niedziela, 23 października 2016

ROZDZIAŁ 10 - Spolegliwa suka i wściekły pies

Kto się spodziewał rozdziału tak szybko? Bo ja nie. Jak bym była leniwa, to mogłabym nawet podzielić go na dwie części, bo niezaplanowanie wyszedł jakiś długi. Ale to jednak rozdział 10, okrągła liczba, więc oprawa musi być. I kto się domyślał, że pendrive z filmem, na którym Jack bawi się w elektryka, wpadnie w łapska właśnie tej osoby? Leśnemu Ptakowi dziękuję za sprawdzenie i komentarz :*

atarnie przyjemnie oświetlały żółtym światłem puste chodniki, gdy po zmroku wracali z baru do mieszkania. Nawet na ulicach średniego miasta, do jakich należało Austin, w środku tygodnia panowała względna cisza. Było dość nastrojowo. Santa Boy objęty jakąś dziwną dla siebie błogością popatrzył na idącego obok chłopaka i aż wyrwało mu się westchnięcie. Cały nastrój poszedł się pieprzyć w przeciwieństwie do nich. Po minie milczącego Saszy już wiedział, że nie będzie mu dane dziś znaleźć się w jego ciasnym tyłku.
I co jest? – spytał.
Dlaczego wszystko musiał z niego wyciągać? Irytowało go to, ale wiedział, że tak trzeba.
Sasza spojrzał w górę, na twarz mężczyzny i zasępił się jeszcze bardziej. Nie chciał spowiadać się przed nim ze swoich żałosnych obaw.
W sumie, to nic – odparł w końcu. – Tylko, no... Właściwie to o czym gadałeś tak długo przy barze z młodszym bratem Hetfielda?
Miał złe przeczucia już od momentu, gdy Santa Boy podał tamtemu gościowi rękę. Przecież sam powiedział, że to przez młodszego Hetfielda przestał ćpać. Jego ponowne spotkanie nie może przynieść niczego dobrego. Poza tym, kto wie, co chorego wykiełkowało w głowie Santy? Krąg jego seksualnych zainteresowań zdawał się nie mieć żadnych ograniczeń, a pół Azjata wyrósł na przystojnego mężczyznę. Nie aż tak przystojnego jak Jack Hetfield, ale bardziej od Saszy.
Nie, nie chcę go przeruchać – odparł domyślnie Santa. – On jest jakiś taki... nieruchalny.
Słucham?
Oglądałeś kiedyś te wszystkie filmy z istotami z kosmosu? – spytał rockman. – Zwykle są tacy biali i mają takie skośne oczy.
Boże, o czym ty pieprzysz? – spytał Sasza, marszcząc brwi. Nie ogarniał tego człowieka.
Jest przystojny, czy bardziej – piękny. Jakiś taki nieskazitelny. – Santa wykonywał przy mówieniu nieskoordynowane ruchy dłońmi, jakby obtaczał sylwetkę Matta. – Jakiś taki... aseksualny po prostu.
Aseksualny? – powtórzył Sasza.
No, nieruchalny – parsknął Santa Boy.
Sasza zaśmiał się i pokręcił głową. Santa Boy był jednocześnie najdziwniejszym i najlepszym, co go w życiu spotkało.
To o czym z nim gadałeś? – zapytał. – Słyszałem tylko, jak mu się przedstawiłeś.
O muzyce – odparł Santa. – Dzieciak chyba oddzielił w swojej główce to, że przeruchałem publicznie jego brata od muzyki High Death. To jeden z tych gości niełączących dorobku muzycznego z muzykiem. Nie czytuje „Celebrity Gossip”.
I co w związku z tym?
Cóż, właściwie to zamierzam go wyruchać, ale nie fiutem – oznajmił poważnie Santa. – Zaprosiłem go na nagranie płyty i zamierzam wycisnąć z niego tyle kasy, ile się tylko da.
To konieczne, że musisz opędzlować obu braci? – spytał Sasza. Wciąż był trochę sceptycznie nastawiony do „nieruchalności” Matta Hetfielda.
Sprzedanie auta pozwoliło mi wynająć studio nagrań i dźwiękowca – wytłumaczył Santa Boy. – Chociaż brzydzę się komerchą, trzeba mieć jakieś środki na promocję.
Rozumiem, że zamierzasz wyciągnąć je z młodszego Hetfielda bez ruchania go i szantażowania, tak? – Punkowiec posłał starszemu mężczyźnie wyczekujące spojrzenie, samemu poszukując w jego piwnych oczach potwierdzenia.
Zgadza się – przytaknął Santa.
To jak zamierzasz to zrobić?
Hmm, po prostu będę bardzo miły dla niego. – Rockman uśmiechnął się po lisiemu, co wywołało pojawienie się zmarszczek wokół jego głęboko osadzonych oczu.
Sasza zdążył rzucić mu jeszcze nie do końca przekonane spojrzenie, nim potknął się o wystającą kostkę brukową. Zrobił młynek ramionami, by utrzymać równowagę i się nie wywalić.
Cholera!
Znowu się uchlałeś? – spytał sceptycznie Santa Boy i asekuracyjnie chwycił chłopaka za przedramię. – Masz strasznie słabą głowę jak na byłego ćpuna.
Nie upiłem się – zaprzeczył Sasza. – Tylko ta kostka. Na co idą moje podatki?
Ty nie płacisz podatków – parsknął Santa.
No dobra. To na co idą twoje podatki? – burknął Sasza niezadowolony, że rockman wytknął mu brak zarobków.
Wiedział, że powinien pójść do jakieś normalnej pracy na miarę swoich możliwości i wykształcenia, czy raczej jego braku. Jednak jakieś idiotyczne poczucie dumy powstrzymywało go przed zatrudnieniem się w supermarkecie na nockach albo jako śmieciarz. Chociaż tam byłby wśród swoich – niewykształconych, po wyrokach, samotnych matek i byłych ćpunów. Dodatkowo bał się, że jeśli będzie więcej czasu przebywał poza domem, to Santa całkiem zapomni się w swoich jednonocnych romansach. Podsumowując, był goły i całkowicie na łasce i niełasce mężczyzny.
Czuję się jak twoja suka – mruknął.
Santa chwycił go bez słowa za dłoń i westchnął. Kurwa, nie radził sobie z tym. Z byciem człowiekiem. Nawet nie miał, skąd brać wzorców. Nikt się nim nigdy nie opiekował. Wiedział, że psychika Saszy była krucha jak trzcina. On za to był jak wiatr, jednocześnie przytrzymujący ją w górze, jak i mogący momentalnie złamać, nawet przypadkowo. Czasami to uczucie odpowiedzialności za drugą osobę aż go dusiło.
Ty w ogóle się tym nie przejmujesz? – spytał Sasza, podążając z mężczyzną ramię w ramię do domu. – Że ludzie cię biorą za geja?
Przecież jestem pedałem – odparł Santa. – W praktyce już dwie i pół dekady.
No... ale jak byłeś w High Death to twoje zabawy z groupies i ogólna rozwiązłość były znane na całą Amerykę.
I to jest najzabawniejsze – parsknął muzyk. – Wszyscy wiedzieli, że posuwam też facetów, ale nikt nie brał mnie za geja. Uznawali, że jestem po prostu typową gwiazdą rocka, która posuwa wszystko, co jej wpadnie na chuja. Rock'n'Roll, seks, dragi i te sprawy. A ja jestem pedałem i to dość waginosceptycznym. Zaliczałem kobiety głównie po to, żeby opinia publiczna nie dowiedziała się, że jestem gejem.
Ale dlaczego? – zaciekawił się Sasza.
Bo wtedy od razu ja i zespół zostalibyśmy zaszufladkowani. Część metalowców odrzuciłaby nas już na wstępie, a zainteresowałyby się nami środowiska LGBT.
A teraz już o to nie dbasz? – dopytywał chłopak. Wciąż szli, trzymając się za ręce, a nieliczni przechodnie rzucali im ukradkowe spojrzenia.
Wszyscy sądzą, że bycie gwiazdą rocka daje jakąś wolność. Że możesz robić, co chcesz. Nie chodzić do pracy ósma–szesnasta i nikt nie będzie miał wyrzutów. A to chuja prawda. Zawsze zostaniesz wepchany w jakieś ramy, konwenanse. Ludzie będą oczekiwać od ciebie określonych zachowań i musisz się temu podporządkować albo zostaniesz zepchnięty na margines. Okazuje się, że dopiero, gdy jesteś nikim, możesz być sobą.
Sasza jedynie skwitował wywód mężczyzny krótkim „uhm”. Nagle nocne wypady Santy, bo nie mógł tego nazwać zdradami, w końcu nie byli razem, zaczęły mu bardziej doskwierać. Dotąd wpisywał je jakoś w postać mężczyzny. Były jakby kolejnym czynnikiem go określającym. Gdy myślał „Santa Boy”, na usta cisnęły mu się cztery słowa – wysoki, inteligentny, cham i erotoman. Zachowanie mężczyzny i obniżone standardy moralne tłumaczył środowiskiem, z którego wywodził się Santa Boy oraz jego dzieciństwem. Sądził, że mężczyzna robił to wszystko dość bezwiednie i że po prostu nie umiał inaczej. A teraz wychodziło na to, że rockman był wszystkiego w pełni świadomy, także tego, co czuł Sasza. I nic sobie z tego nie robił. Wyszarpnął swoją dłoń z uścisku Santy Boy'a i odskoczył od niego na parę kroków.
Co jest? – spytał zdezorientowany muzyk. – Niedobrze ci?
Bardzo. Brzydzę się tobą i sobą – odparł gorzko Sasza i usiadł na ławce, którą miał za sobą. – Straszny skurwiel z ciebie, wiesz?
No Ameryki tym nie odkryłeś. – Uśmiechnął się krzywo muzyk. Powoli zaczynały wyczerpywać mu się pokłady cierpliwości na dzisiaj. – Ale dalej nie wiem, co ci tak nagle odpieprzyło.
Sasza przejechał dłońmi po podgolonych włosach na głowie wciąż niepewny tego, czy powinien wyrzucić z siebie to, co od dawna leżało mu na wątrobie. Raz kozie śmierć.
Nagle, nagle – prychnął cały najeżony. – Od początku zastanawiałem się, dlaczego mnie ze sobą wziąłeś. I doszedłem do wniosku, że jak zwykle kierowało tobą samolubstwo. Po prostu nie chciałeś być sam.
Pewnie. I do tego potrzebny mi był ćpun po próbie samobójczej – sarknął Santa. – Przypominam, że to ja ścierałem twoje rzygi z mojego dywanu, gdy byłeś na detoksie.
Może nie było cię stać na nikogo lepszego. Bo sam jesteś tylko stetryczałym skurwysynem, którego wszyscy opuścili. Wciąż żyjącym przeszłością, o której już nikt nie pamięta!
Sasza pożałował tych słów, zanim jeszcze skończył je wypowiadać. Zakrył swoje usta dłonią i niepewnie spojrzał na twarz rockmana. Sancie nie drgnął ani jeden mięsień, tylko jego grdyka się poruszyła, gdy przełknął ślinę.
Ach, tak – odparł z przekąsem w głosie. – Ale wiesz, wspomniałeś, że jesteś moją suką. Ale ja cię nigdy nie trzymałem na smyczy. Może pora znaleźć sobie nowy dom, na jaki stać ciebie. Co powiesz na miejscówkę pod mostem?
Chłopak przygryzł policzki od środka, tamując emocje. Więc tak to się miało skończyć? – pomyślał. Na środku ulicy, obtoczeni ciekawskimi gapiami? Tak po prostu? Uniósł się z ławki i nie patrząc mężczyźnie w oczy, odparł:
Tak właśnie zrobię.
Zaczął się oddalać, wymijając ze spuszczoną głową paru ludzi, którzy zatrzymali się, żeby obejrzeć kłótnię dwóch gejów na środku ulicy. Oczywiście, że za mną nie pójdzie, pomyślał gorzko i jeszcze przyśpieszył kroku. Po chwili zaczął biec, nie patrząc na boki przy przekraczaniu ulic, chociaż w nocy sygnalizacja świetlna pracowała w trybie awaryjnym, cały czas pokazując żółte światło dla kierowców. Raz prawie nadział się na maskę samochodu, który zahamował z piskiem na przejściu. Sasza bluzgającemu kierowcy pokazał jedynie środkowy palec.
Stój, kurwa! – usłyszał za sobą podenerwowany i charakterystycznie zachrypnięty głos Santy Boy'a.
Sasza przystanął na moment, rozważając, co zrobić. Mógł to wszystko jeszcze odkręcić i wrócić do mężczyzny z położonymi po sobie uszami. Potrząsnął głową i zacisnął pięści. Choć raz nie bądź taką cipą, skarcił się w duchu. Gdy popatrzył za siebie, spostrzegł, że od Santy Boy'a dzieli go jeszcze tylko jedna ulica.
Pierdol się! – krzyknął i pokazał mu środkowy palec.
Gdy biegł dalej, nie oglądał się już za siebie. Sam już nie wiedział, czy chciałby, aby mężczyzna go gonił. W końcu dotarł do słabo oświetlonego parku. Stanął pod kasztanowcem i zaparł się dłońmi o ugięte kolana. W środku paliło go tak bardzo, że miał ochotę wypluć płuca. Łapczywie łapał hausty chłodnego, nocnego powietrza. Wciąż ciężko oddychając przez usta, rozglądnął się po parku. Najwyrażniej to tutaj przyjdzie mu spędzić noc. Dopiero gdy bardziej ochłonął, poczuł, jak bardzo jest spocony. Koszulka z nadrukiem zespołu The Exploited z charakterystyczną czaszką z irokezem lepiła mu się do ciała. Kiedyś w ogóle by się tym nie przejął. Na szczęście śmierdzieć na poważnie zacznie dopiero jutro, gdy pot wyschnie.
W ogóle się tego nie spodziewał, więc gdy został mocno pchnięty w plecy, ze wszystkich sił starał się tylko nie upaść na głowę. Boleśnie wylądował na kolanach, podpierając się jedną ręką i zaraz przekręcił się na plecy. Ujrzał stojącego nad sobą Santę Boy'a, który dyszał ciężko. Cała jego twarz była ściągnięta i czerwona. Zarówno jego górne, jak i dolne zęby były odsłonięte. Sasza przełknął ciężko ślinę. Bał się, bo mężczyzna był wściekły, a jednocześnie patrzył na jego twarz jak zahipnotyzowany. Nigdy wcześniej nie widział na niej tylu emocji.
Santa po chwili opadł na kolana pomiędzy nogami Saszy i przycisnął chłopaka do ziemi za barki, na co ten wydał z siebie zbolałe syknięcie.
Puść mnie! – warknął chłopak i bez powodzenia spróbował się odsunąć. Dzieliło ich jakieś trzydzieści kilo.
Zamknij się – wysapał Santa Boy. – Kurwa, za chwilę dostanę zawału.
Stoczył się z chłopaka i położył na plecach obok niego. Gdy dotknął dłonią piersi, poczuł, jak dudni mu serce. Minęły lata, odkąd ostatnio coś wprowadziło je w taki stan.
O ja pierdolę – wysapał jeszcze.
Sasza podniósł się do siadu, ignorując ból w zapewne rozbitych kolanach. Z lękiem w swoich szarych oczach spojrzał na Santę.
Hej, nic ci nie jest? – spytał poważnie przestraszony.
Nie, kurwa – syknął mężczyzna. – Jestem w końcu stetryczałym skurwysynem.
W końcu jednak usiadł i popatrzył na twarz Saszy, z której znikła cała złość zastąpiona teraz lękiem. Lękiem o niego. Potrząsnął jeszcze głową i poprawił włosy, które zaraz po tym znów opadły mu na czoło.
A teraz ani myśl znowu uciekać, jeśli nie chcesz rozsypywać moich prochów w Zatoce Meksykańskiej i powiedz prawdę, o co ci właściwie chodzi.
Gdyby nie był cały czerwony, Sasza spiekłby teraz raka. Dotarło do niego, jaką dziecinadą była ta ucieczka. Jednak spojrzenie ciemnych oczu muzyka było bezlitośnie wyczekujące.
No bo... – zaczął, usilnie wgapiając się w trawę. – Bo ciągle mnie zdradzasz!
Kiedy niby? – zdziwił się muzyk.
Bez przerwy gdzieś znikasz i wracasz najebany.
Przecież wiesz, że muszę utrzymywać kontakt ze środowiskiem, żeby nie wypaść z obiegu – odparł Santa.
I to jest usprawiedliwienie, żeby ruchać wszystko wokoło? – zapytał gorzko Sasza.
Nie rucham wszystkiego wokoło – zaprzeczył rockman. – Znaczy, już nie rucham wszystkiego wokoło. Oprócz ciebie.
Niby od kiedy?
No od wtedy, gdy przestałem używać z tobą gumek – odpowiedział Santa i podrapał się po podbródku. – A myślałeś, że po co to robiłem?
Żeby nie zarazić się jakiś syfem ode mnie – mruknął Sasza.
Raczej, żebyś ty nie zaraził się czymś ode mnie – wyjaśnił Santa coraz bardziej skrępowany tymi zwierzeniami. – Chodzę na te spotkania, oglądam jak Fat Moose wciąga kreski i pieprzy dziwki. Potem zalewam się w trupa, żeby nie myśleć o koksie i wracam do domu.
Więc mam rozumieć, że moja dupa ci wystarcza? – zapytał podejrzliwie chłopak. – To po co wcześniej pieprzyłeś wszystko po kolei, nawet w na... w twoim domu?
Santa Boy wciągnął powietrze przez usta i przez chwilę go nie wypuszczał. Zabębnił palcami o kolano. Nie przywykł do takich rozmów.
Bo ty nie chciałeś – wypalił w końcu.
Czego nie chciałem? – spytał Sasza, marszcząc brwi. – Aaa... No bo, kurde. Nigdy wcześniej nie byłem z facetem i w ogóle. Wstydziłem się, okej? Mogłeś coś powiedzieć.
Co niby? Po odwyku byłeś jak ze szkła. Czułem, że jak bym cię choć dotknął, to byś się skruszył.
A ja myślałem, że mnie nie chcesz w ten sposób. Że się mną brzydzisz.
To obaj się myliliśmy, okej? – odparł Santa i uwalił się na trawie.
Zaraz poczuł, jak Sasza kładzie się na nim. Było inaczej niż zwykle, bo teraz to chłopak był między jego nogami. Pogładził go po głowie, gdy Sasza ukrył twarz w zgięciu jego szyi. Nocne niebo było dziś przejrzyste, granatowe i pełne gwiazd.
I tak serio nikt? – spytał cicho Sasza przy jego uchu.
Mam czterdzieści lat i za dużo dumy, żeby łykać niebieskie pastylki – prychnął Santa. – Chyba mnie przeceniasz, jeśli sądzisz, że pieprzyłem gdzieś jakichś chłopaczków, a później wracałem i robiłem z tobą to samo.
Odpowiedział mu cichy chichot. Santa przesunął swoimi dużymi dłońmi wzdłuż smukłego ciała chłopaka, by chwycić go za pośladki.
Poza tym, w całym Teksasie nie znalazłbym drugiej tak ciasnej dupy, jak twoja. – Zaśmiał się. – Nawet mnie czasami po wszystkim boli fiut.
Sasza parsknął i przesunął głowę na klatkę piersiową mężczyzny. Słyszał wyraźnie bicie jego serca uchem przyciśniętym do ciała. Było to bardzo uspokajające. Czuł prawie, jakby się stapiał z mężczyzną, leżąc na nim płasko, otoczony ostrym zapachem jego ciała.
Chyba jednak nie będziesz miał zawału – stwierdził.
To dobrze. W końcu obiecałem ci pieprzenie – odparł Santa ze śmiechem, zaborczo masując pośladki chłopaka. – Jednak to jutro, suczko.
Sasza wyprężył się ekstatycznie pod dotykiem i zaśmiał z „suczki”, ponieważ nie wyczuł w głosie Santy żadnej wzgardy, a jedynie żart. Prawda była taka, że stał się suczką mężczyzny. Spąsowiał na myśl o tym, co robił, gdy się masturbował. Potrafił nawet dojść dupą, gdy Sancie puszczały wszelkie hamulce i mógł jedynie kwiczeć pod nim. Gdy teraz o tym pomyślał, mężczyzna nigdy nie skomentował tego w żaden negatywny sposób. A Sasza wiedział, że nawet niektórzy otwarci geje gardzą pasywami.
Wiesz, że jesteś jednocześnie skurwielem i dobrym człowiekiem? – spytał.
To najlepszy komplement od... właściwie to od zawsze pod moim adresem – odparł Santa Boy. – Przydałoby się stąd zbierać. Miałeś krew na dżinsach.
Sasza podsunął się wyżej i lekko uniósł na łokciach ponad barkami mężczyzny. Pocałował go z westchnieniem, głęboko i powoli. Santa oddawał pocałunek dość biernie, bardziej dając się całować, niż całując. Popatrywał co chwilę to na rozgwieżdżone niebo, to w uśmiechnięte oczy Saszy, odpowiadając takim samym spojrzeniem. Leżąc pod chłopakiem, doszedł do wniosku, że minęło jakieś dwadzieścia lat, odkąd ostatni raz był na dole. Nagle oślepiło go światło z latarki.
Policja, proszę wstać.
Co, kurwa? – warknął Santa, rozkładając ręce. – Nawet nie jesteśmy rozebrani.
Proszę nie dyskutować, bo was skuję.
Sasza bez słowa zwlekł się z Santy i stanął przodem do policjanta, starając się nie patrzeć mu w twarz. Po raz kolejny dali się przyłapać w sytuacji intymnej, ale uczucie wstydu wcale nie zmalało. Po chwili dołączył do niego muzyk, który za to hardo patrzył oficerowi w oczy.
Proszę do radiowozu.
Ruszyli przez park za mężczyzną. Sasza chwycił Santę za rękaw skórzanej kurtki, żeby się do niego nachylił.
Wiesz – szepnął – pewnie dostaniemy dwadzieścia cztery. Więc jutro nadal będziemy w areszcie.
Santa zarechotał i klepnął chłopaka w tyłek. Hm, życie ostatnio było jakieś lepsze.
***
Tracy usiadła na blacie obok zlewu, potrącając przy tym szklanki leżące na suszarce obok. Josh z opatrunkami na nosie i skręconej kostce leżał płasko na jej łóżku i nieruchomymi oczami patrzył w górę. Dziewczyna długo nie zniosła przedłużającej się od powrotu ze szpitala ciszy między nimi.
No, hej! – zawołała. – W ogóle, że ukrywałeś kasę przede mną!
Niczego nie ukrywałem – odparł Josh głosem bez emocji, wciąż wpatrując się tępo w górę. – Po prostu opłacałem sobie ubezpieczenie.
I dobrze. Inaczej byśmy byli w dupie. Tyle kasy...
Josh zamrugał, wciąż bez ruchu leżąc na łóżku Tracy. Chciał, żeby siostra sobie już poszła i zostawiła go samego.
W ogóle, to mega chuj z tego całego Jacka Hetfielda! – ożywiła się Tracy. – Tak cię urządził, bo mu więcej nie chciałeś dawać! Pedał!
Nie mów tak – burknął Josh.
No ale tak było, no!
Co było? Rozkładałem się przed nim jak suka. Pieprzyliśmy się w aucie, a ja tylko marzyłem, żeby rozłożyć się pod nim na masce i zobaczył nas cały świat.
Tracy zagapiła się na brata zbita z tropu. Nie podejrzewała, że jego związek z Jackiem Hetfieldem wyglądał właśnie tak. Była pewna, że to relacja oparta na sponsoringu.
No i patrz, co ci zrobił chuj jeden! – zawołała, odzyskując rezon. – Niewdzięcznik!
Nic nie zrobił – odparł Josh. – W porównaniu do tego, co ja zrobiłem. Widziałaś, jak skończyła wdowia Hanson? Powinien mnie zabić, a on nie zrobił nic!
Josh zakrył piegowatą twarz dłońmi. Wciągnął głośno powietrze, ale nie zdołał powstrzymać szlochu.
Weź, nie rozumiem cię w ogóle – bąknęła Tracy zmieszana na widok płaczącego brata i wyszła z przyczepy.
Prawie spadła ze schodka, gdy po otwarciu drzwi ujrzała Jacka Hetfielda, który gapił się na ujadającego psa sąsiadów, popalając przy tym papierosa. W pierwszym odruchu chciała wrócić do przyczepy i się w niej zatrzasnąć lub uciec ukradkiem, póki Hetfield nie patrzy w ich stronę. Co ten pojebaniec tu znowu robi?! – myślała intensywnie. „Jeszcze mu mało?” Nie uciekła jednak, gdy tylko jej stopy dotknęły gruntu, ale z zaciętą miną ruszyła w stronę mężczyzny. Nikt nie będzie traktował jej brata jak psa! No może poza nią. Ale to zupełnie co innego! To w końcu rodzina!
Hej, ty! – zawołała, idąc w stronę Jacka z dłońmi zaciśniętymi w pięści. – Czego tu jeszcze chcesz, skurwielu?!
Jack początkowo nie zareagował, wciąż gapiąc się na psa jak zahipnotyzowany. Dopiero po kilku sekundach wyrwał się z odrętwienia i powoli odwrócił twarz w stronę Tracy. Jego intensywnie zielone oczy nie były tak straszne, jak ostatnio, ale ich wyraz nadal nie wróżył niczego dobrego.
Bo zadzwonię na gliny! – warknęła Tracy, gdy nie doczekała się odpowiedzi, choć był to czysty blef.
Wcale nie miała takiego zamiaru, bo przyjazd policji narobiłby jej i Joshowi problemów. Nie dość, że zajmowała się nielegalną w Teksasie prostytucją, to jeszcze byli niepełnoletni. Oficjalnie podczas pobytu matki w więzieniu opiekować miała się nimi ciotka, ale rok temu wyjechała z Amarillo.
To dzwoń – odparł Jack jakoś beznamiętnie, po czym zaciągnął się jeszcze raz papierosem, nim rzucił niedopałek na wysuszoną ziemię i przydeptał butem.
Wyminął dziewczynę zszokowaną brakiem agresji i wszedł do przyczepy. Gdy tylko Josh go zobaczył, spróbował się unieść, ale Jack powstrzymał go ruchem ręki. Mężczyzna usiadł na skraju łóżka i omiótł wzrokiem ciało chłopaka, zatrzymując się na jego twarzy i opatrunku.
Jack...
No Jack, ale już nie ten zajebisty i niezastąpiony. – Mężczyzna uśmiechnął się smutno i wyciągnął rękę, aby pogłaskać chłopaka po rudych i jak zwykle splątanych włosach. Cofnął jednak dłoń, gdy zauważył na kostkach zaczerwienie.
Dlaczego tu jesteś, Jack? – spytał Josh, patrząc na mężczyznę swoim wielkimi, błękitnymi oczami z mieszaniną obawy i nadziei. – Mówiłeś, żebym się już do ciebie nie zbliżał. Chodzi o pieniądze?
Pieniądze? – powtórzył Jack, nie rozumiejąc. – A, za samochód. Chuj z nimi i tak należały do starego. W sumie, to było nawet zabawne, zobaczyć, jak staruch dostaje apopleksji. Ale fury szkoda, to było ładne cacko.
Wiem – szepnął Josh.
Nie był głupi i wiedział, że Jack ma jeszcze innych facetów. Że chodzi do klubów. Że pieprzy ich w darkroomach, a może nawet zaprasza do własnego mieszkania. Jednak czym innym jest wiedzieć, a czym innym zobaczyć. I Jack tak patrzył na tego faceta. Jakby mu zależało, jakby go o coś błagał. Josh w głowie miał jedynie szum, gdy podpalał czarnego deVille.
Ale to, że tutaj przyszedłem, niczego między nami nie zmienia – oznajmił Jack. – W ogóle nie powinienem tu przychodzić. Nie powinienem mieszać ci w głowie.
I sobie też, pomyślał. W końcu dotknął piegowatego policzka chłopaka, który przykrył jego dłoń swoją i przymknął błękitne, mokre oczy. „Jednak straszny ze mnie skurwiel”.
Jesteś pijany, Jack? – spytał niespodziewanie Josh.
Hm? Bardziej mam ostrego kaca – odparł mężczyzna zaskoczony pytaniem. – Skąd wiedziałeś?
Zawsze jak jesteś pijany, to inaczej mówisz. Nie myślisz przed każdym zdaniem, jak bardzo cię ono odkrywa.
Czyli już się za bardzo odkryłem – stwierdził Jack i parsknął. – Mam cel i zamierzam do niego iść nawet po trupach. Nawet po twoim, Josh. Dlatego powinieneś o mnie zapomnieć i najlepiej wyjechać stąd. To nie jest dobre miejsce dla chłopców takich jak ty.
Jak ja? – powtórzył Josh i przesunął dłoń mężczyzny na swoje wydatne i spękane usta, które teraz tak bardzo piekły.
Tak. – Jack powoli przejechał palcem wskazującym wzdłuż dolnej wargi chłopaka. Josh zagryzł jego koniec, gdy lekko wsunął go w jego usta. – Oglądałeś „Brokeback Mountain”?
Czytałem książkę – odparł Josh.
Czytałeś... To miejsce nie zmieniło się zbyt wiele od tamtych czasów. Powinieneś wyjechać gdzieś do dużego miasta, gdzie jest więcej takich ludzi. Mógłbyś tam skończyć szkołę, znaleźć pracę...
Nie mogę zostawić Tracy samej.
To kurwa – warknął Jack ostrzej, niż zamierzał. – Ona cię wykorzystuje, chyba to widzisz.
Muszę się nią opiekować, Jack – odparł Josh z zadziwiającą hardością. – To moja siostra.
Josh sapnął, gdy mężczyzna się odsunął i usiadł prosto na skraju łóżka. Poczuł, jakby powietrze go otulające, nagle stało się chłodniejsze.
Znowu rodzina, co? – mruknął gorzko Jack. – Więc zabierz ją ze sobą.
Ona tu czeka na matkę, Jack.
Twoja matka jest w więzieniu – odparł mężczyzna.
Ale kiedyś wróci. Tutaj, do przyczepy. I nie chcę, żeby nikogo w niej nie było, kiedy to już się stanie.
Jack popatrzył po raz ostatni na twarz Josha, który teraz nawet nie próbował ukrywać łez. Nie powinien tutaj przychodzić. Wstał, odsuwając rękę, gdy chłopak próbował przytrzymać go za dłoń.
W każdym razie, nie możesz już wrócić do pracy w warsztacie – powiedział, nie patrząc mu w oczy. – Gdybyś miał problemy ze znalezieniem pracy, możesz do mnie przyjść ten jedyny raz. Pomogę ci. Ale już nigdy się nie zobaczymy, rozumiesz?
Kocham cię, Jack – szepnął Josh.
Wiem. – Mężczyzna zakrył oczy dłonią i na powrót usiadł na łóżku. – Wiem, kurwa. Mówiłeś mi to za każdym razem, gdy wypowiadałeś moje imię.
Josh podniósł się do siadu i odciągnął rękę Jacka z jego twarzy. Mężczyzna posłał mu pytające spojrzenie.
To głupie, Josh.
Jestem głupi – odparł chłopak, kładąc się na plecy i ciągnąc mężczyznę ku sobie.
Jack odrzucił jeszcze swoją marynarkę za siebie, pozostając w czarnej, rozpiętej pod szyją koszuli. Wsunął się bardziej na łóżko, kładąc zdrową nogę Josha na swoim udzie. Chłopak z bijącym sercem zaczął nieporadnie z powodu pozycji ściągać z siebie podkoszulek przez głowę. Jack pomógł mu, gdy zahaczył o swój nos i syknął z bólu. Mężczyzna obchodził się z nim bardzo ostrożnie, z każdym skrzywieniem chłopaka czując rosnące poczucie winy. Chciał nawet się wycofać, gdy dojrzał ślady na szyi Josha, ale chłopak gwałtownie przyciągnął jego głowę za kark do swojej. Tylko dlatego, że zaparł się dłońmi po jego bokach, nie zderzyli się nosami. W końcu złożył na jego wydatnych ustach pocałunek, przekręcając głowę w bok. Josh obtoczył jego kark obiema rękami, a zdrową nogą przyciągnął jego biodra do swoich. Czuł w żołądku niemal fizyczny głód. Jack rozsunął mu językiem wargami. Josh przycisnął mężczyznę jeszcze bardziej do siebie i zaczął zachłannie odwzajemniać pocałunek. Odetchnął łapczywie, gdy blondyn zszedł swoimi ustami niżej, na podbródek i szyję. Wplótł mu dłoń w długie włosy, których pojedyncze kosmyki wysunęły się spod gumki i opadały swobodnie na tors Josha.
Niżej – sapnął chłopak i podciągnął głowę Jacka trochę do góry za włosy.
Mężczyzna posłał mu spojrzenie zielonych oczu i zsunął się ustami na jeden z sutków. Drugi chwycił w dwa palce.
Tutaj? – spytał.
Tak...
Zaczął ssać mały, sztywny sutek, podgryzając go lekko zębami. Josh zamknął oczy, poddając się pieszczocie.
Jack...
Jack parsknął ochryple, rozsyłając wibracje w głąb ciała chłopaka. Gdy odsunął na chwilę głowę, ujrzał, że brodawka, którą lizał była znacznie bardziej czerwona. Pochylił się jeszcze na moment, by pocałować tę drugą.
Niżej? – spytał.
Rozpalony Josh otworzył oczy i pokiwał głową. Rozłożył nogi szerzej. Chciał wszystkiego, co mógł mu dać ten mężczyzna. Jack uniósł się jeszcze, by ściągnąć koszulę, ukazując swój wyrzeźbiony tors. Kolejna ubrudzona spermą koszula nie wchodziła w grę. Rozejrzał się jeszcze po ciasnym pomieszczeniu za czymś do nawilżenia.
Gdzie twoja siostra trzyma lubrykant? – spytał.
Na dole – odparł Josh bez krępacji.
Jack nachylił się i otworzył szufladę pod łóżkiem. Wyciągnął z niej dużą butelkę z nawilżeniem. Hurtowo, parsknął w myślach. Wylał sobie słuszną porcję na dłoń, a opakowanie odrzucił na podłogę. Chwycił zdrową nogę Josha pod kolanem, by rozsunąć trochę okrągłe i pełne podobnie jak usta pośladki. Palcami zagłębił się pomiędzy nie, masując dziurkę z zewnątrz. Ustami chwycił czubek sztywnego, wielkiego penisa chłopaka i zaczął ssać. Josh aż wierzgnął biodrami na to obezwładniające uczucie. Zawsze sądził, że Jack nie lubił jego penisa. Jęknął, gdy dwa palce przedarły się przez zaciśnięty krąg mięśni. O tak, tego chciał. Jack...
Jack wsuwał palce głęboko, dociskając je do ścianek odbytu. Josh odpowiadał na te zabiegi całym ciałem, falując i jęcząc.
Tam, Jack...
Uwolnił drugą rękę spod nogi chłopaka i zaczął masować swojego penisa przez spodnie, patrząc na rozłożone pod nim ciało. Dołożył trzeci palec i zaczął nimi szybciej poruszać w dziurce chłopaka. Chciał już się w nim zanurzyć. W końcu rozpiął swoje garniturowe spodnie i wysupłał z bielizny penisa w erekcji. Przytknął żołądź do śliskiego odbytu, by zebrać trochę wilgoci. Stęknął ochryple i odrzucił głowę do tyłu, gdy zaczął przeciskać penisa przez krąg mięśni. Chwycił Josha za biodra i dobił do końca.
Josh zakrzyknął na uczucie gwałtownie przesuwającego się penisa w swoim ciasnym wnętrzu. Tego chciał, na to czekał. Zafalował pod Jackiem.
Jack... – wydusił drżąco.
No, Jack – parsknął mężczyzna, pochylając się do niego i całując w usta.
Chłopak ponownie założył mu ręce na kark, a zdrową nogę na biodro, nie chcąc go już nigdy puszczać. Jack biorąc to za niemą zgodę, zaczął się poruszać w tyłku chłopaka. Narzucił sobie powolne tempo, chcą czuć dokładnie każe pchnięcie. Bo każde z nich mogło być ostatnim. Josh po chwili wcisnął swoją głowę mocniej w poduszkę i rozluźnił chwyt, by móc poruszać się razem. Czuł fiuta Jacka tak głęboko, prawie jakby dotykał jego trzewi. Mężczyzna uniósł się trochę, by wchodzić w ego ciało mocniejszymi ruchami i masturbować jego wielkiego penisa. Josh zgiął palce stóp na to uczucie.
Och, tak. Jack!
Wszystko trwało dłuższą chwilę, w końcu Jack docisnął penisa jak najgłębiej w Josha, kładąc się na nim i doszedł. Chłopak pojękiwał spazmatycznie, gdy zaczął go intensywniej masturbować, wciąż w nim zanurzony. Josh doszedł gwałtownie, opryskując spermą siebie i Jacka, który w duchu ucieszył się, że jednak ściągnął koszulę.
Jack ogarnął się, włączając w to zaplecenie nowego kucyka i popatrzył na chłopaka. Był to obraz iście perwersyjny, bo Josh wciąż leżał nagi na plecach, z rozrzuconymi kończynami. Jego tors, brzuch i uda ubrudzone były spermą. Jego piegowata klatka piersiowa unosiła się miarowo z każdym wdechem. Z zamkniętymi oczami wyglądał jakby spał. Jack uniósł się z łóżka, podniósł z podłogi marynarkę i złożył na rozgrzanym czole chłopaka pożegnalny pocałunek, odgarniając mu przedtem włosy. Gdy wychodził, odprowadzał go szkliste spojrzenie błękitnych oczu.
Pies na łańcuchu rozszczekał się wściekle, gdy tylko ujrzał Jacka. Nie mogąc go dopaść, ogarnięty furią zaczął gryźć i szarpać wszystko, czego dosięgnął – patyki na ziemi wokół siebie i stary fotel wystawiony przed przyczepą. Zupełnie jak Jack, tylko że pies nie mógł się sam spuścić z łańcucha. Mężczyzna zapalił papierosa i spojrzał na kundla, który wyglądał, jak wściekły z watą wystającą z pyska. Przeszedł przez pole i wsiadł do Vipera, nie zwróciwszy uwagi na siedzącą na pieńku Tracy. Czas zrzucić obrożę.
Dziewczyna pobiegła do przyczepy zaraz po odjeździe samochodu. Zastała Josha w prawe takiej samej pozycji, w jakiej go zostawiła, tylko że teraz był całkiem nagi i ubrudzony spermą. Znów wgapiał się w łóżko nad sobą załzawionymi oczami. Wycofała się z powrotem, nie wiedząc, co powiedzieć. Przynajmniej przeleciał go od serca na pożegnanie, pomyślała, zamykając drzwi. Nie miała pojęcia, co ze sobą zrobić przez resztę dnia. Nie chciała wracać do przyczepy, oboje tylko czuliby się nieswojo. Nie miała też dziś humoru, żeby pracować. Przypomniała sobie jednak, że w szpitalu wydali jej kombinezon brata, w którym znalazła pendrive'a. Josh często zresztą przynosił różne mniej lub bardziej użyteczne gadżety, o których zapomnieli klienci zakładu mechanicznego. Postanowiła pójść do biblioteki, aby na tamtejszym komputerze przeglądnąć i wyczyścić nośnik. Może uda się go sprzedać.  


8 komentarzy:

  1. No, no, mocny rozdział. Bardzo mi się podobał. Kłótnia chłopaków, ucieczka Saszy i rozmowy w parku pełne emocji, genialne. Czyli Santa nie taki zły, jak go malował Sasza, no cóż, pozory mylą. Fajnie, że sobie wszystko wyjaśnili. Niedopowiedzenia i domysły są najgorsze. Santa nawet jakieś studio wynajął i chce nagrywać, extra! Chyba przy Saszy przeżywa drugą młodość ;) Opiekowanie się nim, odpowiedzialność za niego mimo, że czasem go dusi, chyba daje mu jakiś cel w życiu. Mam cichą nadzieję, że Sasza znajdzie dla siebie zajęcie, bo brak pracy zawodowej i własnej kasy go przytłacza. Wtedy człowiek za bardzo skupia się na drugiej osobie i zaczyna świrować. Może zacznie grać i przyłączy się do jakiejś kapeli, może będzie grał w zespole Santy? Chciałabym zobaczyć, jak się rozwija, wzbudza zainteresowanie, a Santa dostaje wścieklizny z zazdrości haha ;D

    Jack i Josh spotkali się po raz ostatni, choć podejrzewam, że to jeszcze nie koniec, zwłaszcza że Tracy znalazła pendrive. Teraz będzie mogła szantażować Jacka. Może to ich szansa na wyrwanie się z tego bagna? Dostaną kasę i uciekną z miasta. Ale Jack chyba nie da się tak łatwo zaszantażować i może się rozpętać małe piekło z paleniem przyczepy włącznie.
    Josh z początku trochę mnie irytował, ale ostatecznie mi go żal. Ma chłopak ciężkie życie - matka w kiciu, siostra go wykorzystuje, mieszkają w przyczepie i klepią biedę, a do tego jest gejem w Teksasie. Masakra... Jack pewnie był dla niego odskocznią od tej ponurej rzeczywistości, jak taki książę na białym koniu. Ogólnie smutna ta końcówka, ich zbliżenie trochę sentymentalne, ale i gorzkie i takie właśnie powinno być. Łamią serce, a to fajnie stoi w opozycji do bliskości Saszy i Santy.

    Chcę więcej i cieszę się, że rozdział był tak długi, i że tak często publikujesz <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Santa bezsprzecznie przeżywa drugą młodość przy Saszy, a ja przez moment zastanawiałam się, czy na prawdę nie zaserwować mu tego zawału. Ale to by było zbyt złe mojej strony. No i opowiadanie BL i zawałowiec? To się chyba wyklucza.

      Usuń
  2. fajne opowiadanie, ciekawe postaci...naprawdę dobrze mi się czyta.pozdrawiam i życzę weny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha ha, krótko, ale treściwie :D Dzięki za komentarz i pozdrawiam :)

      Usuń
  3. czytam od poczatku - dziś trafiłam na tę stroną - opowiadanie zajebiste

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozytywne opinie to najlepszy motywator:) Dzięki za komentarz.

      Usuń
  4. Czytałam ten rozdział na zajęciach, bo miałam wyjątkowo nudne i chyba tylko dzięki Tobie je przetrwałam. Nie wiem jednak czy to był dobry pomysł, bo jak doszłam do sceny Josha i Jacka (swoją drogą, świetnie opisany seks, naprawdę, aż się zaczerwieniłam :D), musiałam odgradzać się od wszystkich jak tylko mogłam, żeby przypadkiem mi w ekran nie spojrzeli. Ten rozdział myślę że był jak dotąd najlepszym rozdziałem TB. Naprawdę bardzo emocjonalny, Sasza i Santa Boy są świetnie wykreowaną parą. Są tacy... dojrzali a jednocześnie jak dzieciaki. Świetnie się o nich czyta.
    No a Jack i Josh to moja druga ex aequo ulubiona para (więc wiem już czemu ten rozdział tak mi się podobał :D) tylko no, cholera, tak smutno strasznie. :c Bardzo się ucieszyłam, jak Jack przyjechał do Josha, szkoda tylko, że chwilowo. Z jednej strony chyba przydałoby się Jackowi jakieś orzeźwienie (może facet kręcący się koło Josha? :D), a z drugiej jest naprawdę fajną postacią o mocnym, czasem bardzo nielogicznym charakterze.

    Czekam na więcej, uwielbiam to opowiadanie. :) I obiecuję już nie czytać Twoich tekstów na zajęciach. (Czułam lekkie wyrzuty sumienia, że takie zberezeństwa czytam na wprost przed wykładowcą xD ale czego oczy nie widzą...)


    Pozdrawiam i życzę ogromu weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytanie homoerotycznej epiki na wykładach to u mnie klasyk, oczywiście tylko na tych super nudnych i gdy nie trzeba notować. Nie wiem, czy powinnaś mieć też wyrzuty sumienia - przecież nie odmóżdzłałaś się na fb, tylko czytałaś. A każdy psor powie ci, ze dzisiejsza młodzież za mało czyta. Powinien cię jeszcze plusik wpisać xD Ja w akademiku spisuję moje ero-gejo-wymysły ze współlokatorką za plecami. Jak tylko wstaje od biurka, to ma doskonały widok na mój komputer. Także no shame z mojej strony.
      Mówisz, że to najlepszy rozdział TB? To ciekawe, bo był w ogóle niezaplanowany. Jakoś mi się tak przyśnił. Czyli trzeba iść na żywioł :) No, wiek Santy to tylko w metryce się zgadza, emocjonalnie jest on nadal w przedszkolu. Jakoś tak dziwnie wyszło. Wytatuowany metalowiec-jebaka oraz ćpun-punkowiec zostali najsłodszą parą opowiadania.
      Pozdrawiam i także życzę weny!

      Usuń