poniedziałek, 31 października 2016

ROZDZIAŁ 12 - Różowy penis i piegowaty tyłek

Wciąż utrzymuję zabójcze tempo dodawania rozdziałów - nie wiem, jak ja to robię. Wcale nie spędzam nad nimi więcej czasu. Ale nie spodziewajcie się, że to się utrzyma na dłużej. Skończyło się powakacyjne rozleniwienie na uczelni :( Za dobre rady ponownie dziękuję Leśnemu Ptakowi.

Informacje o ankiecie w poście niżej.

opiero drugi taksówkarz zgodził się zawieść ich pod podany adres. Starszy, otyły Hindus wydawał się zdecydować na kurs tylko dlatego, że od części dla pasażerów oddzielała go pancerna tafla szkła i zaproponowali podwójną stawkę. Santa Boy opierał się nonszalancko o szybę, naprężając przy tym mięśnie odsłoniętego przedramienia. Niebieskie światło bijące z neonowych listewek przymocowanych wzdłuż górnej krawędzi drzwi nadawało jego tatuażowi diabła makabrycznego wyglądu. Gdy taksówkarz zezował na muzyka niespokojnym wzrokiem w lusterko, ten szczerzył do niego zęby przyozdobione srebrnym grillzem. Jechali przez wieczorne Austin na obrzeża miasta, do dzielnicy luksusowych willi. Hindus zatrzymał swoją taksówkę dwie przecznice przed miejscem docelowym.

– To jeszcze nie tutaj – zauważył Santa Boy.
– Ja dalej nie jadę – odparł taksówkarz z mocnym akcentem. – Miesiąc temu ostrzelali auto Amara z broni półautomatycznej. Szatany!
Sasza patrzył na twarz jednego, to na drugiego z mężczyzn, ale mina żadnego z nich nie sugerowała, że był to żart. Santa Boy jedynie westchnął, odliczył gotówkę i podał ją Hindusowi przez małe okienko w szybie. Gdy wysiedli na chodnik, przeszła obok nich elegancko ubrana kobieta z okularami przeciwsłonecznymi na nosie, mimo że już zmierzchało. Na smyczy prowadziła bezwłosego psa, który ubrany był w zminiaturyzowaną wersję jej własnego płaszcza z futrzanym kołnierzem.
– Tu chyba codziennie myją ulice – stwierdził Sasza po rozglądnięciu się po okolicy. – Przy każdym domu basen i garaż na pięć samochodów.
– Taa, i tona antydepresantów na półce nad umywalką – prychnął Santa.
– Nie jest ci zimno bez kurtki?
– Trochę, ale tego, co zostawisz w domu Fat Moose'a, nigdy już nie odzyskasz. Uczę się na błędach.
Zmierzali właśnie na jedną z imprez organizowanych przez perkusistę High Death i producenta muzycznego, Fat Moose'a, w jego willi. Sasza miał pojawić się na jednej z nich po raz pierwszy i trochę się denerwował nawet przed usłyszeniem o ostrzeliwaniu samochodów. Nie miał pojęcia, jak przyjmie go środowisko Santy Boy'a i czy nie będzie za bardzo odstawał. Czy nie będzie za mało cool. Pojawiła się też sprawa narkotyków. Wiedział, że tam będą, zapewne w dużych ilościach. Od czasu rzucenia nałogu starał się omijać takie miejsca i nie kusić losu. Nie chciał znowu sprawiać kłopotu Sancie. W końcu jego i tak już naciągnięta niczym struna cierpliwość może w końcu pęknąć.
– To tam – oznajmił rockman i wskazał palcem na duży, kremowy dom.
W rozległym kompleksie basenowym z trzema zbiornikami nie było teraz wody. Krawędzie obtoczono barierkami, przy których stał mężczyzna z czarnymi rękawiczkami na dłoniach. Zupełnie jak na koncercie, pomyślał Sasza. Drugi człowiek stał przy otwartej bramie i kierował samochody na trawnik, który tymczasowo stanowił parking dla w większości luksusowych bądź oldskulowych samochodów. Najniższy poziom willi zajmowały wyłącznie garaże. Drzwi wejściowe znajdowały się na tarasie pierwszego piętra i prowadziły do niego białe, kręte schody z kamiennymi balustradami. Mężczyzna przy bramie, który w uchu miał słuchawkę z kręconym przewodem znikającym pod koszulą, kiwnął Sancie Boy'owi głową i obydwóch przepuścił bez słowa. Kolejny przy schodach zrobił to samo. Na razie Sasza był mile zaskoczony.
***
Siedzieli w głównym salonie na skórzanej sofie. Sasza w pewnym momencie przykleił się bokiem do Santy i chwycił go za ramię. Strasznie go to odsłaniało, ale wolał już zaistnieć publicznie, w światku muzycznym, jako gej, niż się teraz odsunąć. Z każdą chwilą spędzoną w tym luksusowym domu jego i tak wyłupiaste oczy uwypuklały się jeszcze bardziej. Chyba znalazł się w przedsionku piekła.
– I coś taki zdziwiony? Nie byłeś nigdy na narkoparty?
– Byłem – odpowiedział Sancie – ale w naturalnym środowisku ćpunów, czyli opuszczonych, zdezelowanych ruinach, a nie willach za pięćdziesiąt milionów.
Stosunek właściciela domu do rzeczy martwych i wnętrz, które najpewniej wyszły spod rąk najlepszych projektantów, bił po oczach z każdego kąta willi. Wszystkie ściany, drewniane podłogi, a nawet wysokie sufity pokryte były wieloma warstwami graffiti, których nie dało się teraz odczytać. Gdzieniegdzie spośród plątaniny kolorowych liter wyzierały pentagramy. Ogień w wielkim, marmurowym kominku podtrzymywano przez dokładanie drewnianych fragmentów z rozwalonych mebli. Nad porwaną w kilku miejscach kanapą, na której siedzieli, wisiały dwa obrazy, wyjątkowo paskudne zdaniem Saszy, ale prawdopodobnie autorstwa samego Picassa. Przynajmniej tak podpowiadał internet. Trzeci z obrazów spadł ze ściany i leżał przy ich nogach. Sasza jeszcze nigdy w życiu, nie licząc Cadillaca Santy, nie był tak blisko przynajmniej kilkunastu tysięcy dolarów.
Po rozległych pokojach willi przewijali się liczni goście, w większości długowłosi mężczyźni ubrani w skóry przyozdobione łańcuchami i ćwiekami. Między nimi lawirowały kelnerki, których stroje zredukowane były do majtek, często w cielistym kolorze i błyszczących elementów zasłaniających sutki. Na polecenie gości tańczył tak, aby frędzle przymocowane do nakładek robiły młynki w powietrzu, co za każdym razem komentowano głośnymi gwizdami. Przelewały się tu hektolitry alkoholu, ale na razie bez akompaniamentu narkotyków.
W każdym z pokojów było kilka podwieszanych głośników, z których sączyły się utwory Led Zeppelin i Guns N Roses, jednak natężenie dźwięku nie przeszkadzało w konwersacji. Po szlagierowym „Don't Cry” rozbrzmiały pierwsze nuty jedynej ballady High Death „Summer Fluorescence”.
– Robi to specjalnie – syknął podirytowany Santa Boy.
– Kto? Fat Moose? – zapytał Sasza wciąż przylepiony do jego boku. – Przecież to wasz najsłynniejszy utwór. Puszczali go we wszystkich stacjach.
– I właśnie dlatego go nienawidzę. I on o tym wie.
Do salonu weszła blondynka z kocimi uszkami na głowie i wielkimi, sztucznymi piersiami. W rękach niosła tacę, na której coś było przykryte zwiewnym, czerwonym materiałem. Za nią podążał znacznie niższy, niepozorny wręcz mężczyzna. Kobieta położyła tacę na stoliku przed Santa Boy'em i odeszła, puszczając mu jeszcze oczko. Fat Moose, bo to on właśnie za nią szedł, wyszczerzył się w uśmiechu, a Sasza skrzywił na ten widok. Mężczyzna wyglądał strasznie, przypominał bardziej dworcowego żebraka niż milionera. Jego porowata skóra na twarzy poprzecinana była głębokimi bruzdami. Przekrwione białka pozbawionych blasku oczu komponowały się z plamą zaschniętej krwi pod nosem. Sasza był pewien, że gdyby pociągnął za brązowe, skołtunione włosy mężczyzny, to większość zostałaby mu w dłoni.
Fat Moose dosiadł się po drugiej stronie Santy Boy'a i wychylając się, spoglądał na chłopaka, jak na egzotyczne zwierzątko z zoo. Sasza speszył się pod tym wzrokiem i lekko schylił głowę.
– No, Boy – zwrócił się Fat Moose do kolegi po fachu – i to jest ten twój chłopaczek, przez którego przeszedłeś na monodietę? Spodziewałem się czegoś bardziej... – Tu pstryknął palcami. – Spektakuo... spektakularnego, o tak.
– Widzisz, Moose – odparł Santa – gdy ty wybierasz dom, patrzysz tylko na fasadę i cenę, a później zamieniasz go w kolejny chlew. A ja zwracam uwagę na wnętrze i funkcjonalność.
– O, funkcjonalność – podłapał perkusista. – Umie coś specjalnego?
Niespodziewanie przytknął swój zsiniały palec z przydługim, brudnym paznokciem do ust Saszy, który starał się odchylić głowę, jak najbardziej do tyłu, na ile pozwalało mu oparcie kanapy.
– Może tym? No, otwórz mordkę.
Sasza po wyrwaniu z pierwszego szoku zmarszczył brwi i nos. Proszę bardzo, warknął w myślach. Fat Moose błyskawicznie zabrał rękę i chwycił się za palec.
– Ugryzł mnie!
– Co, ugryzłeś go? – spytał Santa i odwrócił do chłopaka napiętą twarz, a Sasza od razu pożałował, że to zrobił.
– Taki odruch... – próbował się tłumaczyć.
– Masz, wypluj. – Muzyk podniósł szklankę ze stolika i podsunął Saszy pod usta. – Jeszcze się zarazisz jakimiś syfem od niego.
– No, hej, ja tu jestem! – zawołał Fat Moose. – Ale nieważne. Pewnie się zastanawiasz, dlaczego nie śnieży ani na zewnątrz, ani wewnątrz.
– Nieszczególnie – mruknął Santa.
– Wiem, że tak tylko mówisz, Boy. Zawsze był z ciebie taki mruczek. Samantha!
Zaraz do sali wróciła blond kelnerka, która wcześniej przyniosła tacę. Towarzyszył jej długowłosy chłopak, także ubrany jedynie w błyszczące stringi. Fat Moose posadził go sobie na kolanach.
– Zadbałem też o oprawę wizualną dla ciebie, Boy. Powinieneś docenić – powiedział i uszczypnął milczącego chłopaka w sutek. – Ludzie! Chodźcie tu! Czas na tort na cześć nowej, spłowiałej drogi życia mojego przyjaciela, Santy Boy'a!
Po chwili rzeczywiście zaczęli się zbierać wokół ludzie z plastikowymi kubkami w rękach. Cześć z nich była już mocno wstawiona, inni pod wpływem środków natury sypkiej. Dziewczęta zaczęły klaskać i uderzać w metalowe tace w zgodnym rytmie.
– Po kształcie poznaję, że to raczej nie będzie tort wypełniony kilogramem koksu – szepnął Sasza do Santy.
– Obojętne – odparł mężczyzna zbolałym głosem. Niesamowite, że kiedyś lubił brać w tym udział. Chciał już wrócić do domu, kochać się przez pół nocy, a później spać do południa.
– Werble, werble, moje kociaki! – zawołał Fat Moose i wstał z kanapy. – Właśnie tak!
Teatralnym ruchem podniósł materiał z tacy. Wszyscy początkowo zamarli, by zaraz podnieść entuzjastyczny rumor. Stał przed nimi wielki, farbowany na różowo kryształ metaamfetaminy w kształcie penisa ze zgrubieniem u góry i jądrami przy podstawie. Sasza wydał na ten widok nieartykułowany jęk i zamknął oczy.
– Za dużo? – spytał Santa i objął chłopaka ramieniem. Odpowiedziało mu kiwnięcie głową.
Samantha wyciągnęła zza cienkiego łańcuszka majtek młoteczek i podała Sancie, który obrzucił jego i dziewczynę spojrzeniem spod brwi.
– Hej, nie podoba ci się, Boy? – spytał Fat Moose i zrobił zbolałą minę bardziej pasującą do dziecka niż czterdziestoletniego mężczyzny. – Wydałem na niego obrzydliwie dużo kasy.
– Mówiłem ci przecież, że oboje przestaliśmy brać. A on jest jeszcze świeży. – Pogłaskał Saszę, który wciąż kurczowo zaciskał powieki, po głowie.
– No ale tak chociaż dziabkę, okruszynkę – nie ustępował Fat Moose.
– Czy do ciebie nic już nie dociera?! – warknął Santa. Puścił Saszę, a następnie chwycił muzyka za kark i uderzył jego głową o stół. Fat Mooose stoczył się z siedzenia.
– No bez takich, Boy – jęknął bez specjalnego wyrzutu w głosie i rozmasował czoło. Uderzenie nie było mocne. – Samantha, zabierz nasz skarb gdzieś indziej.
Cała zbieranina podążyła niczym zombi za kelnerką niosącą na tacy dumnie wyprężonego penisa z metaamfetaminy. W salonie pozostało tylko kilka osób, o dziwo bardziej zainteresowanych zakładami, który z mężczyzn wygra zapowiadającą się bójkę. Santa Boy wstał, a łańcuchy u jego skórzanych spodni zadzwoniły metalicznie. Skupiony na Fat Moose'ie nawet nie poprawił włosów, które zasłoniły mu jedno z ciemnych oczu, zwyczajowym gestem. Chwycił o wiele niższego mężczyznę za fraki, uniósł do pionu i potrząsnął niczym szmacianą lalką.
– Jeśli on przez ciebie wróci do ćpania, to cię zajebię! – warknął. – Rozumiesz?! Dociera coś jeszcze do tej twojej przepalonej mózgownicy?! Łączą ci tam jeszcze styki?!
– Dociera, dociera – jęknął perkusista, najwyraźniej nieskory do bójki. – Co ma nie docierać?
Santa puścił mężczyznę, a ten z powrotem zwalił się na podłogę, na co zarechotali nieliczni widzowie i zaczęli między sobą rozdzielać gotówkę. Zaczesał włosy i podrapał się po karku. Cóż, chyba mogli już iść. Obrócił się w stronę Saszy, który jednak nie patrzył już na niego, a wskazywał palcem przeciwległy koniec sali, gdzie stała jedna z kelnerek i chłopak ubrany jedynie w błyszczące bokserki.
– Przecież to ten rudy dzieciak z przyczepy – stwierdził ze zdziwieniem. – Co on tu robi?
– Pojęcia nie mam – odparł Santa Boy bez zainteresowania. – Chodźmy do domu.
Saszy jednak los chłopaka nie był tak obojętny.
– Nie możemy go tak tutaj zostawić. I co Hetfield sobie pomyślał, pozwalając dzieciakowi przyjść w takie miejsce?
– Nie masz żadnej pewności, że to tak naprawę jego dupa. I co cię tak właściwie interesuje, co się z nim stanie?
– No ale – jęknął Sasza i znów popatrzył w stronę chłopaka. – Czym on sobie zasłużył, żeby zostać dziwką? To tylko dzieciak.
– Jaką dziwką? – zawołał Fat Moose z podłogi. – Moje panie świadczą różne usługi, możesz nawet powciągać koks z ich wypiętych tyłków, a koks z krągłego, piegowatego tyłka tego chłopaczka smakuje wręcz wybornie, ale nie są dziwkami. Wypraszam sobie!
Santa tylko spojrzał w proszące oczy Saszy i westchnął. Pomasował się jeszcze palcami po nasadzie nosa.
– Jeśli chłopak nie wyjdzie stąd razem z nami, to nie ujrzysz i nie poczujesz mojej dziewiczo ciasnej dupy przez miesiąc – zagroził Sasza.
– Miesiąc? – powtórzył ze zgrozą Santa Boy. – Okej, już idę.
Cały napięty podszedł do chłopaka, chwycił za ramiona i obrócił przodem do siebie. Josh, bo chyba tak miał na imię rudzielec, nawet nie zwrócił na to uwagi i nie skierował na mężczyznę zamglonego spojrzenia.
– Naćpany – syknął i zawołał do Fat Moose'a: – Zabieram dzieciaka!
– Co?! Nie ma mowy. Ma umowę, jak chcesz go zabrać, to zapłać kaucję. Dwa tysiące!
Santa Boy zazgrzytał zębami. Nie zamierzał tyle płacić, ale stawka była zbyt wysoka. Na szczęście wiedział, co przekona muzyka do zmiany zdania.
– On jest nieletni – oznajmił, choć nie miał pojęcia, czy to prawda.
– Łoł. – Fat Moose wstał w końcu z podłogi i rozejrzał się po pomieszczeniu rozbieganym wzrokiem. – Mówiłem wam, ludzie. Ćpanie, okej. Broń, okej. Gang bang, okej. Ale nie nieletni. Za to nie ma zmiłuj. Od razu pakują za kratki! Samantha!
Po jeszcze dwóch zawołaniach blondynka ponownie pojawiła się w salonie. Nie miała już kocich uszek i jednej z nakładek na sutki, a jej fryzura była w nieładzie. Jej mina sugerowała, że jest bardzo niezadowolona z faktu, że musiała przerwać to, co robiła.
– Taa, co jest? – spytała zblazowanym głosem.
– Czy to prawda, że rudzielec jest nieletni?
– Oczywiście, że nie. Już koniec? Mogę iść?
– A Boy utrzymuje, że tak.
– A on niby skąd to wie? – sapnęła dziewczyna. – Rob mi go polecił, na pewno wszystko jest w porządku.
– A czy ten cały Rob wspominał, że Josh, bo tak ma na imię, mieszka w przyczepie z siostrą bliźniaczką Tracy i że mają po siedemnaście lat? – spytał Sasza.
– No niby tak mówił, ale nic o tym, że jest nieletni – broniła się kelnerka.
Fat Moose trzepnął ją otwartą dłonią w głowę i kazał odejść, używając przy tym bardzo wulgarnych słów. Rozgonił też zbierający się tłumek gapiów. Wyglądał, jakby wytrzeźwiał w ciągu paru minut.
– Zabierz go – powiedział jeszcze do Santy, nim wyszedł z sali.
***
Wiele wysiłku kosztowało ich sprowadzenie niekontaktującego chłopaka po schodach. Sasza okrył jego nagie ciało swoją bluzą i teraz trząsł się z zimna. Podczas zimy w Teksasie rzadko padał śnieg, a temperatura oscylowała wokół dziesięciu stopni, ale nocą często na trawie pojawiał się szron.
– Co, znowu taksówka? – spytał.
– Mam coś lepszego – odparł Santa i wyciągnął kluczyki do samochodu z kieszeni. – Podpieprzyłem Fat Moose'owi.
Gdy przycisnął przycisk, zapiszczał alarm w czerwonym Ferrari stojącym na podjeździe obok garażu. Sasza usadził chłopaka obok siebie, bo samochód miał tylko dwa miejsca. Santa Boy całkowicie skupił się na skracaniu zakrętów z piskiem opon i porykiwaniu silnika. Gdy zwolnił przed przejściem dla pieszych, mężczyzna w Lamborghini na pasie obok, zamrugał do niego światłami. Nocne, nielegalne wyścigi uliczne były popularną rozrywką wśród dzieci bogatych i sławnych.
– Wiesz, on chyba śpi – oznajmił zdziwionym głosem Sasza.
– W takim razie nie jest napruty, tylko cholernie zmęczony. Tyle dobrze. Położymy go u ciebie.
– Dobrze – zgodził się Sasza. – Fajna fura, szkoda, że trzeba oddać.
– Niekoniecznie. – Uśmiechnął się Santa Boy. – Fat Moose może jutro nie pamiętać, że kiedykolwiek miał takie auto.
Zaparkowali na ulicy pod budynkiem, w którym mieszkali. Santa wziął Josha na ręce, nie chcąc się znowu męczyć z targaniem go po schodach. Długie, rude włosy chłopaka opadały swobodnie. Przypominał teraz śpiącą królewnę.
– Tyłek rzeczywiście ma zajebisty – stwierdził mężczyzna i sugestywnie poruszył brwiami. – Mięciutki.
– Nie nabiorę się na to – prychnął Sasza i przytrzymał przed nimi drzwi wejściowe do mieszkania.
Ułożyli chłopaka, który cały czas spał, czasami nawet lekko pochrapując, w pokoju Saszy. Stanęli przy łóżku i założonymi rękami patrzyli na jego łagodną twarz skąpaną w półmroku. Wyglądał po prostu słodko, śpiąc z otwartymi ustami i rudymi włosami rozrzuconymi wokół piegowatej twarzy.
– Sama słodycz, nie? – spytał retorycznie Sasza. – Jak on się znalazł w tym piekle?
– Dowiemy się jutro – odparł starszy mężczyzna i wyszedł z pokoju. Sasza podążył za nim, jak przystało na wierną sukę.
***
Santa Boy rozebrał się i rzucił ubranie na zaścielone łóżko w swoim pokoju. Zupełnie nagi przeszedł do łazienki. Lakier z włosów zmył pod kranem. Ani się nie uchlał, ani jakoś specjalnie nie spocił, więc postanowił pominąć prysznic i po umyciu zębów walnąć się spać. Gdy wypluł pianę i podniósł głowę znad umywalki, napotkał swoje odbicie w lustrze. Potarł dłonią po szorstkim policzku. Coraz rzadziej chciało mu się golić, ale z zarostem wyglądał jak menel. Właściwie był niejako menelem – zapijaczonym, zaniedbanym, zniechęconym facetem z paskudną historią, która tak go sponiewierała. Jednak ta przeszłość dostarczało mu także środków do teraźniejszego życia, więc nie wylądował z kubkiem na dworcu. Ach, słodkie tantiemy, pomyślał i zjechał palcami w dół, na dwa stożkowe kolczyki poniżej lewego kącika ust. Miał je tam od zawsze, ale z każdą nową zmarszczką pasowały do jego twarzy coraz mniej. Nie chciał jeszcze skapitulować przed starością i ich wyciągnąć.
Wyszedł z łazienki w jeszcze gorszym nastroju niż przed paroma minutami. Wrócił do swojego pokoju, gdzie na łóżku zastał siedzącego w samych slipach Saszę. Chłopak uśmiechnął się do niego i odchrząknął, gdy nie zdołał się powstrzymać przed spojrzeniem na jego krocze.
– Zły jesteś? – spytał, mając na myśli to, że wymusił na mężczyźnie przytarganie tu chłopaka z przyczepy.
Santa usiadł ciężko na łóżku, które ugięło się pod nim. Palcami rozczesał mokre włosy na czubku głowy.
– I po czym poznałeś? Chyba nie po mojej diabelskiej mordzie?
– Na razie to dla mnie wielka tajemnica, ale rozpracuję ją z czasem. Bardziej po chodzie. – Sasza położył mu gorąca dłoń na owłosionym udzie i pomasował od wewnętrznej strony. – Hej, zrobiłeś dzisiaj dobry uczynek, diable. Chcesz nagrodę?
Santa Boy spojrzał na jego twarz z uniesionymi brwiami, a później przeniósł wzrok w dół. Chłopak był coraz śmielszy, nie tylko teraz, bo właśnie wyrwał mu włos na pachwinie, ale także w ogólnym zarysie. Chyba przestał się go lękać.
– Nie boisz się, że obudzisz dzieciaka?
– A co to za wymówka? – prychnął Sasza i sięgnął do jego jąder. – Przynieść ci Viagry, seniorze metalu?
– Doigrałeś się – syknął Santa ze zmrużonymi groźnie oczami.
Szybko przewalił chłopaka na łóżko. Sasza klęczał teraz wypięty w jego stronę z przekręconą głową wciśniętą w pościel. Santa Boy przytrzymywał go za policzek.
– Cholera... skręcisz mi kark! – jęknął Sasza, ale już czuł to znajome, obezwładniające całe ciało gorąco.
– Morda i ani się rusz. – Santa puścił go na chwilę, a on czekał, nie przesuwając głowy, choć naprawdę bolała go szyja.
Zaraz poczuł, jak mężczyzna krępuje mu ręce na plecach najprawdopodobniej paskiem od spodni i po chwili znów dociska bok jego twarzy do pościeli. Obsunął mu bieliznę i trzasnął w chudy pośladek, niespecjalnie się hamując. Trochę dla zabawy, a trochę dlatego, że naprawdę się wkurzył.
– Boli... – zajęczał Sasza pod nim. Czuł ciarki rozchodzące się od tyłka na udo, brzuch i jądra. Najgorsze, a może najlepsze było to, że mu od tego stawał.
Na jasnej skórze natychmiast pojawił się różowy ślad, zupełnie jak na szyi chłopaka, gdy Santa go tam całował i lizał. Uderzył go raz jeszcze w to samo miejsce i mocniej przydusił, gdy wierzgnął. Oblizał dwa palce z głośnym cmoknięciem, dając mu tym samym znak, co się zaraz zdarzy. Dzisiaj nie będzie taryfy ulgowej. Wbił je naraz głęboko mimo oporu ciała, z premedytacją serwując mu kolejną dawkę bólu.
– O kurwa – jęknął Sasza na to traktowanie i zacisnął powieki, pod którymi zbierały mu się łzy.
Moment, gdy Santa na chwilę przestał dociskać jego policzek, na którym na pewno będzie miał jutro sińca, wykorzystał na przełknięcie śliny. Jej strużka wypływała mu z ust pionowo w dół, mocząc kołdrę. Jego kochanek poślinił kciuk i włożył w jego szparkę, żeby ją rozciągnąć i móc poruszać palcami drugiej dłoni.
– Co ty tam robisz? – syknął Sasza, czując ambiwalentny stosunek do takiego traktowania jego dupy.
Mężczyzna robił mu szybką i szorstką palcówkę, traktując jego ciało jak własność. Sasza wcale nie czuł, żeby się rozluźniał, więc spróbował wypiąć się bardziej. Santa skwapliwie to wykorzystał, wsadzając w niego dwa palce aż po knykcie i serwując kolejną dawkę bólu. Zaraz wyciągnął je, najwyraźniej nie zamierzając dokładać trzeciego. Dłonią uderzył go ponownie w to samo miejsce, a drugą, na którą wcześniej napluł, przejechał parę razy po swoim sztywnym penisie. Uniósł się bardziej na klęczkach, przytrzymał głowę Saszy i wbił się w niego za jednym razem, tak głęboko, na ile pozwalała mu nieznośnie drażniąca ciasnota dupy chłopaka.
– O kurwa! O kurwa! O kurwa jego mać! – krzyknął zaskoczony Sasza, którego głos na końcu przeszedł w szloch.
– I jak tam, masosuczko? – spytał muzyk jeszcze bardziej zachrypniętym niż zazwyczaj głosem.
– Zajebiście – syknął Sasza, gdy częściowo odzyskał rezon. Czuł, jak drgają mu uda. – Boli mnie szyja, bolą ramiona i boli dupa. I nie jestem masochistą!
– Tak? Bo chuja masz sztywnego, suczko – odparł Santa Boy z drwiną. – Lepiej zaciśnij zęby. Tylko języka sobie nie odgryź.
– Skurwiel. I daj mi się przekręcić na bok, nogi mi się trzęsą.
– Będziemy się pieprzyć jak emeryci? – prychnął rockman, jednak wyciągnął z niego penisa, co zostało skomentowane przez chłopaka kolejnym zbolałym stęknięciem.
Przekręcił Saszę na plecy, mimo że ten miał związane z tyłu ręce. Zadarł mu nogi do góry za owłosione łydki i ponownie wbił się w niego, zanim chłopak zdążył ogarnąć nową sytuację, w której się znalazł. Zaczął go posuwać, z każdym pchnięciem wyciskając z niego coraz głośniejsze jęki i starając się wejść głębiej. Bardzo możliwe, że zbudziło to chłopaka w pokoju obok, który zaszył się teraz w najciemniejszym kącie, sądząc, że jest świadkiem gwałtu. Sasza poddawał się wszystkiemu z kurczowo zaciśniętymi powiekami i głową zwisającą z krawędzi łóżka. Niespodziewany orgazm zabrał mu na chwilę dech. Zszokowany otworzył oczy, by ujrzeć jedynie przeciwległą ścianę i sufit. Usłyszał za to ochrypły śmiech Santy Boy'a, który za chwilę także doszedł. Wyciągnął z jego nadwyrężonej i obolałej szparki mięknącego penisa i przewalił się na plecy, ciężko oddychając. Całe jego ciało było zaczerwienione i pokryte potem. Sasza po dłuższej chwili bez ruchu przetoczył się na brzuch ze wciąż spętanymi rękoma, a później podniósł na klęczki. Santa Boy usiadł i uwolnił go z więzów. Chciał pociągnąć chłopaka na siebie, ale ten wyrwał mu się i ignorując ból we wszystkim, usiadł na krawędzi łóżka tyłem do niego.
– Takie to było zabawne? – zapytał za złością, rozmasowując nadgarstki.
– Co niby?
– Już ty wiesz co – syknął Sasza i odwrócił do niego wciąż czerwoną twarz.
Santa Boy położył się bokiem na poduszkach i podparł głowę na dłoni. Wyglądał na wielce ukontentowanego.
– Jeśli chodzi ci o to przed chwilą, to nie śmiałem się z ciebie – wyjaśnił spokojnie. – To był raczej wyraz ulgi.
– Ulgi?
– No, ucieszyłem się, że ja i mój czterdziestoletni chuj możemy ci jeszcze zrobić dobrze. – Santa Boy z krzywym uśmiechem przesunął wzrokiem w dół swojego ciała. – Popatrz, jaki jest pomarszczony. To emeryt. Przepracował już więcej godzin niż przeciętny osiemdziesięciolatek.
Sasza zachichotał i na czworakach przemieścił się do mężczyzny. Czuł, jak trochę jego nasienia wypływa mu spomiędzy pośladków na udo. Brzuch miał ubrudzony swoją własną spermą. Santa przyciągnął go za ramię i przycisnął do swojego boku, całując wcześniej po czerwonym uchu.
– I serio ci to nie przeszkadza, że... – zaczął cicho młodszy mężczyzna. – No wiesz.
– No wiem co? – przedrzeźniał go Santa Boy. – Źle by było, jak byś tego nie lubił.
– No ale, że tak – miotał się Sasza.
Muzyk westchnął i zaczął leniwie głaskać go po krótkiej, szorstkiej szczecinie na głowie.
– Sądzę, że każdy powinien mieć możliwość bycia tym, kim chce. Bycia sobą. Zadziwiająco mało ludzi ma taką możliwość. Myślę, że to doprawdy magiczne, że nie musimy przed sobą udawać. Ja mogę być stetryczałym dziadkiem metalu, a ty moją suczką. Co uważasz?
Sasza drgnął, gdy poczuł, że jego palce zostają splecione z palcami Santy Boy'a. Przymknął oczy, kładąc swoją głowę na jego piersi.
– Myślę, że czekają cię dwa tygodnie abstynencji – mruknął.
– Aż tyle? – odparł mężczyzna rozbawionym głosem i wsunął palce drugiej dłoni między jego pośladki. – Pomasuję ci, jak cię boli.
– Okej – mruknął sennie Sasza, nie zamierzając oponować. – I co zrobimy z chłopakiem?
– Pojęcia nie mam. Zastanowimy się jutro, jeśli jeszcze nie uciekł przez okno po tym, co usłyszał.
– A może sobie zwalił? – zażartował Sasza.
– Nie wiem, co gorsze. Śpij już.
– Ty też.


4 komentarze:

  1. Santa Boy i Sasza są niesamowici. Najlepsza para ze wszystkich opowiadań ,które czytałam. (Nie policzę ile ich było)
    Chcę czytać i czytać o nich.
    Santa po wszystkim taki czuły dla Saszy *.*
    No cudowni.
    Lubię Josha i mu współczuję ma okropne życie ;-;
    Chcę żeby spotkał Jack'a.
    Poza tym chyba rudy nie jest mu taki obojętny.
    Całe opowiadanie jest super czuję klimat jak bracia są w rodzinnym domu.
    Więcej! XDD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To super, że emeryt metalu i jego "masosuczka" (nie wiem, jak to wymyśliłam xD) przypadli ci do gustu. Oddzielnie już stanowią ciekawe indywidua, a co dopiero razem. Jack ma teraz ważniejsze sprawy na głowie niż Josh, ale może już niedługo sobie o nim przypomni.
      Dzięki za komentarz i pozdrawiam!

      Usuń
  2. Jeny, MoNoMu, nawet nie masz pojęcia jak mi humor poprawiłaś tym rozdziałem. :D Absolutnie boski, Sasza i Santa są przekochani, mogłabym o nich czytać non stop. Ale aż mnie skręca na myśl, co dalej z Joshem. Chciałabym dla wszystkich happy endu, obawiam się jednak, że to niemożliwe.

    Trzymam kciuki, żeby Ci się tempo utrzymało, coraz bardziej przywiązuję się do TB i jakoś mi tak smutno na myśl, że może się skończyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że moje wypociny polepszyły ci humor :) Jak to mówią - wszystko, co dobre musi się skończyć. To jak z ulubionym serialem - jednocześnie cieszysz się z nowych sezonów, ale widzisz, że każdy następny jest co raz gorszy. Trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny.
      Pozdrowienia!

      Usuń