tak dawno towarzyszył mu w studiu przy robieniu
tatuażu na boku. Powiedział mu później, żeby przestał się spinać i jak chce
robić te rękawy, to niech je robi. Ostatnio Shane rzeczywiście spinał się coraz
mniej w wielu kwestiach. Jakoś było mu lżej na duszy. Trudno uwierzyć, ale był
szczęśliwy. Siedział teraz na lekko obdartej kanapie w piątkowy wieczór, w
niecieszącym się najlepszą opinią klubie, pił piwo i przyglądał się jak jego
kochanek zmaga się kręglami. Martin naprawdę fatalnie grał w kręgle. Klął, gdy
nie udało mu się trafić żadnego, a potem odwracał się do Shane’a i śmiał się,
mrużąc przy tym czarne, wąskie oczy. Shane odpowiadał mu skromnym uśmiechem.
Nie był tak ekspresyjny, ale bardzo cieszył się z tego, gdzie teraz był i co
teraz ma.
–
Coś mi się wydaje, że sam już zgromadziłeś tu mały fanklubik – odparł, wracając
szybko myślami do rzeczywistości.
Martin
uśmiechnął się szerzej.
–
Myślę, że przesadzasz, ale załóżmy, że jakaś jedna miła pani zawiesiła tu na
mnie oko. Zobaczyła faceta w dżinsach, ale w ciąż w koszuli w klubie po
dwudziestej pierwszej. Na bank jakiś korposzczur, księgowy albo prawnik. Co
najwyżej można pogadać. – Martin pokręcił głową i zrobił minę, jakby sam był
zawiedziony. – No sztywniak jakiś. Cukierek w papierku, można tylko popatrzeć i
oblizać się smakiem.
Shane
parsknął na ostanie określenie, a potem napił się następnego łyka piwa z
butelki. Zapowiadało się na jakąś kolejną wyssaną z palca, bezsensowną
historyjkę Martina, ale żenująco zabawną.
–
No, no i co dalej? – ponaglił. Chciał usłyszeć więcej.
–
Ty za to wyglądasz jak łowca jednonocnych okazji. Gdybyś siedział teraz przy
barze, to jakaś odważna na pewno by do ciebie zagadała, licząc na to, że
wyjdziecie stąd razem, a rano będzie mogła skreślić na liście rzeczy do
zrobienie w życiu kolejny punkcik – seks z randomowym gościem, ale takim
seksownym.
Shane
pokiwał głową, jakby uważnie studiował to, co właśnie usłyszał.
–
No to bardzo mi przykro, bo ten bad boy najbardziej na świecie lubi
uczucie pełnej dupy. Totalnie nie nadaję się na heteryka.
Martin
parsknął śmiechem na tyle głośno, że kilka osób się na niego obejrzało, a potem
nachylił się jeszcze bardziej w stronę Shane’a, aż stuknęli się czołami i tak
już zostali.
–
Co robisz, idioto? – spytał lekarz, gdy to poczuł, a potem też wybuchnął
śmiechem.
–
Śmiejesz się – skomentował Martin.
–
Hm?
Shane
najpierw nie zrozumiał, o co mu chodziło. Ostatnio cały czas miał dobry nastrój,
a to idiotyczne poczucie humoru prawnika zawsze mu pasowało. Rzadko jednak czuł
się na tyle swobodnie, żeby śmiać się na głos, ale ostatnio czuł się , jakby
odmłodniał o dziesięć lat. Było mu tak dziwnie lekko.
Martin
poprawił się na kanapie i sięgnął po szklankę ze swoją Colą Zero. On dzisiaj
prowadził, więc nie pił alkoholu. Roześmiany zezował na Shane’a, który też na
niego zerkał niby to pobłażliwie, ale uśmieszek błądził mu w kącikach ust.
–
No i przestała ciągle tu patrzeć – skomentował prawnik, mając na myśli
dziewczynę.
–
Bo odstawiając ten teatrzyk, oznajmiłeś całemu klubowi, a dzięki światłowodom i
5G też wszystkim w promieniu pięćdziesięciu mil w jakąś milisekundę, że
jesteśmy parą gejów – parsknął Shane, bynajmniej nie mając mu za złe. – Dobra,
czas żebym pokazał ci, jak się gra w kręgle.
Martin
rozsiadł się wygodniej na kanapie. Sięgnął do frytek, które zostały mu z
zestawu, jaki zamówił sobie, gdy tutaj przyszli. Były już zimne. Z uwagą
obserwował poczynania Shane’a. Gdyby chciał polepszyć swoje umiejętności,
powinien analizować ruchy jego nadgarstka i nóg. Shane radził sobie znacznie
lepiej niż on. Przychodził czasami grać ze swoimi znajomymi, włączając w to
tego obdartego gościa, któremu przydałby się fryzjer, psychiatra i ktoś, kto
nauczyłby go etykiety. Andy, czy jakoś tak. Martin miał nieprzyjemność poznać
go ostatnio. Nie zaprzątał sobie nim teraz głowę dłużej niż sekundę. Nie
zwracał też zbyt dużej uwagi na to, jak z kulą i kręglami radził sobie Shane.
Skupiał wzrok na czymś zgoła innym. Miał to na poziomie oczu opięte przez
wąskie jeansy, póki Shane nie odwrócił się, by podejść i wrócić na kanapę.
–
Gdybym miał szesnaście lat, zaciągnąłbym cię do kibla – rzuci smutno Martin.
–
Ale nie masz? – musiał dopytać dla pewności Shane, bo patrzył na dłoń
ściskającą go za udo. – Mentalnie też nie?
–
Klub pełny, to kible też. Zero dyskrecji. Ja jestem prawnikiem, ty lekarzem.
Musimy dbać o renomę. Gdyby to się wydało… W izbie adwokackiej przepuściliby
mnie przez maszynkę do mięsa.
–
Fatalnie, bo akurat mam ochotę na bzykanko – podjudzał go Shane. Była to
szczera prawda i część gry zarazem.
Rano,
gdy umawiali się, że po pracy pójdą na kręgle i później jeszcze coś porobią,
jasne było czym będzie owe coś. Zapowiadało się na tradycyjny plan randki z
seksem w domu na zwieńczenie wieczoru. Teraz jednak miał ochotę na małą
roszadę.
–
Samochód? – zaproponował. – Jesteśmy moim gratem, więc nie musisz się
przejmować, że twoje cacko skończy zbrukane albo porysowane w środku.
–
Dobry pomysł, ale mam głupszy. Zauważyłeś kiedyś, że ten budynek ma jeszcze
jedno, nieużywane piętro? – spytał Martin. – Okna są zasłonięte dyktami.
Shane
wzruszył ramionami. Rzeczywiście tak było, ale nigdy się nad tym nie
zastanawiał.
–
Między piętrami są drzwi z zamkiem elektronicznym na kod – dokończył Martin,
wstając. – Chodź, zmienimy buty.
Shane
miał wiele pytań na czele z tym, skąd Martin miałby wiedzieć, jak dostać się na
górne piętro klubu. To mogło jednak zaczekać. Nie ważne jak, byle dotarli do
zakazanego ogrodu grzechu. Zabrali wszystkie rzeczy z kanapy, przebrali się.
Martin powiedział, że podczas dokonywania rzeczy zakazanych trzeba wyglądać na
pewnego siebie, wtedy nie wzbudza się podejrzeń. Właśnie tak przecisnęli się
między ludźmi czekającymi w kolejce do toalet w wąskim korytarzu, potem były
jeszcze drzwi prowadzące do magazynu kuchni, a na samym końcu, za zakrętem
kolejne, z szybą i zamkiem elektronicznym. Shane po drugiej stronie dojrzał
jakieś puste skrzynki po alkoholu. Nieużywany zbyt często korytarz musiał
służyć za coś w rodzaju magazynu, a dalej były schody.
–
To się nie uda – mruknął, oglądając się jeszcze za siebie, upewniając, czy aby
ktoś z obsługi z klubu nie stoi za jego plecami.
Martin
posłał mu uśmiech. Miał na ten temat przeciwną opinię, bo kod zadziałał.
Pociągnął Shane’a za sobą. Szybko wspięli się po schodach. Martin był na piętrze
kilka razy w ramach pracy, więc wystrój nie był mu obcy. Zdziwiło go tylko to,
że nie wszystkie meble były przykryte plandekami. Jeden z półokrągłych barów,
podobnie jak kanapy wokół jednego z kilku okrągłych, dużych stołów wydawały się
używane. Najwyraźniej obsługa klubu spędzała tu przerwy. Miejsce składało się z
kilku oddzielonych ściankami lóż do spędzania czasu w większych grupach przy
piciu, jedzeniu, karaoke i innych zabawach. Był też parkiet do tańczenia, mała
scena i miejsce dla DJ-a. Półokrągły bar dzielił się na dwie strefy, wyższą do
wydawania drinków i niższą do posiłków. W pomieszczeniu było ciemno. Świeciły
się tylko słabe światła awaryjne i latarki w ich telefonach. Shane lustrował
pomieszczenie. Nie podziwiał wystroju, które musiało sporo kosztować, a
przyniosło tylko straty. W jego głowie kotłowała się jedna myśl. Gdzie? Mógł
stać, leżeć, klęczeć. Obojętne. Wsadził mały palec do ust, zahaczając zębami o
paznokieć. To, co robili, było głupie, ale takie podniecające jednocześnie.
Drgnął, gdy poczuł, jak Martin chwyta go za rękę i ciągnie bardziej w głąb
pomieszczenia. W pierwszym momencie nawet go nie zobaczył. Obeszli bar tak,
żeby nikt ich nie zobaczył, gdyby wszedł na piętro. Zasłaniała ich jego wyższa
część i kolejne sterty skrzynek po piwie, które już przekrzywiały się jak
wysoka wieża, z której wyciągnięto zbyt dużo klocków jengi. Martin znalazł się
za Shane’em i bez pardonu pchnął go na tą niską część baru. Lekarz walną się
przy tym dość mocno łokciem o blat, ale nie był zły. Nim zdążył pomyśleć o tym,
co będzie dalej, poczuł, jak Martin chwyta go za krocze przez spodnie na tyle
mocno, że aż trochę podciągnął go w górę. Przy tym byli już na tyle
przyciśnięci do siebie, że czuł go całym ciałem na sobie.
–
Zero… w tobie delikatności – sapnął, uśmiechając się.
Martin
trzymał go za chuja i jaja bardzo mocno i nie zamierzał puścić. Wygiął palce
stóp na to uczucie. Był uwięziony. Podobało mu się to. Wolną rękę prawnik
włożył mu pod kurtkę, próbując dobrać się do wewnętrznej kieszeni, ale nie było
to łatwe.
–
Pokaż, co tam masz. Zawsze jesteś przygotowany.
–
Mmm – Shane musiał się zgodzić.
Najpierw
jednak z kieszeni dżinsów wyciągnął chusteczki i położył na blacie. Też się
przydadzą na później. Musnął przy tym rękę Martina. Ta dłoń była torturą. Gdyby
nie to szwy dżinsów pękałby już od jego sztywnego chuja chcącego się uwolnić, a
tak wbijały mu się w pachwinę. Sięgnął do kieszeni. Pierwsze co znalazł, to
zestaw plastrów. Wygiął rękę do tyłu, by podsunąć je Martinowi pod nos.
–
O to pytałeś? – zapytał niewinnym głosem.
Martin
prychnął i zgniótł jego jądra już serio boleśnie. Shane łyknął głośno
powietrze, a potem zaklął.
–
Jak tak chcesz się bawić, to okej – stwierdził prawnik.
Na
wysokości oczu miał kark Shane’a, który pochylał się teraz. Ostatnio skrócił włosy.
Podgolił je dość mocno na dole, zostawiając falującą, gęstą czuprynę u góry.
Włosy były krótsze, więc kręciły się bardziej. Światło z lamp badające z góry
odbijało się od wkrętek w jego uszach. Kupił mu te kolczyki pod wpływem
impulsu, a Shane nosił je codziennie. Podgolone włosy na jego karku odrastały
powoli. Chciał go pocałować w to miejsce, ale nie mógł. Dzisiaj bawili się
inaczej. Teraz nie chciał się z nim kochać, teraz chciał mu napełnić dupę, jak
sam to ujął Shane parę chwil temu.
Ujrzał
przed swoim nosem prezerwatywę w chyba fioletowym, błyszczącym opakowaniu. Nie
znał nawet tej firmy. Shane zajmował się zaopatrywaniem ich we wszystko, co
było im potrzebne do cielesnych przyjemności, w końcu miał znacznie więcej
doświadczenia.
–
Nawilżana – doinformował lekarz. Uśmiechnął się szeroko, gdy usłyszał
niezadowolone mruknięcie. – Och, czyżbyśmy myśleli tylko o własnej,
egoistycznej przyjemności?
Poczuł,
jak Martin bierze prezerwatywę, ale wyrwał mu ją i rzucił gdzieś w drugą
stronę. Sięgnął jeszcze raz do kieszeni podał mu saszetkę żelu intymnego.
–
Masz. Zrobiłeś już z moich jajek rodzynki.
Martin
puścił jego krocze, chwycił go trochę niżej za udo i docisnął jeszcze bardziej
do siebie. Shane czuł wcześniej na tyłku jego erekcję, ale teraz doznanie było
bardziej, aż trudno znaleźć słowo, dosadne, uznał. Przeszedł go przyjemny prąd.
Sam rozpiął sobie pasek, obsunął spodnie i bieliznę. Pomasował obiema dłońmi
wymęczone jądra i penisa. Szczypało go jak ręka, którą za długo trzymało się w
górze, ale doznanie było tysiąc razy mocniejsze. Usłyszał szczęk klamry paska
Martin i rozpinanie zamka od spodni. Uśmiechnął się do siebie i oparł znowu o
blat. Gdyby miał określić kolorem to, co czuł teraz między nogami, to byłaby to
krwista czerwień. Jaja i fiut go paliły. Serce biło mu jak szalone. Wiedział,
że przepoci ten podkoszulek. Nieważne. Zaciskał oczy i otwierał. Gdy trzymał
głowę zwieszoną w dół, nie widział prawie nic. Wtedy lepiej działa wyobraźnia. Jak
wyglądał mokry, sztywny fiut Martina ślizgający się teraz po jego rowku? To
była niedostępna tajemnica. I wszystko, co miało nadejść dalej też. Mógłby to
sobie kiedyś nagrać, ale wtedy odebrałby sobie jeden z punktów zabawy.
Teraz
już wszystko zależało od Martina. Shane poddawał mu się z lubością. Jak każdemu
innemu, takie miał preferencje, ale po wszystkim nie bolała go duma jak z
typami z Internetu, dupa już tak, co też w jego przypadku uznawał często za
pozytyw i orgazmy były świetne.
Dalej
byli w pełni ubrani. Shane miał na sobie podkoszulek i krótką, skurzaną
ramoneskę. Nawet nie ściągnęli spodni, tylko je obsunęli akurat tyle, żeby
odsłonić to, co trzeba. Nie pocałowali się ani razu. Martin czuł pot pod
ubraniem. Po wszystkim będzie się kleił, będzie brudny. W świetle, gdy byli
zwróceni do siebie twarzami, mógł
przyglądać się temu, jak mimika Shane’a synchronizuje się z tym, w którym
momencie penetracji się znajdują. Prawnik nigdy nie umiał zdecydować, gdzie
bardziej chce patrzeć. Fascynowało go to, jak ciało początkowo stawia opór, by
potem ustąpić. I jak Shane bardzo tego pragnie, a jednocześnie świadomie się
temu opiera, nawet gdy jest rozluźniony, bo tak kocha uczucie rozpierania. Musisz
z nim walczyć, chociaż on tak bardzo chce żebyś dotarł jak najgłębiej, do tego
najlepszego miejsca. W końcu zawsze się poddaje. Błądził wzrokiem od twarzy, na
której malowały się zmieniające co chwilę emocje, do miejsca, gdzie byli
połączeni, gdy pozwalała na to pozycja. Teraz tylko go słyszał, zachrypnięty
głos i niecierpliwe stukanie palców o blat.
Martin
na początku ich związku pytał o wszystko, a większość pytań zaczynała się od
„Czy może?”. Dziwne, że Shane’owi od tego nie wiotczał, bo preferował zupełnie
oddawać się partnerowi. Teraz już wiedział, że ma nie pytać, tylko robić. Shane
da mu znać, jeśli przekroczy granicę. Wyczuwał też już, czy jego ukochany jest
bardziej w trybie kociaka czy bad boya. Chwycił go za kark, chwilę
ciesząc się uczuciem sztywnych włosków pod palcami. Kopnięciem w wewnętrzną
stronę buta zmusił go do szerszego rozkroku. Wolną rękę chwycił się za penisa.
Nie, nie musiał się dodatkowo stymulować. Był nakręcony od dłuższej chwili, czubek
jego mokrego od nawilżenia penisa ocierała się o pośladek Shane’a, potem rowek,
aż trafiła na jego dziurkę.
–
Hmm. – Shane przestał stukać palcami o blat.
Zacisnął
pięść. Mimo krótkich paznokci i tak poczuł, jak wbijają mu się w skórę i to,
jak Martin kciukiem naciąga mu skórę nad zwieraczem, by trochę go otworzyć, a
potem doznanie tysiąc razy silniejsze. Martin był bezlitosny, pomyślał,
uśmiechnął się do siebie. Zero placówki. Gdybyś robił to pierwszy raz i nie
wiedział, że dalej będzie tak dobrze, że w końcu da się od tego uzależnić, to
byłby ten moment, w którym byś zrezygnował. Uczucie podrażnienia i ucisku było
nieznośnie i chciało się uciec. Było źle i cudownie za każdym razem albo
cudownie, bo było tak źle. On chciał, chciał do tego wracać. Może był
nienormalny, ale wtedy nie zdałby tych wszystkich testów, które mu robili zanim
został lekarzem.
–
Jak… ? – spytał Martin, wykonując między słowami kilka płytkich ruchów.
Chciał
zapytać o coś więcej, ale się powstrzymał.
–
Przy… przyjemnie to nie jest… dobre słowo. Na pewno. – zaśmiał się. – No dalej.
I głębiej.
Martin
wyciągnął z niego fiuta. Shane obejrzał się zdziwiony, a potem wszystko podziało
się szybko. Jego noga została wyszarpana z nogawki i zgięta. Zrozumiał, o co
chodziło, więc podciągnął się na blacie i oparł kolanem. Chwycił jeszcze za
pośladek, żeby być bardziej rozwartym. I tak był zaskoczony tym, co poczuł.
Martin przydusił go jeszcze mocniej do blatu i wszedł w niego do końca na raz. Shane
zachłysnął się powietrzem i zarzęził śmiesznie. Drżały mu nogi i pośladki,
dłoń, którą ściskał w pięść zresztą też. To już bolało.
–
Wdech.
Shane
odzyskał świadomość na tyle, żeby skorzystać z sugestii. Nie znajdował się w
zbyt stabilnej pozycji, jego kark był nieprzyjemnie wykręcony, policzek
dociśnięty do blatu, a fiut w ogóle zapomniany, tyłek za to posuwany szybko i
głęboko. I mocno. Martin go trzymał, a był to żelazny wręcz uścisk. Teraz to
kontrolował, ale później, gdy będzie szczytował, na pewno na chwilę się
zapomni, a on czuł się tak dobrze, nie chciał, żeby coś mu to zepsuło. Jakaś
mała iskierka, mała szpilka. Musiało być idealnie.
–
Puść… na chwilę – sapnął.
Gdy
poczuł luz, szybko oparł się na obu łokciach. Przekręcił parę razy szyję, żeby
puściły mięśnie. Krótki moment przerwy dobrze zrobił Martinowi. Pozycja nie
była zbyt komfortowa, pocił się, było mu nieznośnie gorąco, uwierały go
ubrania, dzwoniło mu w uszach. To było takie złe, co robili. Takie idiotyczne.
Byli na to za starzy, ale to było takie fajne. Do tego Shane miał w sobie coś
ponętnie dziwkarskiego i jemu też się udzieliło. To niewyartykułowane
oczekiwanie ukryte w spojrzeniu, które wieczorami zmuszało go do zadawania kuriozalnych
pytań typu „Chcesz się jebać?”, na które otrzymywał natychmiastową odpowiedź.
Zawsze pozytywną. On też się tym zaraził. Dokształcił się też, jak ma jebać
swojego bad boya. Gdzie już nie miało znaczenia dla Shane’a.
Gdziekolwiek było okej. Martin zastanawiał się też, czy Shane miał w sobie
jakąkolwiek potrzebę wsadzania. Bo Shane kochał trzy rzeczy w życiu. Swoich
pacjentów, czyli te trzęsące się staruszki, Martina i bycie posuwanym.
Martin
nie musiał już pytać „jak”. Chodziło o rozpieranie zaraz za pierwszym kręgiem
mięśni, a potem później, sporo później Shane miał punkt G. Jego ekstatyczne „O,
i tam masz mnie jebać” za którymś razem wyryło mu się w mózgu i w fiucie na
zawsze. Wtedy Shane pierwszy raz doszedł bez ręki.
Chwila
się skończyła. Shane wziął większy haust powietrza. Była króciutka, ale wlokła
się niesamowicie w jego głowie. Jego szyja była już wolna, dupa rozepchana,
chwycił się mocniej za zgięte kolano, a Martin go za ramię. Mięsiste fiuty były
najlepsze, nie musiały być długie, byle był to kawał mięcha. Faceci powinni być
więksi od niego, ale nie być miśkami, nie jakimiś sztucznie napompowanymi
chemią balonikami z siłowni. I jeszcze ci wszyscy wypomadowani pedałkowie z IT
w Teslach udający samców alfa. Nienawidził ich wszystkich, ale dawał im dupy z
braku laku. Część z nich potrafiła posługiwać się swoją pałą, ale nie byli tak zawzięci
w tym jak Martin. Ten z wielką pasją odrabiał zaległości z kilkunastu lat
małżeństwa, w którym był oddanym partnerem, a nie kochankiem, folgował sobie, a
jak tylko mógł i bardzo chciał zrobić jego dupie dobrze. Wszystko to składało
się w całość, przez którą Shane rano kolejnego dnia pod prysznicem robił sobie
palcówkę i wykorzystując to, co jeszcze czuł, spuszczał się na białe kafelki. Teraz
żołądek zwinął mu się w supeł, wszystko podeszło mu do gardła. Naprężone
mięśnie ud i tyłka drgały spazmatycznie. Chciałby zacisnąć nogi, jak nieśmiała
dziewczyna, może wtedy nadeszłoby to później, może jeszcze trochę mógłby z tego
wycisnąć… A tak, zacisnął tylko mocniej oczy. Na chwilę wszystkie bodźce z
zewnątrz zbladły i ucichły, a wewnątrz wybuchła euforia. Orgazm targnął jego
mięśniami. Ekscytował się tym uczuciem, które gasło powoli, a jednocześnie
rodziło się inne, kolejne, gdy Martin posuwał go teraz by dać tę przyjemność
sobie. Było płyciej, szybciej i niecierpliwiej. Nie doszedłby bez ręki, gdy
pieprzyłby go tak od początku. Delektował się tym, co czuł. Sięgnął do swojego
fiuta i jąder. Pieścił je niedbale w tym kotle doznań, aż Martin chwycił go za
nagi bok, podwijając przy tym podkoszulek i kurtkę.
–
Oższ…
Numerek
był dłuższy niż się spodziewał, ale zakończył go jak nastolatek. Doszedł nagle,
niby się spodziewał, ale trysnął w tyłku Shane, jak pęka niespodziewanie gumka
recepturka. Dobrze, dobrze, dobrze. Paliło go całe ciało kiszące się w
ubraniach, mięśnie i nabrzmiały od krwi fiut. Genialne uczucie.
Przeczesał
włosy. Ucałował kark Shane’a, teraz już mógł i sięgnął między nich, by pomóc
swojemu penisowi z niego wyjść. Lekarz
zsunął się z blatu i odwrócił twarzą do Martina. Posłał mu uśmiech.
Ubrał się z powrotem, korzystając przy tym z chusteczek, które wcześniej
przygotował, poprawił podkoszulek i kurtkę bez żadnych emocji na twarzy.
–
Trzeba tu ogarnąć – rzucił. – Gdzieś tu leży ta prezerwatywa.
Potem
parsknął śmiechem i rzucił się Martinowi na szyję. Pocałował go soczyście i z
języczkiem. Prawnik aż się cofnął o krok pod naporem. Zaraz jednak go objął i
oddał pocałunek. Po chwili mogli już wracać. Wtedy Shane przypomniał sobie o
jednym, co go zastanawiało. Zapytał skąd w ogóle Martin wiedział o tym miejscu.
–
To była jedna ze spraw, jakie prowadziłem – wyjaśnił. – Właściciel klubu dostał
zgodę na dobudowę piętra od miasta, ale firma budowlana źle zinterpretowała
projekt i pomylili się w wysokości o pięć centymetrów. Miasto nie dopuściło
piętra do użytkowania. Nasza kancelaria prowadziła sprawę sądową dla klubu
przeciwko miastu i popisowo ją ujebaliśmy. W każdym razie, byłem tu na
oględzinach. W drzwiach jest zamek elektroniczny na kod. W tedy wciąż był to
oryginalny kod jak w telewizorze, który się potem zmienia.
–
Jeden-jeden-jeden-jeden – załapał Shane.
–
Właśnie.
Musieli
przemknąć wąskim korytarzem prowadzącym na dolne piętro klubu równie
niepostrzeżenie jak przy tym, gdy tu wchodzili albo dać w łapę kelnerowi, który
ich przyłapie. Teraz Martin już tak się nie przejmował. Jednak znów im się
udało. Przepchali się przez tłum w wąskim korytarzu czekający w kolejce do
toalet, a potem zjechali windą do podziemnego korytarza. Nie zamierzali wracać
do kręgli, cel mieli jeden. Na parkingu spotkali kolegę z liceum. Ten na ich
widok cały się rozpromienił i bardzo chciał zaciągnąć ich do baru. Martin
elegancko żonglował wymówkami i zaproponował inną datę. Shane początkowo, jak
na rasowego introwertyka przystało, tylko stał z tyłu i się przysłuchiwał, ale
potem najwyraźniej zniecierpliwiony, syknął do gościa, żeby ten przestał
udawać, że nie łapie aluzji i się ulotnił, bo im przeszkadza.
–
Łoo, kocurze – pochwalił Martin, gdy zostali sami przed samochodem.
–
Co? – parsknął. – Mam mokrą dupę i straszną chcicę. Odpalaj. Chcę do domu.
–
Na pełnym gazie, słońce.
***
Andy
kucał przy ścianie fasady domu Shane’a. Właściwie nie wiedział, co tu jeszcze robił.
Wyglądało na to, że lekarz wybrał się gdzieś na miasto, więc prędko nie wróci.
Telefon miał wyciszony albo olewał jego próby skontaktowania się. Mimo to Andy nie
ruszył się od półgodziny, gdy przyszedł to na piechotę i zaczął walić w drzwi.
Na podjeździe stała ta odlschoolowa, odjebana fura tego fagasa, Martina, więc
miał nikłą nadzieję, że może auto Shane’a stoi w garażu, a oni, niemal jak bóg
przykazał, pieprzą się przy zgaszonym świetle i łomotanie w drzwi da im znać,
że on tu jest, ale nie. Pojechali na randez-vous. Potrzebował pogadać z Shane’em.
Teraz, bardzo. I pożyczyć trochę kasy. Może nawet więcej niż trochę.
Zgasił
drugiego już papierosa na kamieniu. Zmierzwił przydługie, tlenione włosy w
geście zmęczenia i frustracji. Ta drugie uczucie nie opuszczało go od kilku
ostatnich dni. Dał się przelecieć facetowi. Kilka razy. Teraz, gdy wracał do
tego myślami, mierzwiły go te wspomnienia. To było za lekkie słowo, ale nie
chciał używać mocniejszego. Za pierwszym razem widział Stardusta jeszcze jako
postać, coś poza definicją człowieka, a przy tym płci. Fizycznie dał mu tą
przyjemność, którą potrafiła także obdarzyć go jego była żona. Dojrzała,
starsza kobieta. Właścicielka kilku klubów nocnych, prawdziwa diva, była
tancerka, której mężczyźni sami padali do stóp i chcieli wycałować całą, a
dawała im tylko mały paluszek. To ona rządziła w ich związku i w sypialni, częściej
była w nim, niż on w niej. Tylko jej fallusy były doczepiane, miały jaskrawe
kolory, rzemyki strap-onów pasowały do przeźroczystych staniczków i
sznurowanych gorsetów. Jej ciało było gorące i obłe. Bosko zaokrąglone, tak
inne od jego, brzydko kanciastego. Wszyscy faceci tacy byli.
Stardust
też taki był. Jego androgeniczna dziwaczność, delikatność rys, symetria kości
to było za mało, by to ukryć. Widział to w jego szerokich ramionach, wąskich
biodrach, grdyce. Żyły na jego fiucie. I jaja. Wszystko to go zdradzało. Przycisnął
dłoń do ust. Dał się przelecieć facetowi. Po co? Nie miał pojęcia. Może było to
desperacja.
–
Bo wszystko się pierdoli – mruknął.
Zawsze
tak robił. Gdy działo się źle, on jeszcze pogarszał sprawę. Nie mógł zostawać
sam. Był jak dziecko, ktoś musiał ciągnąć go za rękę. Kiedyś byli to rodzice,
potem żona. Wszyscy w końcu z niego rezygnowali, bo był bezużyteczny. Był
wiecznym dzieciakiem. Przypadkiem wpadł na Shane’a, kolejnego outsidera jak on,
przylepił się do niego, wykorzystując jego miękkie serce i samotność. On też
jednak zaczął o nim zapominać przez młodszego Stormare.
Przez
jakiś czas był dobrze. Jego życie dryfowało powoli. Sklep na przemian, z
miesiąca na miesiąc, przynosił drobne zyski lub straty, średnio wychodziło
gdzieś koło zera, ale na plusie. Jego córka wyrastała na bardziej
odpowiedzialną od niego, więc mógł być przy niej dzieciakiem. Nie przewidział
tylko, że dwudziestoletnie, nieserwisowane klimatyzacje w sklepach się psują, a
naprawa kosztuje kilka tysięcy dolarów. Podstawowe ubezpieczenie, na które i
tak nie opłacało się składek, nie pokrywa kosztów leczenia szpitalnego, a stary
skurwysyn Stormare jest gotowy wysłać na ciebie najgorszą hołotę z kijami
bejsbolowymi, byle odzyskać swoją kasę, które się od niego pożyczyło, bo dla
banków jesteś zbyt niesolidny czy coś w tym stylu.
To
było nic. Jeśli nie udowodni, że ma stałe dochody, a jego majątku nie
przestanie zajmować komornik, sąd odbierze mu prawa do częściowej opieki nad
córką. Musi jej przecież zapewniać odpowiednie warunki do życia. Chciał zapalić
kolejnego papierosa, ale usłyszał zbliżający się samochód. Na podjeździe
zaparkował Ford Shane’a.
Zza
miejsca kierowcy wysiadł Martin. Poczekał na swojego partnera, a potem zamknął
auto. Wyciągnął do niego rękę w kiczowato romantycznym geście, na widok którego
Andy się skrzywił. Nie zauważyli go. Przylgnęli do siebie rozweseleni, totalnie
zajęci sobą, jakby wokół nie było niczego innego.
–
Mówiłem, na pełnym gazie – Martin rzucił czymś wyrwanym z kontekstu, a Shane
się zaśmiał, szukając przy tym kluczy do domu.
Odwrócił
się, gdy usłyszał szelest. W świetle lampy przy ganku ledwie rozpoznał wstającą
spod ściany postać.
–
Andy? – spytał. – Co ty tu robisz? Stało ci się coś?
–
Stało? Niby czemu? – odparł zdzwiony.
–
Bo jest północ, a ty tu leżysz pod ścianą, pod przychodnią – burknął Martin,
stając przy lekarzu.
–
Bardziej dwudziesta trzecia – poprawił Andy, jakby to było coś bardzo ważnego.
– I nie pod przychodnią, tylko domem przyjaciela.
–
Czyli nic ci nie jest? – upewnił się Shane.
Jego
pierwsza myśl, gdy go zobaczył, była taka, że wdał się w bójkę, druga, że był
pijany albo naćpany. Nie brzmiał na bardzo zrobionego.
–
To co tu właściwie robisz? – spytał Martin.
Patrzył
na niego z tą lekką wzgardą jak zwykle. W jego głosie przeważała irytacja i
zniecierpliwienie. Chciał, żeby zniknął jak najszybciej. Andy też by sobie
życzył, żeby ten nadęty dupek, kolejny Stormare przepadł, ale na zawsze z życia
jego chyba już jedynego przyjaciela. Shane upojony miłością zaczął go
notorycznie zlewać, a przede wszystkim nie nadawali już na tej samej fali.
Martin też podrzucał mu idiotyczne pomysły jak uregulowanie prawne jego długu
względem Shane’a. Póki co lekarz zbywał to machnięciem ręki czy wzgardliwym
śmiechem. Póki co. Wszystko było dobrze, aż Martin przestał bawić się Shane’em
jak pacynką na sznurkach i łaskawie użyczył mu swojego chuja, a może nawet
kawałek serca. Andy z niechęcią musiał przyznać, że dupek na serio bierze
związek z jego przyjacielem. I to go tak wkurwiało.
–
Co robię? Nic nie robię – fuknął. Zwrócił się do Shane’a: – Przyjechałem
pogadać. Nie było cię, pomyślałem, że może zaraz będziesz i jakoś tak się
zasiedziałem.
–
O północy? – wtrącił Martin.
–
Jest dwudziesta trzecia.
–
Ja pierdolę.
–
Zamknijcie się obaj – warknął Shane. – Mogłeś zadzwonić.
–
Dzwoniłem.
Shane
podrapał się po zaroście. Dla Martina sytuacja była komiczna. Faceta wpędzał go
specjalnie w poczucie winy, bo nie był na każde jego zawołanie. Stali tu jak
kretyni o północy, czy dwudziestej trzeciej. Jeden chuj.
–
Nie wiem, czego chcesz i nie obchodzi mnie to. Shane nie patrzył na telefon, bo
był na randce. Jest dorosłym mężczyzną i ma do tego prawo. Chcesz pogadać z
kumplem, umów się z nim wcześniej, a nie wystawaj pod jego domem jak
psychopata. Przyjdź jutro, a teraz powiedzmy sobie „dobranoc” i się rozejdźmy.
Tak
też się stało. Dziwaczna sytuacja sprzed domu jeszcze chwilę zaprzątała myśli
Shane’a po przekroczeniu progu mieszkania na piętrze, ale potem Martin swoim
popisowym ruchem rzucił kurtką, gdzie popadnie, czyli na podłogę. Przecież po
to tak tutaj pędzili, żeby jak najszybciej pozbyć się tych przepoconych ubrań.
Już nagi Shane rzucił się na łóżko, na brzuch. Martin zaraz znalazł się na nim
i w nim. Życie było łatwe i przyjemne.
***
Andy przeglądał listę ostatnich połączeń w swoim telefonie. Z dzisiaj były te do Shane’a, kilka nieodebranych od obcych numerów. Nie zapisywał tych wszystkich wierzycieli i innych szui. Kilka od tego starego dziada. Nie dzwonił często. Robił coraz rzadziej, ale to nie tak, że o tobie zapominał. Tylko twoja szansa na odkupienie nikła. Pierwszą ofertę odrzucił. Rozmazał smugę tłuszczu na folii ochronnej ekranu, po czym przycisnął zieloną słuchawkę. Stary Stormare jeszcze nie spał.
Czekam dalej na Zakończenie dodatku z Jackiem :3
OdpowiedzUsuńHej :) Dzięki za sygnał. Fajnie, że ktoś jeszcze pamięta o tej parce. Odświeżę sobie, co tam nawymyślałam i dam znać. Pozdrawiam!
UsuńCzekam na całość jakimś cudem googl odblokowaly dostęp jestem strasznie ciekawa co będzie dalej
OdpowiedzUsuń