niedziela, 16 października 2016

ROZDZIAŁ 9 - Bang i bang

Ułatwienie: Tom Goodman pojawił się w drugim rozdziale.

ack z dwóch klubów wybrał ten, w którym grali mniej agresywne techno. Niestety niedobory w bitach odbijano sobie występami drag queen. Usiadł przy barze, plecami do sceny, aby chociaż nie widzieć tych maszkaradeł. Za ladą stał młody, nieopierzony jeszcze chłopak ubrany od pasa w górę jedynie w rozpiętą, naszpikowaną cekinami kamizelkę. Fioletowe włosy stylizował w zawadiacki lok na czole, a gładkość jego twarzy wspomagana była podkładem. Jack otaksował sylwetkę chłopaka i skrzywił się jeszcze bardziej niż dotychczas. Nie lubił wychudzonych ciotek na ciągłej diecie, którzy nigdy nie widzieli siłowni od środka. Młody barman, mylnie interpretując zainteresowanie mężczyzny, posłał mu kuszące spojrzenie. Jack tylko łypnął na niego z ukosa, co wysłało chłopaka na drugi koniec baru. Zdążył upić ledwie łyk ze swojego drinka, gdy rytmiczna muzyka za jego plecami ucichła.

A oto przed wami królowa Teksasu i seksapilu, niezastąpiona Lady Corn!
Jeszcze tych chłopobab zabrakło – syknął Jack po usłyszeniu zapowiedzi i pociągnął solidny łyk ze szklanki.
Od kilku dni miał parszywy humor, czy raczej przebywał w stanie permanentnego wkurwienia. Chodzeniem do barów usprawiedliwiał swoje picie, zasłaniając prawdę sloganem, że przecież pijacy piją w domu.
Więc mamy tu jeden z przykładów geja ksenofoba? – Usłyszał głos po swojej lewej. – To zadziwiająco częste w tym środowisku.
Jack odwrócił głowę i ujrzał postawnego, czarnego mężczyznę z diamentowym kolczykiem w lewym uchu. Siedział dwa krzesła od niego, ubrany w prążkowany garnitur. Jego przystojną twarz przyozdabiał szeroki uśmiech na wydatnych ustach.
Owszem, jestem pedałem. Więc z definicji podobają mi się faceci, a posiadanie penisa to jeszcze za mało, żeby uzyskać to miano. Gardzę więc przegiętymi ciotami – Jack specjalnie dwa ostatnie słowa wypowiedział głośniej, by dotarły do barmana – oraz wszystkimi innymi babochłopami. Masz coś do tego?
Mężczyzna w odpowiedzi zaśmiał się perliście i uniósł w stronę Jacka szklankę wypełnioną jakimś czerwonym drinkiem.
Każdy ma prawo do swoich własnych przekonań – stwierdził. – Takie jest moje przekonanie.
Zaraz potem wstał, przesiadł się bliżej i wyciągnął ku Jackowi prawą dłoń.
Tom. Tom Goodman – przedstawił się.
Jack zastanowił się chwilę i uśmiechnął się półgębkiem. Uścisnął mężczyźnie dłoń. Rasistą akurat nie był.
W takim razie ja muszę przedstawiać się tylko dla formalności – stwierdził. – Jack Hetfield.
W rzeczy samej. – Uśmiechnął się mężczyzna.
I co? Zamierzasz wykorzystać to odkrycie przeciw mojemu staremu? – spytał Jack.
W sumie, gdy o tym myślał, zastanawiający był fakt, że nikt dotąd nie doniósł Benjaminowi Hetfieldowi o gejostwie jego pierworodnego. Zawsze przecież istniała szansa, że w jednym z klubów, do których chodził Jack, w tym samym czasie mógł znaleźć się jakiś pucyglanc karoserii albo księgowy. Nie krył się też specjalnie z Joshem i to jakiś cud, że nikt oprócz Matta ich nie przyuważył w czerwonym deVille. A może wiedzieli wszyscy? Jack często miał wrażenie, że on podobnie jak cała reszta odgrywa jedynie rolę nadaną mu przez Benjamina Hetfielda. Że orbituje wokół niego niczym planeta wokół gwiazdy. Może wiedzieli wszyscy, ale nikt o tym nie mówił, bo zaburzyłoby to równowagę ich świata. Świata, w którym centrum znajdował się Benjamin Hetfield. 
Wtedy zagrałbym tak samo, jak twój ojciec – stwierdził Tom Goodman. – Wszystko przestałoby mieć wtedy sens.
Jeden musi być tym dobrym, a drugi złym – zgadł Jack.
Właśnie.
Złym, powtórzył w myślach Jack i popatrzył na swoją dłoń. Kostki palców dalej były obtarte i zaczerwienione.
I jak tam? Jakaś nowa sprawa przeciwko staremu? – spytał, aby odegnać nachodzące go myśli.
Ostatnio stracił werwę. Ale już niedługo jeden z waszych mechaników otrzyma wezwanie do sądu. Typowo, molestowanie.
Super – skwitował Jack i napił się ze szklanki.
Byłeś tym złym, czy dobrym? – spytał Tom i wskazał na jego dłoń.
Trudno orzec – odparł młody Hetfield. – Przefasonowałem mu twarz, ale jednocześnie go uratowałem.
Przed czym?
Przede mną, jak sądzę.
A może ratowałeś sam siebie? – spytał Goodman. – Może się bałeś?
Też uważasz, że jestem kojotem? – mruknął Jack jakby do siebie i przechylił szklankę, aby wypić ostatnie krople leniwie spływające po ściankach.
Co?
Co co? – spytał Jack z przekąsem. – Sam mógłbyś gadać jaśniej, a nie lecieć frazesami, wuju dobra rada.
Chodziło mi o to, że jeśli byłbyś w związku z mężczyzną, to w końcu musiałbyś przyznać się ojcu albo jakoś inaczej by się dowiedział – wyjaśnił Goodman. – Jeśli dobrze zgaduję przyczynę twoich rozterek.
W związku? – parsknął Jack. – Geje nie bywają w związkach, bo to nie leży w ich naturze. Tak było od pradziejów, od czasów jaskini. Kobiety chcą zdobyć dla siebie i swoich dzieci obrońcę i łowcę, a faceci chcą zdobyć jak najwięcej kobiet, by spłodzić jak największą ilość potomków i zaznaczyć swoją pozycję. Od wieczna sprzeczność interesów. Jednak wśród facetów wszystko jest proste. Ten sam cel – posiadać i oznaczać.
Rzeczywiście. Lesbijki, czy jak ty byś powiedział, babochłopy lepiej sobie radzą ze związkami od nas.
Jack skrzywił się na wzmiankę o lesbijkach i dźwięki za jego plecami. Lady Corn coverowała piosenki Cher – ulubienicy gejów. Zapewne dlatego, że sama piosenkarka zarówno wyglądem, jak i głosem bardziej przypominała drug queen niż kobietę.
Bang, bang – powtórzył za performerem Tom Goodman i wstał z krzesła. – Wiesz, Jack, w ogóle nie przypominasz swojego ojca.
No co ty nie powiesz? – parsknął Jack.
Ludzi jak twój ojciec pożera ciągły strach. Zaszczepiają go we wszystkich na około. Myślę, że ty jesteś na tyle silny, że w tobie jest go jeszcze mało. W przeciwieństwie do twojego najmłodszego brata, chociażby.
Znasz Liama? – spytał zaskoczony Hetfield.
Nie wspominam tego spotkania dobrze – odparł Tom Goodman. – W przeciwieństwie do tego.
Jasne – mruknął jeszcze Jack, gdy mężczyzna się oddalał.
Znów spojrzał na wierzch swojej prawej dłoni, a jego myśli podryfowały w stronę tej nieszczęsnej przyczepy. Zawsze, gdy tam przyjeżdżał, witało go wściekłe ujadanie psa. Kundel szczerzył na niego kły, aż pokazując przy tym dziąsła. Cały był nastroszony, a z pyska skapywała mu ślina. Pies ujadał wściekle i aż rwał się, aby dopaść Jacka i go zagryźć, ale był przecież na łańcuchu.
***
Sasza nie musiał otwierać oczu, aby wiedzieć, że nadszedł już dzień. Informował go o tym pomarańczowy blask pod powiekami i ciepło promieni słonecznych padających na jego nagie plecy. Jednak dziś uczucie było jakby inne. Powoli wzbierała w nim fala paniki. Co, jeśli uchlał się w trzy dupy i wylądował w łóżku jakiegoś obcego faceta? Rozważał tylko tę opcję, bo już jakoś nie wierzył, by jeszcze mógł robić to z kobietami i czy by mu się w ogóle chciało. Powoli dotarło do niego też, że jego ciało rytmicznie faluje w górę i w dół. Leżał na kimś. Na czyimś nagim torsie, stwierdził, gdy wyczuł skórę pod opuszkami palców. Czy powinien mówić o tym Sancie? Przecież formalnie nie byli w żadnym w związku. Mężczyzna i tak by tylko powiedział, żeby Sasza szedł się przebadać, bo on nie lubi gumek. Równie dobrze mógł to zrobić bez powiadamiania rockmana.
Gdy tylko wyczuł, że osoba, na której leży wciąż z zamkniętymi ze strachu oczami, się unosi, odskoczył jak oparzony. Sturlał się przez to z łóżka i spadł na tyłek. Spojrzał w stronę łóżka i z ulgą odkrył, że noc przespał na Sancie Boy'u w jego pokoju. Zupełnie nagi muzyk podniósł się do siadu i przejechał dłonią po swojej piersi.
Ośliniłeś mnie – stwierdził.
Sorry – odparł bezmyślnie Sasza.
Pierwszy raz został po seksie w pokoju Santy, a nawet z nim spał. Ostatnio muzyk stał się nawet jakiś milszy, by nie powiedzieć czuły. Nie było wątpliwości, że na jego zachowanie wpłynęło wyznanie Saszy, który wciąż nie doczekał się na nie odpowiedzi. Chłopak czuł, że powinien czerpać z tego rogu obfitości, póki się da. Jednak gdzieś w ciemnych zakamarkach umysłu wciąż kołatała mu myśl, że to może być zwykła litość. W czasie tych rozmyślań jego dłoń zjechała na wewnętrzną stronę uda, gdzie dokuczało mu swędzenie.
Co, do cholery? – mruknął, gdy wyczuł zaschnięty brud i popatrzył w dół. – Sperma?
Powinieneś się przyzwyczaić po tych trzech latach – odparł ze śmiechem Santa i wciąż nagi udał się do kuchni. – Idę zrobić kawę.
Spoko. – Sasza zagapił się na swoje krocze, a po chwili na jego twarz wpełzł uśmiech. – Istny armagedon.
***
Sasza czekał na Santę Boy'a, sącząc leniwie piwo w irlandzkim barze Joyce. Jak zwykle usiadł z tyłu sali, obok zdezelowanej szafy grającej. Dla hecy sprawdził kiedyś, czy zawiera ona jakąś piosenkę High Death. O dziwo można tam było znaleźć jedyną rockową balladę zespołu. Świadczyło to tylko o tym, jak popularny kiedyś był zespół Santy Boy'a. Teraz bardzo rzadko ktokolwiek go rozpoznawał na ulicy, czy prosił o autograf. Stał się prawie całkowicie anonimowym obywatelem, na którym nikt nie zawiesza na dłużej wzroku tak jak na Saszy w tej chwili.
Barman obserwował go od samego początku, gdy tylko Sasza przekroczył próg ulokowanego w piwnicy baru. Punkowiec czuł się z tym bardzo niezręcznie i tylko modlił się, aby Santa wreszcie przyszedł. Nie miał pojęcia, o co mogło chodzić. Może barman nie lubił alternatywnych gości? Sam jednak nosił gęstą brodę i był napakowany chyba do granic możliwości. Sasza ponownie spojrzał w stronę baru i znów ich spojrzenia się skrzyżowany. Odetchnął z ulgą, dopiero gdy dzwonek przymocowany do drzwi obwieścił przyjście Santy Boy'a. Mężczyzna zamówił przy barze i podszedł do stolika Saszy. Usiadł po jego prawej stronie i charakterystycznym dla siebie gestem poprawił pasek włosów na szczycie podgolonej głowy.
No co jest? – spytał.
Nie mógłbyś usiąść na wprost mnie? – poprosił Sasza. – Barman ciągle się na mnie gapi!
I co? Robi to za każdym razem.
Że jak niby? Nigdy nie zauważyłem.
Nigdy nie widziałeś, bo zawsze gapisz się na mnie – stwierdził Santa i uśmiechnął się zadziornie.
Nieprawda! Nie gapię się – odparł Sasza jakoś bez przekonania. Skapitulował ostatecznie, gdy rockman uniósł jedną z ostro zarysowanych brwi. – No dobra. Gapiłem się. Szczęśliwy?
Bardzo – stwierdził ze śmiechem Santa. – A gapiłeś się jak?
Tak, tak. Gapiłem się jak szpak w pizdę.
Rockman zaśmiał się swoim mruczącym głosem i napił z zielonej butelki. Chwycił pomiędzy dwa palce czerwoną ze wstydu małżowinę uszną Saszy. Chłopak sapnął, ale nawet nie próbował się wyrwać.
Chcesz mnie upokorzyć?
Hmm, dlaczego? – spytał Santa. – Bo się patrzy? To ciota.
Chyba żartujesz. Ten dwustukilowy paker jest gejem? Nie wierzę.
Brak ci w tym doświadczenia – parsknął rockman, puszczając jego ucho. – Ten gość to kompletna, dogłębna wręcz ciota. A patrząc się na ciebie, myśli sobie „Co ten wychudzony gościu ma w sobie, czego ja nie mam, że to jego pieprzy Santa Boy?”.
Sasza przygładził swoje ucho, które rezonowało ciepłem w głąb jego ciała. Zapewne było też kompletnie czerwone podobnie jak jego szyja, której skóra była bardzo wrażliwa. Było aż śmiesznym, jak szybko robiły mu się tam malinki, co Santa skwapliwie wykorzystywał. Popatrzył na barmana, którego wzrok był jeszcze mniej przychylny niż przed paroma minutami.
Podobasz mu się? – spytał.
A komu podoba się spłukany czterdziestolatek? – zakpił Santa Boy. – Chodzi o to, że kiedyś byłem sławny. To zakłada ludziom klapki na oczy. Możesz być nawet jednookim karłem, ale jeśli masz własną gwiazdę w Alei Sław, będą ustawiać się kolejkami, żeby ujeżdżać twoją małą kuśkę.
No nie wiem...
To patrz – powiedział Santa i nachylił się w jego stronę.
Sasza zdążył tylko pomyśleć o tym, że długi nos rockmana wbija mu się w policzek, a powietrze przez niego wciągane lekko świszczy, nim jego umysł popadł w całkowitą pustkę. Santa wypełnił jego usta swoim gorącym językiem, całują zaborczo i trochę bez wyczucia, ale nie miało to znaczenia. Sasza całkowicie poddał się temu uczuciu i wargom muzyka, które po wyssaniu z niego wszelkich sił, zjechały na podbródek i szyję.
Nie po szyi – mruknął bez przekonania Sasza. – A zresztą, rób, co chcesz.
Jak zawsze – odparł Santa Boy do jego jabłka Adama.
Gdy w końcu się odsunął i przeczesał włosy, wskazał ruchem głowy na bar. Brodaty mężczyzna za nim zdawał się ciskać oczami gromy w stronę Saszy.
Miałeś rację – stwierdził chłopak, gdy już odzyskał władzę nad umysłem.
To już bez znaczenia – odparł Santa Boy, chwytają go za przód dżinsów i ściskając stymulująco.
Co ty wyprawiasz? – syknął Sasza. – Tu są ludzie!
I? W samochodzie ci to jakoś nie przeszkadzało. I w areszcie.
To co innego. Byliśmy w nim zamknięci. We dwoje.
Tu też masz cztery ściany i to bez krat – odparł Santa, starając się wyczuć palcami zarys penisa Saszy pod grubym materiałem dżinsów. W sumie, chciał się z nim tylko podroczyć, ale gdy dzwonek u drzwi oznajmił wyjście jedynego klienta poza nimi, zmienił zdanie. – Znaj mą łaskę, daję ci dwie opcje. Albo pójdziemy do łazienki, co będzie aż nazbyt oczywiste, i później wrócisz tu z wysoko podniesioną głową, patrząc barmanowi prosto w oczy. Albo usiądziesz mi na kolanie tyłem do niego.
Sasza popatrzył na twarz Santy Boy'a i aż zazgrzytał zębami. Znów wykrzywiał ją ten uśmieszek, którego nienawidzili wszyscy. Uśmiech osoby, która nie ma nic, a jednak czuje się jak pan tego świata.
Jak ty to robisz? – spytał Sasza, chwytając go za długi nos. – Ty nawet nie jesteś przystojny.
I nigdy nie byłem. – Zaśmiał się Santa. – Przystojność nic do tego nie ma. Liczy się „to coś”.
To coś? – powtórzył chłopak, siadając mu jednak bokiem na kolanie. – I ja tego nie mam, jak mniemam?
Santa objął go jedną ręką wokół pleców, a drugą nadzwyczaj sprawnie rozpiął mu guzik i zamek od spodni.
No nie wiem. Jakoś sprawiasz, że czterdziestoletniemu dziadkowi metalu staje częściej niż raz dziennie. – Zaśmiał się i wysupłał z bielizny niecałkowicie miękki członek chłopaka.
To pojebane, co teraz robimy – szepnął Sasza, naśladując gest rockmana. Drugą dłoń wsunął jak najgłębiej, na ile pozwalał mu materiał, żeby poczuć jego jądra.
Poliż – powiedział Santa, podstawiając mu dłoń pod twarz, by po chwili poczuć na niej obkolczykowany język. – Dobry chłopak.
Sasza wcisnął głowę w zgięcie szyi muzyka, by zamaskować swoje zażenowanie i poczuć mężczyznę bardziej. Czuł zapach skórzanej kurtki i potu. Santa Boy nie używał żadnych pachnideł oprócz antyperspirantu. Pomimo groteskowości całej sytuacji, twardniał sukcesywnie pod wpływem stanowczych ruchów, jednak wolniej niż zazwyczaj. Spojrzał w dół, na penisa Santy. Niby czuł jego fakturę pod palcami i widział, jak żołądź wysuwa się spod napletka. Jednak chciał poczuć go bardziej, większą ilością zmysłów. I wiedział, że wtedy sam też szybciej dojdzie. Powstrzymał dłoń Santy Boy'a i zsunął się z jego kolana. Przykucnął w bezpiecznym gniazdku pomiędzy udami muzyka. Kilka razy przeciągle polizał jego penisa, szukając językiem żył, nim wziął go całego do gardła jakby bez oporu. Charknął i odczekał moment, aż minie najgorsze uczucie. Obciągał mu zapamiętale, szybko poruszając głową i ssąc mocno. Santa Boy zaśmiał się gardłowo, nie komentując jednak poczynań Saszy ani słowem. Odchylił głowę na oparcie kanapy, dłonią przeczesując krótką szczecinkę chłopaka wokół czarnego irokeza.
Hmm – mruknął chrapliwie, gdy miał kończyć.
Sasza połknął wszystko skwapliwie i oblizał penisa Santy Boy'a do czysta. Zaczął masturbować się szybciej i po chwili skończył, z premedytacją tryskając na podłogę i, o dziwo, nie na swoje spodnie. Obtarł się chusteczką i zastygł na miejscu.
Zamierzasz tam zostać? – spytał Santa Boy. – Nogi ci ścierpły?
Nie...
To?
Wstydzę się – mruknął Sasza.
Trochę na to za późno – parsknął rockman i podciągnął chłopaka za ramiona.
Sasza usiadł plecami do baru i ukrył czerwoną twarz w dłoniach.
Patrzy się? – spytał.
No pewnie – odparł Santa. – Gapił się przez cały czas. Pewnie sobie zwalił pod ladą.
Jezu, nie mów takich rzeczy.
Powiedział człowiek, który przed chwilą obciągnął drugiemu w miejscu publicznym. – Zaśmiał się Santa.
Straszny ze mnie biseks, co? – parsknął Sasza.
Nie ma czegoś takiego jak biseksualizm – stwierdził Santa Boy. – No może u kobiet tak. Ale jeśli facet może włożyć chuja w dupę innego faceta, myśląc o tej właśnie twardej, owłosionej dupie, a nie różowej i mięciutkiej, to jest pedałem. Pozostaje tylko kwestia jego podejścia do cipek. Albo je lubi i się w nie zanurza, albo nie może na nie patrzeć. Jest mniej lub bardziej waginosceptyczny. Cała filozofia.
Sasza przestał ukrywać twarz w dłoniach i spojrzał na całkowicie poważną twarz Santy. Roześmiał się na głos, aż się zapowietrzając. Rockman napił się piwa z butelki, obserwując czerwoną twarz Saszy, podobnie zresztą jak jego szyja i uszy. Chłopak w końcu się uspokoił i wyłapał jego wzrok.
Co? – spytał.
Mam straszną ochotę cię pieprzyć – stwierdził Santa Boy.
Boże, nie mów mi takich rzeczy! – jęknął Sasza i znów schował czerwoną twarz w dłoniach.
Muzyk tylko parsknął i pomierzwił palcami irokeza chłopaka.
***
Matt właściwie cały rok spędzał na uczelni. Jako najlepszy student angażował się w życie wydziału prawa, pomagał profesorom i chodził na procesy w roli obserwatora. Właśnie wracał z rozprawy wstępnej, która wlokła się godzinami, ponieważ prezentowano zebraną dokumentację i zaprzysięgano ławę. Z marynarką przewieszoną przez ramię wszedł do baru, aby przed snem ukoić się szklaneczką whisky i wysłuchać kolejnej historii, jak to barman Gordon dał się komuś przelecieć na powierzchni poziomej, pionowej bądź ukośniej. Usiadł przy drewnianym masywnym barze, odkładając marynarkę na stołek obok, ponieważ był jedynym klientem. Barman nalał mu drinka i podszedł do niego z napięciem wymalowanym na obrośniętej twarzy. Czyżby zapowiadało się na nową opowieść?
I co tam nowego, Gordon? – spytał pierwszy Matt.
No nie uwierzysz! Po prostu nie uwierzysz! – zawołał podekscytowany barman, starają się ściszyć swój głos.
Sprawdzimy, jak mi powiesz, o co chodzi.
Popatrz za siebie – polecił Gordon.
Matt przekręcił głowę i tak jak ostatnim razem na końcu baru ujrzał Santę Boy'a w towarzystwie młodego punkowca. Chłopak wyglądał znacznie lepiej niż ostatnio, tyle Hetfield wyczytał z jego ubrania i świeżo pofarbowanego irokeza. Santa Boy miał dzisiaj na sobie jedynie czarną koszulę, która uwydatniała jego budowę.
Jest znacznie szczuplejszy, niż sądziłem – stwierdził Matt, gdy z powrotem odwrócił się przodem do baru.
Kij tam z twoimi przemyśleniami! Ledwie przed chwilą ten mały gnojek obciągał mu w moim barze, pod moim stolikiem!
Nie pomyliło ci się coś? – zapytał Matt sceptycznie nastawiony do tych rewelacji. – Może coś mu spadło na podłogę? Albo wiązał buta?
Jak mówię, że ciągnął, to znaczy, że ciągnął – odparł Gordon. – Chyba nie wątpisz w ocenę eksperta?
Matt jeszcze raz zerknął w stronę chłopaka z irokezem na głowie i Santy Boy'a, który znacznie górował nad nim sylwetką. Uch, musiał być przynajmniej tak wysoki jak Jack.
Wiesz, jacy są muzycy. Mają dość liberalne podejście do zasad moralnych – odparł.
Kij z tym! Sam robiłem gorsze rzeczy w gorszych miejscach.
To o co chodzi? – Westchnął Matt. Nie chciał ani słuchać, ani mówić o „gorszych rzeczach”. Cóż, nie znał się na nich za bardzo.
O to, że artykuł o Sancie Boy'u na Wikipedii jest dłuższy niż o Skłodowskiej–Curie, a on umawia się z jakimś pokurczonym wypłoszem w wyliniałej kurtce! – odparł barman Gordon.
Aaa. A ty w ogóle lubisz metal? – spytał Matt.
Pewnie, że nie – żachnął się barman i popisowo skrzywił. – Trzask bez ładu i składu, nie to, co techno.
Yhm. To ma sens – parsknął Matt i pokręcił głową. Nie rozumiał ludzi, którzy lecą na kogoś tylko dlatego, że jest sławny.
Barman Gordon otworzył usta, by dopowiedzieć coś jeszcze, ale zamknął je, gdy zauważył zbliżającego się Santę Boy'a. Mężczyzna stanął obok Matta i położył dwie butelki na barze.
Jeszcze raz to samo – powiedział swoim zachrypniętym głosem i posłał barmanowi wiele mówiący uśmieszek.
Już...
Matt ukradkiem popatrywał na muzyka ze swojej perspektywy. Nie chodził na koncerty, był raczej melomanem zbierającym płyty i słuchającym muzyki w samotności. Choć pierwsze spotkanie Santy Boy'a dziesięć lat temu wyrobiło mu mało pochlebne zdanie na jego temat, nie umniejszało to jednak wielkości jego dorobku muzycznego w uszach Matta. Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności miał nawet reedycję drugiej płyty High Death w aktówce. Poprosiłby o autograf, gdyby nie był taką ciapą i się nie wstydził.
Co jest? – spytał Santa, gdy wyłapał wzrok chłopaka na sobie. Był pewien, że młodszy Hetfield rozpamiętuje właśnie w głowie festiwal sprzed dziesięciu lat.
Nie, nic – odparł chłopak.
Serio? – zapytał Santa, aż unosząc jedną brew. Spodziewał się jakiś pogardliwych słów wypływających z wąskich ust przyszłego prawnika. – To może być twoja jedyna szansa.
Matt przełknął ślinę, wyciągnął z aktówki płytę i wraz z pisakiem podał Sancie. Zbity z tropu muzyk zapatrzył się na okładkę.
Reedycja? Nawet nie wiedziałem. Drugi krążek nawet nie był naszym najpopularniejszym.
– „God never alive, Devil never dead” to najlepsza płyta High Death – odparł Matt. – Moim zdaniem.
No co ty – wtrącił się barman Gordon. – Przecież później doszedł do nich Fat Moose, a nawet ja wiem, że to jeden z najlepszych perkusistów wszech czasów.
Może jest niesamowity technicznie, ale w ogóle nie czuł klimatu High Death – zaoponował Matt. – Beherit grał gorzej, ale czuł klimat.
Santa Boy zagapił się na chłopaka. Biała koszula prawie zlewała się z jasną skórą, która wydawała się lekko błyszczeć oświetlona neonówkami. Włosy na karku były świeżo podgolone, prezentują smukłą szyję młodszego Hetfilda. Tęczówki jego wąskich oczu nadających charakter jego pociągłej twarzy był tak ciemne, że niemal nierozróżnialne od źrenic. Wydawał się także nie mieć żadnych pieprzyków. Był całkowicie nieskazitelny i niewinny.
Tak w ogóle, to jestem Marshall Biel – przedstawił się Santa swoim chropowatym głosem i wyciągnął do Matta swoją dużą, spracowaną dłoń.
A ja Matt Hetfield – odparł chłopak, odpowiadając na uścisk, przez który ciarki rozeszły się po jego ciele.
Sasza skrzywił się, gdy usłyszał, jak Santa Boy przedstawił się swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem. Nigdy tego nie robił i nikt się tak do niego nie zwracał. Nawet Sasza musiał sprawdzić na Wikipedii, jak naprawdę nazywa się rockman.

8 komentarzy:

  1. Co za rozdział i emocje! Santa zdecydowanie wywindował w moim osobistym rankingu i chyba nawet przebija Jacka zajebistością. Rozmowa Jacka z Godmanem świetna. Nie wiem, czy o tym wspominałam, ale jesteś naprawdę dobra w dialogach, czytam je z prawdziwym zainteresowaniem i przyjemnością. Sam Jack, który rozmyśla o sobie, o ojcu i o tym, co zrobił w przyczepie, pokazuje jak mu to wszystko leży na wątrobie, a przy tym ma jakieś wyrzuty sumienia (to ciągłe popatrywanie na obdrapaną dłoń). Wspominka o psie na łańcuchu wydaje się coś zapowiadać, albo to moja pokrętna logika wmawia sobie nieistniejące rzeczy.

    Sasza i Santa genialni <3 Numer pod stolikiem aż przypomniał mi własne odjechane akcje, które lepiej przemilczeć w komentarzu. Santa jest niezłym prowokatorem i małym perwersem, czuję z nim pokrewieństwo dusz ;) Spotkanie z Mattem, który okazuje się utajnionym fanem High Death, w jakiś sposób elektryzujące. To, że Santa przedstawił się z imienia i nazwiska, a potem uścisnął dłoń Mattowi, daje mi do myślenia, że ma w tym jakiś cel i mam wrażenie, że wiem, do czego zmierza. Jestem strasznie ciekawa, jak to się potoczy. Aż zrobiło mi się żal Saszy, kiedy pomyślał, że musiał sprawdzić dane osobowe muzyka w Wikipedii heh. Może i czeka na odpowiedź na swoje wyznanie, ale słowa to tylko słowa, a w przypadku facetów bardziej liczą się czyny. Santa na swój sposób okazuje mu, że mu na nim zależy, więc nie ma co się tak gnębić.

    Mam nadzieję, że następny rozdział już się pisze, bo wiesz, kogo na Ciebie naślę, jeśli porzucisz TB?
    Czekam niecierpliwie i pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie, Jack raz pokazuje, że ma jakiś zalążek sumienia i od razu spada w rankingu zajebistości... To tylko jedno małe potknięcie. Na pewno się poprawi! xD No ale Santa też ma równe odchyły, zapowiada się konkurs na największego chama opowiadania. Sama jeszcze nie wiem, kto wygra.
      Mnie też jest żal Saszy. Kojarzy mi się z takim kundelkiem przygarniętym ze schroniska, ciągle łaknącym uwagi pana i pokładającym się na plecy, jak tylko go ujrzy.

      Śmiało, przysyłaj go. Pewnie sobie nie pogadamy, ale zmiękczę go polską wódą (nie ma takiego, kogo by nie położyła) i pocykam sobie kilka fotek. Następny rozdział zaczęłam pisać na wykładzie, więc jest spoko :)

      Usuń
    2. No cóż, prawda jest taka, że w świrowaniu i byciu perwersem, Jack musi się jeszcze sporo nauczyć od Santy. Tak więc, Santa wygrywa wszytko. Też widzę Saszę w ten sposób, ale widać, że Santa lubi swojego kundelka. Jak nic, musisz napisać bonus, jak się poznali.
      Chyba nie doceniasz Raghijskich łbów, byle wódka ich nie powali. Co innego śliwowica ;) Chwała nudnym wykładom!

      Usuń
  2. Świetny rozdział, chociaż brakowało mi mojego Josha (zabawne, że na samym początku mnie irytował :D) Jakoś tak przez ostatnie wydarzenia zaczęłam strasznie kibicować Joshowi i Jakowi. Uwielbiam ich <3
    Jak Jack zaczął pierdziulić Tomowi o tym, że kobiety szukają obrońcy dla potomstwa i tak dalej, to przypomniało mi się o pewnym bardzo szowinistycznym forum w internecie, gdzie stawia się kobiety na miejscu krów rozpłodowych (i generalnie według tych panów kobieta od życia niczego innego nie chce, tylko dzieciaka i faceta z kasą :D). Myślę, że Jack by się tam odnalazł, panowie poklepaliby go po pleckach za takie wywody. :D
    A Sasza i Santa... uch, zrobiło się na moment gorąco. Sasza jest absolutnie uroczy, jakoś tak chciałabym, żeby chociaż ten jeden raz to Santa był zazdrosny o Saszka. :c

    Swoją drogą – nienawidzę czytać opowiadań na bieżąco. Ale od TB nie mogłabym się nawet odgonić, po prostu pożeram te rozdziały :). Życzę więc masy weny i czasu, ku uciesze czytelników xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jak słucham wywodów Korwina na team kobiet, to mi się nuż w ręce otwierał. Ludzie mają różne uprzedzenia i ześwirowania. Ostatnio wsiadam do tramwaju, wszystkie miejsca zajęte, ludzie stoją. Nagle widzę, że jedno krzesełko wolne. Myślę sobie "nasikał ktoś, czy coś?". W końcu nie takie rzeczy się działy w krakowskiej komunikacji miejskiej. Podchodzę, patrzę, a na krzesełku obok siedział chłopaczek - włos farbowany, twarz gładka, wełniany kardigan i rurki ciasne bardzo. Nikt nie chciał obok niego usiąść - bali się, że się zarażą, czy coś? Nie ogarniam. W każdym razie ja nie musiałam telepać się 40 minut na stojąco :)
      Santa widzi, że Sasza wgapia się w niego wielkimi gałami jak wierny psiak i nie widzi nikogo poza nim, więc czuje się bezpiecznie. Może się jeszcze na tym przejdzie. I wreszcie ktoś polubił Josha Miękką Bułę. Są jeszcze wrażliwi ludzie na tym świecie :)
      Dzięki za wenę i oczywiście nawzajem. Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Oo, jesteś z Krakowa? :D Może kiedyś się w tej komunikacji minęłyśmy :D

      Usuń
  3. Ja już miałam nadzieję, że barman może jednak gapił, bo mu się Sasza spodobał... wyszło tak życiowo, tez tak nieraz miałam, że ktoś sie w moją stronę gapił, moje ego skacze a tu typ startuje do koleżanki :p
    Fajnie, że nie zabrakło Matta w tym odcinku, skurwysyny są fajne, ale dla równowagi tacy normalni goście też są spoko. No i chyba utożsamiam się najbardziej z nim, więc miło i o nim poczytać, mam nadzieję, że nie zostanie do końca opowiadania prawiczkiem. Kibicuje mu. Szczerze.

    ibbera

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, ci najnormalniejsi (jak Sasza i Matt) zawsze dostają od życia najmniej. Podzielam twój ból :( Tak to jest być szarakiem. Matt powrócił do opowiadania. Ciągle taki spięty chodzi chłopaczek, zajęty studiami - przydałoby mu się jakieś xxx na rozluźnienie xD Zobaczymy, jak będzie.
      Dzięki za komentarz i pozdrawiam!

      Usuń