środa, 5 października 2016

ROZDZIAŁ 8 - Zajęcze serce Matta i żabie usta Jacka

elix wyjątkowo pojawił się pod salą lekcyjną równo z dzwonkiem. Zwykle przychodził wcześniej, aby poćwiczyć flirt na dziewczynach, które zapominały przy nim o pozostałych chłopakach. Nie miał przez to męskich kumpli w klasie, ale w ogóle mu na tym nie zależało. Dziś jednak chciał uniknąć spojrzeń i pytań. Już od pierwszej klasy ze względu na swój wzrost siedział w ostatnich ławkach. Było mu to teraz nad wyraz na rękę. Z tyłu mógł wszystkich obserwować, ale oni nie mogli patrzeć na niego. Wiedział, że aż nie mogą usiedzieć z ciekawości. Próby odwrócenia się i spojrzenia na Felixa były natychmiastowo pacyfikowane przez nadgorliwego nauczyciela geografii.

Uch, nienawidził gegry. Trzy grube tomy zupełnie niepotrzebnej wiedzy. Co go obchodziło, na jakiej glebie najlepiej siać buraki cukrowe? Najśmieszniejsze było to, że dzieci farmerów i bogatych pracowników korpo z Nowego Yorku musiały przyswajać te same treści. Z westchnieniem dotknął opatrunku chłodzącego na policzku. Miał nadzieję, że nie wykwitnie mu siniak pod okiem. Buraki cukrowe ani pogłowie trzody chlewnej na świecie nie pasjonowały go w najmniejszym stopniu, więc postanowił oddać się swojemu ulubionemu zajęciu podczas lekcji – gapieniu się na Liama. Chłopak jako jedyny zdawał się niezainteresowany Felixem i robił skrupulatne notatki. Jak zwykle nadgorliwy.
Felix wybrał szkołę z dużym mieście, z dala od rodzinnej wiochy, aby w końcu stać się sobą. Przybył do Oklahomy uzbrojony w wiedzę typu „rzeżączką można zarazić się nawet przez używanie tego samego ręcznika” oraz „niedostateczne rozluźnienie mięśni przed stosunkami może doprowadzić do późniejszych problemów ze zwieraczem”. Jednak dwa miesiące po rozpoczęciu pierwszego roku liceum jego życie zredukowało się do gapienia w przestrzeń podczas lekcji, grania w baseball i przeglądania blogów modowych. Wielokrotnie podjeżdżał w pobliże klubów dla gejów i obserwował z samochodu mężczyzn odzianych w rażące bielą podkoszulki i dżinsy ledwo trzymające się na szwach. Umówił się też na kilka randek przez internet, jednak tchórzył za każdym razem. Nie dlatego, że nie był pewien siebie i swojego wyglądu. Po prostu wiedział, że gdy zrobi pierwszy krok, nie będzie już odwrotu. Nie wróci niczym Neil Armstrong do kapsuły po spacerze na Srebrnym Globie. A gdy pojedzie do domu na święta, poczucie winy będzie niewyobrażalnie większe niż dotąd.
Dzielił więc swoje życie między bieganie wokół boiska w rytm pokrzykiwań trenera, ślęczenie w internacie i śledzenie pęknięć na suficie podczas lekcji. Uczniowie w klasie także nie zmienili się zbyt bardzo od początku roku, może poza baseballistami, którzy ostentacyjnie zaczęli nosić kurtki z logo zespołu, oraz Liamem Hetfieldem. Niewysoki pół Azjata przybył do szkoły jako równo przycięta, niczym od garnka, duma rodziców, w butach wybranych przed matkę. Jednak zaraz po rozpoczęciu roku odrzucił rondel na stół. Zapuścił włosy i przefarbował je na brązowo. Kolejne kolczyki na jego twarzy zaczęły pojawiać się w tempie ekspresowym, jakby chłopak chciał nadgonić stracony czas, jakby chciał dogonić prawdziwego siebie. Gdy dyrektor zarzucił mu łamanie regulaminu i zagroził powiadomieniem rodziców, Liam pomachał mu przed twarzą odpowiednimi paragrafami z konstytucji i „Powszechnej deklaracji praw człowieka”. Felix pomyślał, że skoro pierwszy w szkolnym rankingu nerd ma odwagę, to on nie może się wahać. Jednak teraz cichy bohater baseballisty jakby oklapł i zapadł się w sobie. Pozwolił czarnym odrostom dorosnąć do połowy długości włosów, a kolczyki nie wróciły na swoje miejsce po pobycie Liama w szpitalu. Pewnie niedługo wróci też fryzura od garnka. Chciał jakoś pocieszyć Liama, ale ten nie odzywał się do niego od ostatnich wydarzeń i omijał go z jeszcze większą zaciętością niż zazwyczaj. A Felix czuł się źle, gdy Liam czuł się źle. Był chyba liamopatą. 
Dzwonek oznajmił upragniony koniec lekcji. Wszyscy uczniowie rzucili się do wyjścia klasy, tłocząc się przy drzwiach. Liam czekał cierpliwie za nimi. Felix ostatni wstał z ławki, żeby nie znaleźć się tłumie obserwatorów i stanął za chłopakiem. Wąskie, czarne jak węgiel oczy posłały mu krótkie spojrzenie, a na twarzy Liama nie zadrgał nawet jeden mięsień. Jego wzrok nie wyrażał ani dezaprobaty, ani zadowolenia ze stanu Felixa, nie był też prześmiewczy. Wyrażał dokładnie nic. Felix już wolałby, aby Liam wydał z siebie kpiące parsknięcie. Żeby jego oczy wyrażały cokolwiek, dobrego czy złego. Byle nie obojętność. W końcu wyszli z klasy, a Liam skręcił w sobie jedynie znanym kierunku, nie odwracając się na niego. „Czy to aż takie straszne, że chciałbym nachylić się do ciebie tak blisko, aby poczuć perfumy w twoich włosach i zobaczyć najmniejsze nawet pieprzyki na twojej szyi?”, pomyślał Felix. Uśmiechnął się krzywo i zasyczał, gdy poczuł ból na policzku.
***
Stanął z nieprzeźroczystą reklamówką w dłoni przed drzwiami do pokoju Liama w internacie. Uczniowie mieszkali dwójkami i najprawdopodobniej jego współlokator, typowy nolife także był w środku. Felixowi było to wybitnie nie na rękę, ale nie przygotował żadnego planu na wywabienie go z pokoju. Najwyżej chwyci go za fraki i wywali za próg. Miał właśnie zapukać, gdy usłyszał kroki na korytarzu. Współlokator Liama, którego Felix nazywał w myślach Scheldonem, zmierzał w jego stronę z kubłem wysuszonego prania.
Chciałeś czegoś, Stinson? – spytał, gdy znalazł się przy drzwiach.
Gwiazdkę z nieba i żebyś się ulotnił na parę godzin – odparł Felix.
A co ja, argon?
Felix roześmiał się, ale bynajmniej nie z żartu. To było po prostu zbyt lamerskie.
Mam powtórzyć po klińgońsku? – zakpił. – Po prostu spadaj.
Jeśli myślisz, że możesz tak do mnie mówić, bo w każdym liceum panuje hierarchia niczym z jaskini, oparta na sile i temperamencie, to...
Felix nie czekał, aż chłopak skończy przemowę, tylko wbił mu piętę ozutą w trampek jak najmocniej w palce i przekręcił.
Neandertalczyk mówić, Homo Sapiens robić. Rozumieć?
Dobra, tylko puść – jęknął chłopak. – Godzina i ani sekundy dłużej!
Felix odprowadził kulejącego lekko chłopaka prychnięciem i zapukał do pokoju. Stopę nadal miał w pogotowiu na wypadek, gdyby Liam chciał mu zamknąć drzwi przed nosem. Po chwili w wąskiej szparze ukazała się zniechęcona twarz chłopaka.
Boże, co ty tu robisz? I gdzie jest Tom?
A więc tak miał na imię, pomyślał Felix. Wyciągnął z reklamówki opakowanie farby do włosów w odcieniu złocistego brązu i pomachał nią Liamowi przed twarzą.
Powaliło cię? – syknął Liam. – A raczej przywaliło. Ktoś ci tak dojebał, że ci się do reszty klepki poprzestawiały?
No, Liam, bez spiny. Chcę ci pomóc i pogadać. – odparł Felix. – Od weekendu unikasz mnie jak zarazy.
W końcu jesteś pedałem. Może to syfilis rzucił ci się już na mózg?
Liam zamierzał zamknąć drzwi, ale przeszkodziła mu w tym stopa Felixa. Chłopak posłał baseballiście nienawistne spojrzenie wąskich oczu.
Tylko bez epitetów, Liam – poprosił ostro Felix. – Chcę pogadać o tym, co ci zrobiłem w tamten weekend i o tym, co wtedy zrobił ci twój ojciec.
Mój ojciec nic mi nie zrobił! – odwarknął Liam i znów spróbował zamknąć drzwi, jednak Felix zaparł się ręką.
Tak? – spytał baseballista. – A ja myślę, że jeszcze tydzień temu unikałbyś mnie jak zarazy, ale nie powiedziałbyś mi czegoś tak paskudnego.
A co ty możesz o mnie wiedzieć?! – warknął Liam i bezskutecznie próbował go odepchnąć.
Chcę z tobą pogadać i zrobię to – oświadczył ostro Felix. – Twój wybór, czy będzie to za tymi drzwiami, czy przez nie.
Kurwa – przeklął jeszcze Liam i przepuścił chłopaka w drzwiach, które zaraz potem zamknął na zasuwę.
Ciasny pokój z piętrowymi łóżkami, dwoma zagraconymi biurkami i dwiema szafami nie przedstawiał sobą nic specjalnego. Po bliższym przyjrzeniu się w pozornym bałaganie można nawet było dojrzeć pewną systematykę. Liam usiadł ciężko na zaścielonym łóżku i założył ręce na piersi. Wbił w Felixa chłodne, wyczekujące spojrzenie.
Więc? – ponaglił. – Mów, co masz mówić.
Felixowi cisnęło się na usta kończące wszystko między nimi „przepraszam”, ale zamiast tego powiedział:
Co ci się stało? Przecież jak wracaliśmy, to normalnie gadałeś ze mną w samochodzie i żartowaliśmy... Wiem, że przesadziłem, że powinienem nad sobą zapanować... Ale, no, nie wiem. Coś się zmieniło po powrocie.
To się stało, że swoimi nieudolnymi przeprosinami po fakcie możesz sobie teraz dupę podetrzeć – sarknął Liam, aż wstając z łóżka we wzburzeniu.
No ale to aż tak tobą wstrząsnęło? – zapytał Felix z powątpiewaniem. – Przecież nawet cię nie dotknąłem ani nic...
Nie chodzi o tamto! – zaprzeczył Liam. – Znaczy... też, ale niegłównie.
Czyli niby o co? A, o twojego starego – domyślił się Felix. – No wkurwił się i tyle.
I tyle?! – powtórzył chłopak. – Jestem skończony, rozumiesz?! On mi tego nigdy nie zapomni. Nie toleruje nieposłuszeństwa!
Oraz żydów, czarnych, gejów, transów, Cher, ludzi jeżdżących mini i wszystkich niemieszczących się w ciasne ramy jego ograniczonego umysłu. Zerwałeś się z łańcucha i tyle. No i co z tego? Jesteś dorosły, Liam. Pora semu o siebie zadbać.
Wiesz, kim zostają ludzie, którzy zaczynają „sami o siebie dbać” w wieku osiemnastu lat? Praktykantami w studiu tatuażu, a to jakoś nie jest moim marzeniem – sarknął Liam.
Felix wypuścił głośno powietrze i przeczesał włosy upięte w ciasny kok. Był zupełnie nieprzygotowany na coś takiego. Oparł się plecami o ścianę i dał im obojgu chwilę na odetchnięcie.
Liam – zaczął już spokojniejszym głosem – a czy twoim marzeniem było pójście na studia, które wybierze i opłaci ci ojciec? Jesteś mądry, dostaniesz stypendium.
Boże, ty nic nie rozumiesz...
Tak sądzisz? – odparł nagle gorzko Felix. – Mam dziewięć sióstr i ani jednego brata. Mój ojciec jest farmerem z tysiącem krów. Mój dziadek był farmerem z tysiącem krów i pradziadek również. Na tej samej farmie. Rozumiesz? A szansa na to, że moja matka urodzi jeszcze jednego syna, jest mniejsza niż zero po tym, jak zachorowała na raka jajników i wycięli jej, co trzeba, aby żyła.
Więc tak po prostu porzuciłeś swoje dziedzictwo, żeby wesoło pląsać po tęczy? – spytał Liam i uśmiechnął się krzywo.
Gdyby tak było, zostałbym modelem albo asystentem w studiu tatuażu, a nie baseballistą z perspektywą głowy w klopie w przypadku coming outu. Przynajmniej mój ojciec bez dziedzica dostanie na pocieszenie sportowca. Więc tak, już oliwię płozy moich różowych sanek, aby zjechać po tęczowej autostradzie w stronę zachodzącego Słońca.
Liam popatrzył w oczy znacznie wyższego chłopaka. Nie dojrzał w nich tej zwyczajowej zadziorności i poczuł się przez to jeszcze gorzej. W głowie urodził mu się też wniosek, że obecnie nikt na tej planecie nie rozumie go lepiej od tego Felixa, nawet Matt.
A co ci się tak w ogóle stało w policzek? – spytał po chwili, aby nie wracać do poprzedniego tematu.
Felix zamrugał zaskoczony i dotknął lekko spuchniętego policzka, o którym całkiem zapomniał.
Powiedzmy, że to niespodziewane zakończenie dysputy konserwatysty z liberałem. – Zaśmiał się.
Jasne – mruknął sceptycznie nastawiony do prawdziwości tej odpowiedzi Liam. – I serio, przyszedłeś tutaj, aby zafarbować mi włosy? – dopytał z niedowierzaniem.
No.
Wiesz, że strasznie często zaczynasz zdanie od „no”? – zapytał Liam znacznie bardziej rozluźniony niż jeszcze przed momentem. Trudno było zachować na dłużej powagę przy tym dwumetrowym idiocie.
No. – Zaśmiał się Felix.
Jesteś niereformowalny.
Nie ma potrzeby reformować czegoś już doskonałego.
Liam prychnął i przewrócił oczami. Ego tego chłopaka przyćmiewało wszystko wokoło bardziej niż jego cień rzucany przez to wielkie ciało.
Ale to akurat jest wkurzające – oznajmił. – Daj już tę farbę i spadaj. Tom jakoś na dziwnie długo zawieruszył się w tej pralni.
No ale chciałem ci pomóc w farbowaniu – mruknął jękliwie Felix i wbił w chłopaka błagalne spojrzenie. Postanowił też przemilczeć przyczynę przedłużającej się nieobecności Toma.
Chyba cię powaliło.
A kolczyki?
Liam chwycił dolną wargę między dwa palce i pociągnął. Zawsze wyciągał kolczyki przed kolejnym spotkaniem z rodzicami, ale zaraz po wkładał je z powrotem. Tym razem jednak nie mógł się do tego zabrać. Ogarnął go jakiś dziwny marazm.
Nie chcę się w to bawić sam – odparł. – Myślę, że już trochę zarosły. Będę musiał iść do salonu.
Serio? A chciałem ci wsadzić.
Liam posłał mu kolejne z karcących spojrzeń i bez słowa otworzył drzwi.
No przecież mówiłem o kolczykach – mruknął Felix, ale jednak grzecznie potruchtał do wyjścia. Jednak chochliki w jego oczach znów się roztańczyły i gdy był już za drzwiami, szybko nachylił się do Liama i skradł mu krótki pocałunek. Zadowolony z siebie wykonał na pięcie piruet i oddalił się do swojego pokoju, by wymienić opatrunek.
Liam zaparł się plecami o drzwi i odetchnął. Felix znów miał na sobie te cytrusowe perfumy, dokładnie wcelowane w wąski przedział unisex. Aż dziw brał, że nikt z drużyny baseballowej nie odkrył jeszcze o nim prawdy. Przytknął dłoń do zgniecionych przed chwilą w pocałunku wąskich warg i spojrzał na swoje odbicie w lustrze przytwierdzonym do ściany. Jego włosy rzeczywiście wyglądały tragicznie, a wąskie oczy były zaczerwienione od siedzenia przy komputerze. Rozszerzyły się gwałtownie, gdy dotarło do niego, że najprawdopodobniej vicekapitan drużyna baseballowej był w nim zadurzony i było to zaskakująco przyjemne uczucie.
***
Jack siedział w swoim przeszklonym biurze i od niechcenia obserwował sprzedawców prezentujących potencjalnym klientom samochody stojące w salonie. Co chwilę zerkał na godzinę na pasku zadań komputera. Po ostatniej rozmowie z ojcem musiał przynajmniej sprawiać pozory tego, że pracuje.
Nie zaprzeczę! To amerykańskie cacko pali tyle, co stary Indianiec, ale nawet trzysta galopujących mustangów nie dałoby mu rady! – Doszło do jego uszu mimo wyciszanych szyb.
Największy idiota wśród pracowników był zarazem najlepszym sprzedawcą. Jack podejrzewał, że właśnie tacy ludzie jak on wymyślali slogany od leków na żylaki odbytu i ciągnęli z tego niezłą kasę. Cóż, jaka klientela, tacy sprzedawcy. Naraz jednak dobiegający bez przerwy do jego uszu szmer ucichł. Krzątający się po salonie ludzie stanęli w miejscach i jak jeden brat skierowali wzrok na drzwi frontowe. Jack zrobił to samo i zaraz pożałował, że jednak nie urwał się wcześniej. Benjamin Hetfield krytycznie rozglądnął się po salonie, a później skierował się do jego biura.
Jack, synu – przywitał się Benjamin gulgoczącym barytonem, gdy drzwi się już za nim zamknęły. – Dobrze, że udało mi się na ciebie wpaść, bo rzadko bywasz w biurze. Ale, jak mniemam, jest to spowodowane twoją ciągłą pracą w terenie.
Jack puścił ten jawny sarkazm mimo uszu i w ciszy przyglądał się, jak jego ojciec siada na fotelu po drugiej stronie biurka. Nie miał pojęcia, po co ten dziad tu przyjechał.
Więc, co zamierzasz z tym zrobić, Jack? – zapytał Benjamin, przechodząc od razu do konkretów, i wbił w niego wyczekujące spojrzenie małych oczu, które jakby ginęły w fałdach pucołowatej i czerwonej teraz twarzy.
Co zrobić z czym? – spytał zdezorientowany Jack.
Ze sprawą tego podpalonego deVille, który zakupiłeś.
I co z nim? – Jack nieznacznie wzruszył ramionami. – Nawet mnie tam wtedy nie było.
Mnie też nie – odparł Benjamin – bo byłem w szpitalu. Więc doszło do tego, gdy mnie zastępowałeś.
Owszem – zgodził się Jack, starając się nie okazywać złości. Już wiedział, dokąd to prowadzi. – Ale powtarzam: byłem tutaj, a nie tam. Nie widzę w tym mojej winy.
Gdybym był wtedy na składowisku, nikt by nie podpalił Cadillaca. Bo nikt w tym mieście, a nawet hrabstwie nie odważyłyby się podpalić samochodu Benjamina Hetfielda – stwierdził Hetfield Senior. – Ktoś z ciebie jawnie zakpił, Jack. To dało mi do myślenia.
Myślenia nad czym? – zapytał Jack i zacisnął szczęki. Niemal czuł, jak pękają mu kompozytowe plomby w zębach.
Nad tym, że starasz się być kimś, kim być może nie możesz zostać. Może nie masz do tego predyspozycji. Kojot nigdy nie stanie się wilkiem, nieważne, jakby się starał.
Jednak ten kojot to jedyne, co masz – odparł Jack, ostatkiem woli utrzymując nerwy na wodzy.
Matt za rok kończy studia – przypomniał Benjamin.
I co? Chyba nie słuchałem dokładnie na biologii, bo według mnie zającowi jeszcze dalej do wilka niż kojotowi – zakpił Jack.
To prawda. Nigdy nie będzie taki jak ja – stwierdził ojciec. – Jednak to nie oznacza, że nie znajdzie swojego własnego sposobu. Własnej, równie właściwej drogi. Zostawiam cię z tym, abyś przemyślał moje słowa. Do widzenia, Jack.
Mężczyzna wyszedł z biura, a Jack obserwował przez oszklone ściany, jak opuszcza salon i wsiada do samochodu. Sprzedawcy, którzy dotąd przyglądali się całemu zajściu, powrócili do swoich obowiązków, gdy tylko posłał im krótkie spojrzenie. Szarpnął szufladą biurka i zaczął w niej grzebać w poszukiwaniu paczki papierosów. Była pusta, więc tylko zgniótł papier w pięści. Gwałtownie i głośno wciągnął powietrze przez nos. Czuł, jakby jego żebra się kurczyły i ściskały klatkę piersiową. Serce mu dudniło.
Kurwa! – warknął i w przypływie furii zrzucił monitor komputera na podłogę. Obudowa pękła z głośnym trzaskiem, a z zerwanego kabla posypały się iskry.
Wygrzebał kluczyki do samochodu i wyszedł z salonu, już nie zważając na skonsternowane twarze pracowników i klientów. Wsiadł do Vipera i z piskiem opon wyjechał z parkingu, rysując przy tym bok czyjegoś samochodu. Przejechał przez centrum Amarillo, ignorując sygnalizację, i skierował się na przedmieścia. Wiedział od samego początku, ale nie dopuszczał tej myśli do siebie.
Gdy wjechał na pole przyczep, przywitało go szczekanie psa uwiązanego na łańcuchu. Wysiadł z samochodu i bez pukania wszedł do przyczepy należącej do bliźniaków Young. Zastał widok nagiej Tracy, której chude ciało było gęsto obsypane zlewającymi się ze sobą piegami. Siedziała na mężczyźnie zwrócona plecami do jego twarzy. Spomiędzy jej zaciśniętych i błyszczących od nawilżenia ud wystawał penis. Tracy zajęczała jeszcze kilka razy głosem rodem z pornosa, nim zauważyła pojawienie się Jacka.
Co ty tu... – zaczęła, ale zaraz się zreflektowała, przypominając sobie, co zrobił jej ostatnio. A teraz wyglądał na jeszcze bardziej wkurzonego. Przełknęła ślinę pod naporem jego rozszerzonych źrenic i zeszła z mężczyzny.
Zadzwoń do Josha i każ mu wracać. I nie mów, że tu jestem.
Tak – odparła Tracy i niezrażona swoją nagością zaczęła w pośpiechu rozglądać się za telefonem.
Mężczyzna na łóżku dopiero teraz się uniósł i zasłonił genitalia dłońmi na widok Jacka.
Co ty tu gościu robisz? – spytał agresywnie. – Zapłaciłem i...
Spierdalaj.
Mężczyzna wstał gwałtownie z łóżka i podszedł do Jacka, zasłaniając się jedną dłonią.
Chyba coś ci się pomyliło! – warknął i się na niego zamachnął.
Jack zrobił unik i zamarkował uderzenie pięścią. Gdy mężczyzna uniósł obie ręce w obronnym odruchu, kopnął go w krocze. Nieznajomy zgiął się wpół, a Jack chwycił go za włosy i przywalił mu w twarz kolanem, rozkwaszając nos.
O kurwa – zdążył jęknąć mężczyzna, nim osunął się na podłogę, jedną dłonią tamując krwotok, a drugą trzymając się za genitalia.
Tak, wracaj natychmiast! Kurwa, praca jest teraz najmniej ważna! Po prostu rzuć to wszystko w chuj i chodź tu natychmiast! – darła się Tracy do słuchawki, wciskając się w jak najdalszy kąt przyczepy.
Zaraz będzie – zwróciła się do Jacka lekko drżącym głosem.
Hetfield przekroczył leżącego mężczyznę i usiadł na łóżku, wcześniej przesuwając w tył pościel.
Zabierz to ścierwo stąd i więcej nie pokazuj mi się na oczy.
Tracy skwapliwie pokiwała głową. Zarzuciła na siebie szlafrok, zebrała z podłogi ubranie jej klienta i pomogła unieść się mężczyźnie. Po kilku minutach na polu pojawił się zdyszany Josh. Jego siostra stała obok siedzącego na trawie i ubranego jedynie w spodnie mężczyzny, który podkoszulkiem tamował krwotok z nosa.
On tam jest – powiedziała do brata.
Josh tylko kiwnął jej głową i wszedł do przyczepy.
Nie zadzwonisz na policję? – spytał mężczyzna, odsuwając od twarzy zakrwawiony materiał. – To jakiś chory świr!
To Jack Hetfield – odparła jedynie Tracy, jakby to wszystko tłumaczyło.
***
Sądziłeś, że się nie domyślę? – spytał Jack, wbijając wzrok we wciąż dyszącego po biegu chłopaka. – Zastanawiam się, czy to ty nie doceniłeś mnie, czy ja nie doceniłem ciebie. Ale wiesz, Josh, po namyśle dochodzę do wniosku, że to jednak moja wina.
Twoja wina? – powtórzył chłopak.
Otóż to – powiedział Jack i zbliżył się do niego. – Zapomniałem o tym, że jesteś tylko prostym idiotą z zadupia. Niedorobionym pomiotem heroinistki i przypadkowego, bezimiennego dawcy nie najlepszej jakości spermy. Zapomniałem o tym i nie wziąłem pod uwagę, co może zrodzić się w tej twojej popierdolonej głowie. I co myślisz, Josh? Czy to nie moja wina? – Pochylił się nad chłopakiem i omiótł jego twarz gorącym oddechem. Gdy Josh chciał odwrócić głowę, żeby nie patrzeć Jackowi w oczy, chwycił go za twarz, wbijając palce w policzki. – Myślałeś, że zostanę twoim księciem?
Myślę... myślę, że jest w tobie coś bardzo złego, Jack – powiedział cicho Josh.
Jack puścił jego twarz i powoli, wręcz pieszczotliwie obrysował palcami jego wydatne usta, drobny podbródek, zjeżdżając w końcu na jego gładką szyję. Chwycił ją nagle z całej siły, aż lekko unosząc chłopaka. Josh zarzęził i w desperackim odruchu chwycił go za oburącz za ramię, które jednak nie ustąpiło.
Więc w jednym się zgadzamy – odparł Jack. – I co? Myślałeś, że mnie jakoś odmienisz? Taki jesteś głupiutki, że wierzysz w bajki? Pocałunek nie odmieni żaby. Jedyne, co ci przyjdzie z jej pocałowania, to zakażenie salmonellą.
Jack puścił chłopaka, który zjechał po ścianie, trzymając się za czerwoną szyję i łapczywie łapiąc dech. Dotąd zraszające rzęsy łzy spłynęły mu po pobladłych policzkach.
Nigdy więcej nie pokazuj mi się na oczy i nie przychodź na składowisko – powiedział Jack i nie patrząc na Josha, wyminął go, aby wyjść z przyczepy.
Chłopak podniósł się na równe nogi i chwycił Jacka za rękaw szarej marynarki, gdy ten położył rękę na klamce drzwi wyjściowych przyczepy.
Nie idź, Jack – powiedział Josh. – Już nie będzie odwrotu.
Puść mnie – rozkazał mężczyzna, a gdy nie doczekał się reakcji, powtórzył: – Puść mnie, Josh.
Gdy to znów nie poskutkowało, obrócił się gwałtownie, wyszarpał swój rękaw z uścisku chłopaka i uderzył go pięścią w twarz. Josh zwalił się na podłogę i chwycił się za swój rozkwaszony nos. Wbił błękitne spojrzenie swoich wielkich oczu w stojącego nad nim mężczyznę, jednak Jack nie doszukał się w tym spojrzeniu strachu. Mężczyzna uniósł ku twarzy swoją okrwawioną dłoń, nie wiedząc, co z nią zrobić. W końcu odwrócił się do Josha tyłem i nim wyszedł, rzucił jeszcze:
Nigdy więcej się do mnie nie zbliżaj. 

6 komentarzy:

  1. Biedny Felix, dziewięć sióstr i on sam, toż to horror jakiś xD Już wiem, czemu jest taki zapatrzony w siebie: rodzynek, rozpieszczany przez siostrzyczki, do tego jedyny dziedzic rodzinnego biznesu. W sumie, jest w jeszcze gorszej sytuacji, niż Liam. Swoją drogą, fajny dialog prowadzili, kilka tekstów mocno mnie rozbawiło, jak to wesołe pląsanie po tęczy ;D
    A teraz reflektory na Jacka, który znów kradnie cały splendor. Jak zrobić rozpierdziel, to z rozmachem, więc Jack najpierw urządza rzucanie monitorami, potem tłucze klienta prostytutki, a na koniec poddusza Josha. Bosko Jack, po prostu bosko. A ten jego tekst mnie rozbroił: "Myślałeś, że zostanę twoim księciem? " Cudo.
    Oj, zawiało grozą po słowach Josha "Już nie będzie odwrotu". Coś czuję, że Josh ma pendrive i użyje go w zemście. Między chłopakami zrobiło się naprawdę gorąco, jak przewidywałam. Aż nie mogę się doczekać nadchodzącej pięknej katastrofy :3

    Swoją drogą, fajny tytuł rozdziału i porównanie Jacka do żaby, a Matta do zająca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że nieważne jakie chore akcje dałabym innym bohaterom - gwałty, morderstwa, miesiąc bez internetu, Jack i jego sucza zajebistość i tak wszystkich przyćmią xD
      "Już nie będzie odwrotu" dotyczyło tego, że jeśli Jack będzie kontynuował swoją ścieżkę, to stanie się w końcu całkowicie jak swój ojciec, do czego mu już bardzo blisko, a on przecież nie chce być taki jak on. Czy ciepła klucha jest zdolna do zemsty? Kto wie. A pendrive jest... gdzieś xD

      Usuń
  2. Ja rozumiem morderstwa i inne zbrodnie, ale miesiąc bez internetu? To nieludzkie nie rób tego swoim bohaterom. Czy ciepła klucha jest zdolna do zemsty to niewątpię, ale boję się czy poradzi sobie z obsługą pendrive...


    ibbera

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakbym odcięła im neta, to pewnie zaliczyłabym też zbrodnię - masowe samobójstwo. Dziś bez sieci to jak bez ręki. Smutna prawda. Ha, jedna kwestia, czy ciepła klucha wie, którą stroną wsadzać (bosz, wszystko mi się kojarzy xD), a druga, czy on w ogóle ma komputer. I kto niby powiedział, że pendrive ma Josh?

      Usuń
  3. Ostatnio nie miałam za bardzo czasu, żeby czytać, a tak w pośpiechu, między jednym przystankiem a drugim, czy na przerwie między wykładami to nie chciałam. Wolę delektować się tekstem, a nie czytać byle czytać. ;) No ale zaległości już nadrobiłam, całkiem przyjemnie mi się nadrabiało, muszę przyznać. :D Strasznie zaskoczył mnie Jack i Josh, nie lubiłam tej pary na samym początku, ale teraz mogłabym dostać z dziesięć rozdziałów o nich. Są... nieprzewidywalni. A właściwie to Jack jest i okropnie mi się to podoba :D. Historia z matką Jacka też bardzo ciekawa, w ogóle podejście Jacka do rodziny jest świetne, naprawdę ciekawi mnie, jak to wszystko się rozwinie.
    Santa i Sasza mają u mnie konkurencję. Jack i Josh zaraz ich chyba przegonią :D. Swoją drogą, scena w której Sasza wyznaje Sancie miłość - przesłodka, przynajmniej w moim odczuciu. ;) Jest coś w tej parze takiego, co mnie przyciąga. Nie są idealni, obaj zmagają się z jakimiś tam wewnętrznymi problemami i psychologicznymi zaburzeniami. No i to w postaciach cenię, bo przez to wydają się realni.
    A Jack... och Jack, ja chyba się zakochałam po tym rozdziale w nim. :D Uwielbiam świrów.

    Życzę masy weny i pozdrawiam,
    DW.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę, że kółeczko adoracji świra Jacka się powiększa xD Jak to się dziwnie ułożyło w tych parach - JxJ i SxS :) (niezamierzone). Związkowe sprawy to dla Santy i Saszy nowość, a że nie są standardowymi przedstawicielami homo sapiens, różnie może się to może u nich rozwinąć, może nawet w coś toksycznego. Jack ma wiele rzeczy do przemyślenia - musi w końcu zdecydować, czy chce być kojotem, żabą, a może jeszcze innym przedstawicielem fauny xD. Zobaczymy więc, kto kogo przegoni w byciu bardziej ześwirowanym.
      Pisanie rozdziału ze współlokatorką z akademika za plecami idzie mi niespodziewanie gładko, więc rozdział powinien pojawić się niedługo.
      Pozdrowienia!

      Usuń