czwartek, 27 października 2016

ROZDZIAŁ 11 - Hit the Road Jack and don't you come back*

*Tekst z piosenki „Hit the Road Jack” Ray'a Charlesa. Polecam także cover w wykonaniu Acid Drinkers.
Następny rozdział Texas Brothers, a nie minął nawet tydzień. Zastanawiałam się, czy nie przełożyć publikacji na niedzielę, ale jednak postanowiłam trzymać się zasady "jak zrobię, to będzie". Za dobre rady ponownie dziękuję Leśnemu Ptakowi.
Z ogłoszeń parafialnych - pojawił się nowy i pachnący (chyba coś brałam, jak czytałam xD) ebook Silencio, pierwsza część "Księcia Nissai".

aździernik i listopad minęły Teksańczykom na obserwowaniu w telewizji specjalnych wydań wiadomości informujących o zasięgu i sile kolejnych tornad oraz ilości spadającego deszczu. Pod naporem wiatru ich domy z dykty kładły się jeden po drugim, niczym kostki domino, jednak nie przejmowali się tym szczególnie. Gdy natura już się wyszalała, przyjechały koparki i zabrały gruz, a pieniądze z ubezpieczeń starczyły akurat na wybudowanie nowych domów, które postoją do kolejnej pory tornad.

Murowana willa na przedmieściach Amarillo o głębokich, betonowych fundamentach oparła się żywiołom, tracąc jedynie kilkanaście dachówek. Benjamin Hetfield sapnął niezadowolony, patrząc na dach pokryty folią. Ten dzień miał być doskonały. Dobrze, że nie zdecydował się na wesele w domu, pomyślał. Na ślubny samochód wybrał kompletnie odrestaurowanego i specjalnie na tę okazję pomalowanego na biało Cadillaca V–16 z lat dwudziestych. Miał nadzieję, że nic nie zepsuje ceremonii.
***
Jack w garniturze od włoskiego krawca przechadzał się wzdłuż podwyższenia, na którym znajdował się ołtarz, ignorując nieprzychylne spojrzenia na tę profanację powoli zbierających się gości. Potarł dłonią po swoim idealnie gładkim policzku. Rano zgolił nawet bródkę wokół ust. Włosy także zaczesał dokładniej niż zwykle, wiążąc je w krótki warkocz. Jako drugi z braci swoim zielonym Dodge'm Challengerem pod kościół zajechał Liam. Jack aż się zaśmiał na spojrzenia, jakimi obrzucili go ludzie, gdy szedł w stronę ołtarza przejściem ozdobionym bukietami białych róż. Jego farbowane włosy i liczne kolczyki na twarzy nie mogły nie wzbudzić poruszenia.
– No, no, młody – parsknął Jack. – Co żeś tak odżył przez te kilka miesięcy? Nawet zszedł ci młodzieńczy trądzik.
Liam stanął obok niego i się wyszczerzył.
– Wiesz, Jack. W Japonii panuje przeświadczenie, że dzięki dużej ilości seksu twoja cera będzie gładka jak nigdy.
Starszy z braci zarechotał przekonany, że to tylko czcze gadanie, ale zaraz ucichł, gdy zobaczył przekorny uśmieszek na twarzy Liama.
– Zaliczyłeś? – spytał, aż unosząc brwi. – No, brawo! Ale zaraz... Tylko mi nie mów, że ten wysoki przystojniaczek cię przeleciał.
– Proszę cię – prychnął Liam.
– Ty go przeleciałeś? – Jack klepnął brata w plecy, aż ten musiał zrobić krok do przodu. – Widzisz, zanurzyłeś i od razu inny człowiek.
– À propos. – Liam sięgnął do kieszeni garniturowych spodni po telefon.
Przeszukiwał jego zawartość przez moment, a później podstawił bratu pod nos. Mężczyzna zmarszczył brwi i spojrzał na ekran, by po chwili się roześmiać. Ponownie skupił na sobie uwagę gości zasiadających w ławach, ale w ogóle się tym nie przejął.
– Powiedział ci o tym?
– Nie ma przede mną tajemnic – odparł Liam.
– No nie wiem, czy zakład obowiązuje, jeśli byłeś wtajemniczony.
– Bądź mężczyzną, Jack. Ale mogłoby być coś nowszego od Camaro Cabrio z dwa tysiące drugiego?
– To nawet jest za dużo za zaliczenie gostka, który sam ci się nadstawiał – zakpił Jack. – Ale jak mu na przykład nasikasz na twarz, to się zastanowię.
– Jak ty coś powiesz...
Zawiasy masywnych, drewnianych drzwi zaskrzypiały przeciągle po raz kolejny tego dnia, gdy do kościoła wszedł ostatni z braci Hetfieldów, Matt. Gdy mijał zaproszonych na ślub gości, ci kiwali mu przyjaźnie głowami i szeptali między sobą. Przynajmniej z tego syna Benjamin mógł być dumny.
– Patrz, jaki sztywny – zakpił szeptem Jack.
– Ale cerę ma gładką i białą – dodał Liam także ściszonym głosem.
– Może to znak od niebios, że ma zostać Mattem wiecznie dziewicą.
Liam zakrył usta dłonią, nie chcą głośniej się zaśmiać. Już robili z siebie wystarczająco duże widowisko. Matt podszedł nieświadomy tematu ich rozmowy. Jacka obrzucił tylko szybkim spojrzeniem, skupiając się na Liamie. Był szczerze zaskoczony komitywą między nimi. Jack nigdy nie przejawiał zainteresowania najmłodszym z braci, a Liam podziwiał brata jedynie z daleka.
– Świetnie wyglądasz – stwierdził z uśmiechem. – Bardzo zdrowo.
– No jasne – podchwycił Jack i poklepał Liama po farbowanej głowie. – W końcu zaliczył.
Matt ucieszył się w duchu, że powstrzymał się przed zapytaniem „Niby co takiego?”. Tylko skompromitowałby się przed Jackiem. Popatrzył sceptycznie na Liama, który w luzackim geście trzymał dłonie w kieszeniach spodni.
– To nie moja sprawa, ale... – zaczął.
– Tak, tak. Wiem, gumki.
– A ty, zamiast znowu moralizować, sam byś coś zaliczył – wtrącił się Jack. – Byś się trochę rozluźnił.
– Proszę cię. – Westchnął Matt, ale kąciki jego ust uniosły się w górę niemal niezauważalnie.
– Widziałeś to, Liam? – spytał Jack. – Co tu się działo przez dwa miesiące? Właśnie, trzeba upamiętnić tę wiekopomną chwilę.
Wyciągnął telefon z wewnętrznej kieszeni marynarki i rzucił w stronę Matta, który prawie go upuścił zaskoczony. Ustawił się za Liamem, pochylając ku niemu głowę. Za pomocą kciuka i palca jednej dłoni zrobił okrąg, przez który przełożył palec wskazujący drugiej. Liam zaśmiał się na ten gest i go powtórzył.
– To jest kościół – skarcił ich Matt. – Za wami jest ołtarz.
– Tym lepiej – prychnął Jack. – Cykaj fotę.
Matt pokręcił głową, ale jednak zrobił im zdjęcie. Gdy Jack przesyłał je do Liama, do kościoła wszedł Benjamin. Dobrze skrojony garnitur odejmował mu jakieś dziesięć kilo i dwadzieścia centymetrów w obwodzie brzucha. Bracia zaraz stanęli prosto jeden obok drugiego. Ojciec podszedł do nich i wszystkich po kolei otaksował wzrokiem swoich małych, świńskich oczek.
– Jack, kiedy mówiłem ci, że masz coś na ślub zrobić z włosami, chodziło mi o ścięcie – zwrócił się ostro do najstarszego z synów. – Nie wstyd ci nosić włosów jak baba?
– Póki mój penis jest dłuższy od warkoczyka, nadal czuję się mężczyzną – odparł Jack.
– Chociaż na ślubie matki i ojca powstrzymałbyś ten jęzor.
– To nie jest moja matka.
– Nie zaczynaj! – warknął Benjamin. – Nie mam na to teraz ochoty ani czasu. – A ty – zwrócił się do Liama. – Co żeś znowu ze sobą zrobił?! Już myślałem, że poszedłeś po rozum do głowy. Wyglądasz jak jakiś bezdomny ćpun. I jak zamierzasz założyć rodzinę, tak się prezentując? To kółko w nosie na pewno pomoże ci w znalezieniu porządnej kobiety.
– Może po prostu zamuczę? – odparł Liam z kamienną miną.
Matt zagapił się na brata zszokowany, w ogóle nie spodziewając się, że miałby odwagę odszczeknąć się ojcu. Jack zagryzł wargę, żeby się nie roześmiać, stojąc przed ojcem w szeregu jak na szkolnym apelu. Benjamin za to spurpurowiał na swojej pucołowatej twarzy.
– Masz szczęście, że jesteśmy w kościele, bo inaczej byśmy porozmawiali – wysyczał. – A mamy znacznie więcej do omówienia.
Odszedł przywitać się z gośćmi siedzącymi w pierwszych ławkach, pozostawiając swoich trzech synów we własnym towarzystwie.
– Ale mógłby chociaż dzisiaj nie zakładać tego wieśniackiego kapelusza – mruknął Jack.
– Już sobie odpuść. – Westchnął Matt.
– I kończąc poprzedni temat, powiedz jak tam twoje życie erotyczne – zaciekawił się Liam, po którym najwidoczniej złość ojca spłynęła jak po kaczce.
– Genialnie, genialnie – odparł Jack z krzywym uśmiechem. – Zużywam dziennie więcej lateksu niż analityk laboratoryjny.
Matt tylko pokręcił głową i spojrzał za siebie na obraz Matki Boskiej.
***
Jack z każdym krokiem Misaki ubranej w skromną białą suknię na ramiączkach zaciskał zęby coraz bardziej. Dudnienie krwi w uszach zagłuszyło nawet organy, których donośny dźwięk niósł się echem po całym kościele. Chociaż było to jedynie odnowienie przysięgi małżeńskiej, czuł, jakby wykluczano go z rodziny i odbierano należne miejsce jego matce. Na weselu trzymał się na uboczu, okupując bar, o który opierał się łokciem. Przy okrągłych stolikach zasłanych białymi obrusami sięgającymi ziemi zasiadali znaczący i majętni, którzy zjechali się z północnej części Teksasu. Znajdowali się wśród nich wąsaci właściciele pól naftowych, farmerzy i biznesmeni. Ze swoimi manierami, kowbojskimi kapeluszami i butami ze skóry aligatora pasowali do klasycznych, europejskich wnętrz domu weselnego, niczym wół do karety.
Rosnącą w nim złość rozpraszała, co chwilę migająca mu przed oczami postać kelnerującego na weselu chłopaka z zaczesanymi do tyłu blond włosami  dużymi okularami na drobnym nosie. Przechodził koło Jacka bardzo często, choć nie była to optymalna droga do kuchni. Jego mowa ciała mówiła aż nazbyt jasno, czego by chciał. Jack ze szklanką whisky w dłoni przeszedł na drugi skraj sali, aby uwolnić się od natarczywego kelnera. Nie zamierzał ryzykować dla kolejnej dupy. Nie miał też specjalnej ochoty, ostatnio odhaczył ich już zanadto.
Zaraz jednak kwartet smyczkowy przestał grać, a kelnerzy wnieśli do sali stelaż, rozwijany ekran oraz wyświetlacz z laptopem. Jeden z pracowników podszedł do siedzącego z Misaki Benjamina i podał mu bezprzewodowy mikrofon. Jack skrzywił się na pisk wydobywający się z głośników, gdy jego ojciec wstawał.
– Raz, raz, czy dobrze mnie słychać? Najpierw chciałbym podziękować wszystkim przybyłym nie tylko za to, że jesteście tu teraz, że wspieraliście mnie przez te wszystkie lata, ale także za to, że stanowicie sól tej ziemi. Jesteście jej gospodarzami i obrońcami. Wszystko, co robicie, ma na celu propagowanie i obronę amerykańskich wartości i dziedzictwa. To właśnie wy wzięliście na swoje barki ten ciężar, niejednokrotnie spotykając się z niezrozumieniem i złym słowem. Ale dziś niech będzie to czas wytchnienia od krzyża, który przyszło nieść każdemu z nas. Radujmy się, bo jest z czego. – Benjamin położył dłoń na jasnym ramieniu siedzącej obok Misaki. – Dziś węzeł łączący moją rodzinę: moją najukochańszą żonę, moich synów i mnie stał się jeszcze silniejszy. Rozpiera mnie duma, gdy na was patrzę, bo wiem, że kroczycie ze mną wspólną ścieżką. To niesamowite, jak dawno ten wspaniały czas w moim życiu się zaczął i wciąż trwa. Nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem, gdyby nie pomoc i opieka mojej najukochańszej żony, Misaki. Zobaczmy zresztą sami.
Na sali rozległy się gromkie brawa, a na ekranie zaczęto wyświetlać slajdy z rodzinnymi zdjęciami Hetfieldów. Na pierwszym z nich byli Benjamin i Misaki w kościele trzymający Matta do chrztu.
– Bo się porzygam. – Jack odłożył szklankę na blat i udał się do sali obok, korzystając z tego, że wszyscy patrzyli na ekran.
W mniejszym pokoju na stołach rozłożono jedzenie i butelki alkoholów, skąd kelnerzy zanosili je na salę weselną. Teraz znajdował się tam tylko chłopak w okularach, który tylko czekał na pojawienie się Jacka. Poderwał się z krzesła i posłał mu zalotny uśmiech. Ruchem palca wskazującego zachęcił go, żeby za nim podążył. Idąc tyłem, dotarł do kolejnych drzwi. Gdy przez nie przeszli, znaleźli się w wąskim korytarzu, a później pustej kuchni.
***
Zaproszeni goście entuzjastycznie reagowali na wyświetlane zdjęcia. Jak jeden mąż wzdychali, gdy na ekranie pojawił się Benjamin trzymający świeżo narodzonego Matta i śmiali z umorusanej warzywną papką dziecinnej buzi Liama. Obydwóch braci po kilku zdjęciach paliły już twarze ze wstydu. Nagle na ekranie pojawił się promienisty okrąg ładowania, a po chwili wyświetlił się film. Był zrobiony amatorską kamerą, ale uchwycił szczegóły. Dezorientacja zebranych na sali osób szybko została zastąpiona szokiem. Benjamin Hetfield jedną dłonią chwycił się za marynarkę na wysokości serca, a drugą szarpnął za biały obrus. Cała zastawa wraz z wazonem spadła, roztrzaskując się i obsypując podłogę setką odłamków. Misaki odskoczyła, gdy na jej suknię wylała się zupa, ale zaraz przypadła do męża, którego twarz była aż niemożliwie czerwona.
– Niech ktoś wezwie karetkę! – krzyknęła jakaś kobieta histerycznym głosem.
Siedzący przy tym samym stoliku Matt spojrzał na ojca, który chyba jeszcze nie umierał. Tyle dobrze. Albo i nie. Pierwszy szok zaczynał opuszczać ludzi, zastąpiony zakłopotaniem. Jedno było pewne, wesele dobiegło już końca. Niektórzy nawet zaczęli się podnosić i opuszczać salę.
– A gdzie jest ten suczy syn?! – padło nagle z drugiego końca pomieszczenia. Starszy, postawny mężczyzna z siwymi bokobrodami wstał od stolika. – I co tak siedzicie, jak krowy? Impreza skończona, kobity, jazda do chałup! Ale my, mężczyźni, mamy jeszcze robotę. Plamę trzeba wyczyścić, glizdę wypalić. Czyż nie tak?!
– Racja! – odpowiedziało mu kilka męskich głosów.
Matt panicznie rozglądnął się po sali. Chcą go zlinczować, pomyślał. Czym prędzej wstał i nerwowo przetrząsnął kieszeń w poszukiwaniu kluczyków do samochodu.
***
Kolejne drzwi zaprowadziły ich do rozległej chłodni z piętrowymi półkami.
– Nie wiem, czy mi stanie na tym mrozie. – Zaśmiał się Jack.
– Ja cię rozgrzeję!
– Nie wątpię. Ale nikt tu nie wejdzie?
– Nie. Kolejne ciepłe danie dopiero za godzinę, a teraz i tak wszyscy poszli na fajkę, korzystając z przerwy.
Jack średnio miał ochotę, ale potrzebował się w czymś zapomnieć. Nic nie stało na przeszkodzie, żeby była to dupa tego anonimowego chłopaka.
– I skąd wiedziałeś? – dopytał jeszcze, przyciągając kelnera do siebie za krawat.
– Pracuję dorywczo z moim kumplem, Paulem, w klubie i go wyhaczyłeś. Opowiadał mi później, jaki z ciebie ogier.
Paul, powtórzył w myślach Jack. Nie pamiętał nikogo o takim imieniu, ale to nie znaczyło, że go nie przeleciał. Kelner oparł mu dłonie na ramionach i uniósł głowę z wyczekującą miną. Jack pocałował go szybko i obrócił plecami do siebie. Chłopak oparł się o półki i spojrzał w tył.
– Konkretny. – Zaśmiał się.
– Nie mów, że oczekiwałeś czegoś innego.
– Nie, oczekiwałem właśnie tego.
Chłopak rozpiął swój skórzany pasek, a potem opuścił spodnie wraz z bielizną. Co za szmata, pomyślał Jack. Jednak wolał to, niż rodzinne, ckliwe wspominki, które pewnie i tak nie obejmowały jego.
– Jak chcesz jeszcze dziś zrobić parę rundek z tą tacą, to lepiej się przygotuj – powiedział do chłopaka.
Nienawidził grzebać ludziom w tyłkach. Dodatkowo wydawało mu się to bardziej intymne niż sam akt. Wielokrotnie robił palcówkę Joshowi, ale chłopak nie dawał nikomu innemu. I miał genialne, mięsiste pośladki. Jack uwielbiał na nie patrzeć, gdy Josh był wypięty. Parsknął do swoich myśli. Jak złym trzeba być, żeby wspominać inną dupę podczas seksu?
– Ale tak sam? Ja tymi palcami podaję jedzenie! – Zaśmiał się chłopak, a okulary lekko zjechały mu z nosa.
– Mam nawilżaną gumkę, jeśli to ci wystarczy – odparł Jack. – Ale erekcji w tym chłodzie nie wyczaruję znikąd. Odwróć się i na kolana.
– Tak, panie Hetfield. – Chłopak przyklęknął i rozpiął Jackowi spodnie. Wyciągnął jego penisa, który rzeczywiście był całkiem miękki. Gdy miał zacząć mu obciągać, przypomniał sobie o okularach, które nałożył na głowę. Właśnie miał wziąć penisa do ust, gdy drzwi chłodni otworzyły się gwałtownie, a w prześwicie pojawiła się głowa Matta.
– Boże, Jack – jęknął, gdy zastał brata w jednoznacznej sytuacji z kelnerem. – Chodź szybko!
– Ale o co chodzi? – spytał zblazowanym głosem Jack, bynajmniej nieskrępowany. – Kroją tort weselny? Podziękuję.
– Musisz... musimy iść, Jack! Teraz!
Jack podciągnął spodnie, uznając, że to koniec zabawy, ale nie zamierzał nigdzie iść z Mattem. Kelner oparł się plecami o półki i uśmiechnął krzywo. Najwidoczniej też się nie wstydził.
– Nie wiem, o co chodzi, ale i tak nie chcę brać w tym udziału – powiedział starszy z braci.
– Kurwa, Jack! – warknął Matt i wszedł do środka. – Idziemy!
Chwycił za ramię brata zaskoczonego kolokwializmem z jego ust i wyciągnął na zewnątrz. Wąski korytarz niemal przebiegli i wypadli wyjściem awaryjnym na tyły budynku.
– Do samochodu! Mojego!
***
– Mogę się w końcu dowiedzieć, o co chodzi? – spytał siedzący na fotelu pasażera Jack, gdy wyjechali już z parkingu.
Matt odetchnął, a jego wyprężone dotąd ciało, rozluźniło się i zapadło, niczym dmuchana zabawka, z której spuszczono powietrze.
– To straszne – powiedział jedynie.
– Ale co?! – Zdenerwował się Jack.
– Gdy był ten cały pokaz slajdów, to nagle wyświetlił się film. Z tobą, Jack.
– Jak byłem dzieciakiem? – dopytał starszy z braci Hetfieldów, dalej nie rozumiejąc, o co to całe zamieszanie.
– Nie! Jak... jak klęczysz przed jakimś facetem.
Jack wybałuszył oczy na brata. Zaraz poczuł, jak coś ściska mu trzewia, ale nie ze wściekłości, jak to było zazwyczaj.
– Jakieś szczegóły? – zapytał na pozór spokojnie.
– Nie wiem... Nie było widać jego twarzy. Jakiś czarny samochód w tle.
Jack odchylił się na siedzeniu i na chwilę zacisnął powieki. Sięgnął do kieszeni marynarki po papierosy i zapalniczkę.
– Nie pal mi w samo... – zaczął Matt, ale ucichł pod spojrzeniem brata. – Tylko okno otwórz.
Jack zaciągnął się papierosem kilka razy bez słowa. Najwyraźniej nie jest tak źle, pomyślał Matt. Zaraz jednak jego brat uderzył kilka razy pięścią w deskę rozdzielczą.
– Kurwa! Kurwa! Kurwa!
Zapalony papieros wypadł mu z drugiej dłoni i potoczył się pod siedzeniem. Schylił się, żeby go poszukać, a potem wyrzucił przez okno. Zapalił następnego i wydmuchał smugę białego dymu przez nos.
– A ojciec? – spytał.
– Nie wiem – odparł Matt. – Od razu po zrozumieniu, co się dzieje, poszedłem cię szukać. Jednak powiedzieć „wściekły” to za mało. Wszyscy tam byli, Jack. I to jego ślub. Ktoś musi cię bardzo nienawidzić.
– Może tylko chce kasy – zastanowił się Jack.
– Gdyby tak było, wysłałby ci wiadomość z groźbą o opublikowaniu filmu – stwierdził jego brat. – To zemsta. Uderzył w najczulszy punkt. Masz jakichś wrogów?
– Mam ci na kartce zapisać? Już łatwiej byłoby sporządzić listę tych, którzy mnie nie nienawidzą – sarknął Jack. – I dokąd mnie wieziesz?
– Do mnie. Musisz przeczekać.
– Przeczekać co?! – warknął Jack i uderzył pięścią w drzwi auta. – To nie przycichnie i nie minie. Nie w tej rodzinie i nie w tym mieście. I dobrze o tym wiesz. Jestem skończony, kurwa! Ten pierdziel mnie wydziedziczy!
– Przesadzasz – odparł Matt. – To zajmie dużo czasu i ojciec nigdy ci tego nie wybaczy, ale w końcu będzie musiał to łyknąć. Nie ma wyboru. Jesteś jedynym dziedzicem.
– Nie zapomniałeś czasem o sobie i Liamie?
Matt posłał bratu słaby uśmiech i pokręcił głową.
– Liam jest poza ligą – odparł. – Ojciec skreślił go już dawno. Zresztą, widziałeś go dzisiaj. Na koniec liceum pewnie radośnie oświadczy, że jest gejem, wyjedzie na drugi koniec Ameryki i tyle go zobaczymy.
– Kto by pomyślał, że to chude gówno będzie z nas najodważniejsze? – Uśmiechnął się gorzko Jack.
– Może to dlatego, że opuścił Teksas? – zaproponował Matt. – Niby ma do Amarillo z Oklahomy tyle samo, co ja z Austin, ale jednak za każdym razem, gdy jedzie do siebie, opuszcza stan. A ja... Bądźmy szczerzy, Jack. Jak to mawiałeś? Introwertyczny pupilek tatusia z aktówką? Ze wszystkim się zgadzam oprócz pupilka. Nie nadaję się do przejęcia firmy. Nie odnajduję się wśród ludzi, a wśród tych... prostaków tym bardziej. Wiem to ja, wiesz ty i wie ojciec. Chcę tylko zaszyć się w jakieś instytucji, wśród papierków. A gdy po latach ktoś wreszcie się mną zainteresuje, znajdzie jedynie mój szkielet na obrotowym krześle.
Jack zaśmiał się i zapadł mocniej w fotel. Wyrzucił niedopałek przez okno. Wszystko było nie tak. A może to ta legendarna karma? – pomyślał. Kopnął Josha w dupę, gdy zaczął być niewygodny i to przelało czarę. W sumie to mu się należało, uznał.
– Nawet nie pytam, kto był na tym filmie... – zaczął Matt.
– I nie pytaj.
– Ale nie domyślasz się chociaż, kto to nagrał?
– Nikt nie wiedział o tym, że miałem się spotkać z tym gościem.
– Będzie trzeba przydybać człowieka, który obsługiwał komputer.
– Taa... – mruknął Jack i zamknął oczy.
– Na tylnym siedzeniu jest koc, jakbyś się chciał przespać.
– Dobry z ciebie brat.
– A z tobą musi być bardzo źle, skoro to mówisz. – Uśmiechnął się smutno Matt i z powrotem skupił wzrok na drodze.
***
Liam spędził noc w przydrożnym motelu. Najchętniej wróciłby od razu do Oklahomy, jednak wypił trochę wina na weselu. Zmył się stamtąd ukradkiem, gdy tylko wyświetlił się ten film. Widział, że Matt zrobił to samo. Nie chciał być uczestnikiem burzy, która na pewno się rozpętała. Zapewne ponownie wszystko spadnie na matkę, ale Liamowi za każdym razem było jej coraz mniej żal. On nie mógł wybrać, do jakiej rodziny trafi w przeciwieństwie do niej, choć dałby za to wszystko. Gdy był młodszy, uważał, że matka poświęca się dla dobra jego i braci. Po latach doszedł do wniosku, że jest po prostu słaba i strachliwa. Całkowicie zdominowana przez ojca. I tak to właśnie się toczyło. Wszyscy udawali szczęśliwą, wzorową rodzinę. Matka żyła w tym kłamstwie tak długo, że prawdopodobnie brała je za rzeczywistość.
Liam przekręcił się na podwójnym łóżku i wyciągnął rękę po rzucony na beżową pościel telefon. Otrzymał tysiąc wiadomości od Felixa, ale nie zamierzał ich czytać, ani odpowiadać. Bo co niby miał odpisać na „Jak tam”? „Super, dwieście osób widziało, jak mój brat obciąga jakiemuś facetowi”? Los musiał mieć niezłe poczucie humoru, skoro jego purytańskiemu ojcu zesłał dwóch braci gejów. Przynajmniej. Bo przecież Matt nie mógł być tak naprawdę aseksualny.
Wstał wraz z nadejściem świtu i zamówił do pokoju śniadanie – kawę i jajecznicę na bekonie. Jajka były zbyt mocno ścięte, a kawa rozwodniona. Nie chcąc przedłużać swojego pobytu, wymeldował się zaraz po umyciu zębów. Opuszczając Amarillo, minął pole kempingowe. Po krótkim namyśle zawrócił na pustej w niedzielny poranek drodze. Gdy szedł w stronę przyczepy bliźniaków Young, rosa moczyła mu buty i nogawki dżinsowych spodni. Śpiący pod jedną z przyczep pies jedynie uniósł głowę i szczeknął jakby dla zasady. Liam zapukał w drzwi. Gdy był dzieciakiem, lubił bawić się Joshem i Tracy. Trwało to, dopóki nie nakrył go ojciec. Liam po raz pierwszy mu się wtedy przeciwstawił i szybko nauczył się, żeby tego więcej nie robić. Najwidoczniej nie zastał żadnego z bliźniaków w domu. Zdziwiło go to, zważywszy, że był niedzielny poranek.
– Trudno – mruknął i zaczął się oddalać.
Zaraz jednak drzwi otworzyły się i ukazała się w nich Tracy. Wyglądała fatalnie, nawet biorąc pod uwagę fakt, że dopiero wstała z łóżka. Miała podkrążone oczy, niezdrową cerę, a twarz wydawała się zapadnięta. Krótki, różowy szlafrok odsłaniał jej uda chude, jak przedramię dorosłego mężczyzny.
– Hej – rzucił niepewnie Liam, zastanawiając się w duchu, czy jest to odpowiednie słowo. Wydawało się jakoś nie na miejscu. – Dawno się nie widzieliśmy.
– No trochę będzie – odparła Tracy, wciąż stojąc w drzwiach. – Chciałeś czegoś?
– A Josh jeszcze śpi?
– Nie ma go.
– A gdzie jest? – drążył Liam.
– Nie wiem, kurwa! – wybuchła niespodziewanie Tracy. – Skończyłeś już?
Liam popatrzył na nią skonsternowany. Nigdy za nią nie przepadał, była dla niego koniecznym i irytującym dodatkiem do Josha, ale coś było ewidentnie nie tak.
– Ale jak to nie wiesz? – spytał. – Wyszedł gdzieś z kimś? Dawno?
– Tak, dawno – odparła z krzywym uśmiechem. – Może miesiąc, może dwa. Zadowolony?
Wycofała się do domu i spróbowała zamknąć drzwi, jednak Liam przebiegł dzielącą ich odległość i w ostatnim momencie chwycił za klamkę.
– Jak to miesiąc, czy dwa?! Co się stało?!
Tracy bez słowa weszła do wnętrza skąpanej w półmroku przyczepy i usiadła na skotłowanej pościeli. Liam podążył za nią, zatrzaskując za sobą drzwi. Zaraz potknął się o buta, który podobnie jak masa innych ubrań i przedmiotów walał się po podłodze. Zawsze był tu bałagan, nawet gdy z bliźniakami mieszkała matka, ale nigdy aż taki.
– Odszedł – mruknęła Tracy.
– Gdzie, co, jak? Mów od początku.
– No... stracił robotę u twojego starego i nie mógł znaleźć nowej, więc powiedziałam, żeby robił to, co ja, ale nie chciał.
– To, co ty? Czyli co? – spytał Liam.
Tracy potarła stopami ozutymi w japonki o podłogę. Nie miała żadnych oporów przed zarabianiem ciałem, ale przyznanie się do tego, to inna sprawa.
– Pracuję tutaj.
– Co? – nie zrozumiał Liam. – Zajmujesz się chałupnictwem?
Dziewczyna prychnęła i pokręciła głową. Pochodzili z dwóch całkowicie odmiennych światów.
– Jestem kurwą. Dotarło?
– Dotarło – odparł zszokowany Liam. – I chciałaś... żeby Josh też był?
– Tak, ale nie chciał. Jednak był taki jeden gościu, strasznie na niego napalony. Często do mnie przychodził, ale chyba nawet, jak ruchał mnie, to myślał o nim. No i raz... Jak Josh był sam w przyczepie, nasłałam go na niego.
– Zgwałcił go?!
– Nie wiem. Po jakimś czasie wyszedł, nic nie powiedział. Josh też nie. A później zniknął, ale przysyła skądś kasę. Dużo kasy.
Liam rozglądnął się po zagraconej przyczepie. Tracy została sama i chyba nie przeżywała tego dobrze. Cóż, taka natura człowieka, że uczy się dopiero na błędach.
– Ale wiesz, że to twoja wina? – spytał ostro.
– Moja wina?! – warknęła Tracy. – To wszystko wina twojego pierdolonego brata i jego zawszonego kutasa!
– Co? Jack ma coś do tego?
– Ruchał Josha, gdzie i jak mu się podobało, a jak mu się znudził, to mu złamał nos, skręcił nogę, wywalił z roboty i z wielkiej łaski przeleciał na pożegnanie!
– Jack by czegoś takiego... – zaczął Liam, ale nie skończył zdania.
Nawet on w to nie wierzył. Co by wiele nie mówić, Jack był skurwielem, a zabawa ciałem i duszą niewinnego chłopaka była bardzo w jego stylu.
– I co z tym teraz zrobisz, Liam? Nic, prawda? – prychnęła Tracy i położyła się na łóżku plecami do niego. – Wszyscy jesteście tacy sami.
Liam nie wiedząc, co począć, wyszedł z przyczepy, rzucając krótkim „do zobaczenia”. Wsiadł do swojego Dodge'a i bez ociągania ruszył w drogę powrotną. Chciał jak najszybciej opuścić to miasto, nim przesiąknie jego trucizną, jak Jack.
***
Tracy otarła łzy i sięgnęła pod poduszkę po swoją starą Nokię. Na jej piegowatej twarzy zagościł szczerbaty uśmiech, gdy przeczytała wiadomość sprzed paru godzin. Czyli wszystko poszło zgodnie z planem, ucieszyła się. Na początku chciała po prostu szantażować Jacka i wyciągnąć od niego jak najwięcej pieniędzy. Gdy Josh odszedł, uznała jednak, że to będzie za mało. W końcu to wina Hetfielda, że została sama. Gdy jeden z jej klientów powiedział, że będzie zajmował się oprawą techniczną na ślubie jego ojca, postanowiła to wykorzystać. Wciąż jednak nie zamierzała sobie odpuścić pieniędzy Hetfieldów.


5 komentarzy:

  1. O rany, ale się porobiło. Wiedziałam, że z tym filmem coś wyniknie, ale żeby aż tak, na ślubie? Biedny Jack, żal mi go. I Josha też, szkoda że tak niewiele było o nim, jestem ciekawa co robi i z kim wyjechał. Niech Jack go odnajdzie i niech żyją długo i szczęśliwie. :c

    A rozdziały faktycznie coraz szybciej :D Ale to bardzo, bardzo dobrze! Nie mam zamiaru narzekać ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz bardzo dobre serduszko, skoro żal ci Jacka. Sądziłam, że wszyscy pomyślą sobie "dobrze mu tak". Długo i szczęśliwie z Jackiem? No nie wiem, czy to wykonalne. Dziękuję za komentarz i pozdrawiam!

      Usuń
  2. A mi nie jest skoda Jacka, bo to skur...piiiiip(cenzura :P)
    Szkoda mi Josha bo ma zajebiście pod górę, a jego siostra to pustak do potęgi, myślący tylko o sobie. Trzeba mieć meeega nie fart że się jest "Joshem" :D

    A tak na marginesie mam nadzieję, że Jack zrozumie, że jednak jego bracia to nie "zło konieczne" i przestanie żyć nienawiścią do nich, bo nie wyobrażam sobie, żeby zaraz miało mu się odwidzić i kochać ich na różowo i pluchato :P

    Ale marzyć kto zabroni....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to jest prawidłowa reakcja :) Należało mu się, prawda?:D Sprawiedliwość musi być, chociaż na blogu. Jednak ja tam lubię jego i wymyślać mu te kiepskie, wulgarne powiedzonka. Nienawiść do macochy i jej dzieci oraz poczucie tego, że jemu się bardziej należy to jedne z głównych czynników, które zrobiły z niego takiego "skur...piiiiip" Nie wiem, czy umiałby żyć bez tego. No, różowo na pewno nie będzie, tęczowo też nie :P
      Dzięki za komentarz i pozdrawiam!

      Usuń
    2. Noooo to że mi nie jest szkodzą Jacka, to nie znaczy, że go nie lubię :) w końcu w tym jego "urok" :P Jak by nie był "skur...piiiip" to by nie było ciekawie :D

      Niecierpliwie czekam na ciąg dalszy ^^

      Usuń