środa, 28 września 2016

ROZDZIAŁ 7 - Biała przyczepa i czarny Cadillac

Już siódmy rozdział Texas Brothers - cyfra szczęśliwa lub wręcz przeciwnie. W japońskim można odczytać ją jako "shichi", czyli "coś bolesnego". W tym rozdziale nie dzieje się kompletnie NIC (sobie reklamę zrobiłam xD), mamy tu za to trzy dialogi. Myślę, że bardzo ważne dla późniejszej fabuły. Rozdział jakby kończy pewny wstęp do właściwej treści opowiadania. Poznaliśmy sytuację rodzinno-społeczno-seksualno-psychiczną braci (Matt zaginął w akcji). Początkowo ta część miała mieć dwa rozdziały, a całe opowiadanie dziesięć, a tu końca ni widu, ni słychu...


rama składowiska zamknęła się za Santa Boy'em i Saszą, gdy niebo na moment przybrało kolor czerwony podczas zachodzenia słońca. Rockman wzruszył ramionami i bez słowa zaczął iść poboczem drogi. Sasza powlókł się za nim, skupiając uwagę na poruszaniu się mniej więcej prosto. Przyjechali do Amarillo późnym popołudniem, a potem pili z Jackiem Hetfieldem przez kilka godzin.

– I co robimy? – zdecydował się zapytać po chwili.
– Muszę się trochę przewietrzyć, żeby otrzeźwieć. Złapiemy stopa czy coś.
– A nie lepiej zadzwonić po taksówkę i jechać do jakiegoś motelu? – zaproponował Sasza.
– Ja pierdzielę – mruknął Santa. – Jołczysz jak stary dziad. Jak byłem w twoim wieku, to przejechałem od wschodniego wybrzeża do zachodniego, nie kupując ani jednego biletu.
Sasza westchnął w duchu. Czyli jednak przejmuje się swoimi czterdziestymi urodzinami, pomyślał. Pewnie teraz jak każdy gwiazdor z kryzysem wieku średniego będzie masowo zaliczał świeże mięso, żeby sobie udowodnić, że jeszcze może, a oni nadal chcą. Super.
– Będzie mi brakowało twojego deVille – rzucił, by zmienić temat.
– Ta? Niby czemu? – spytał Santa bez odwracania się w jego stronę.
– Pamiętasz, jak musieliśmy odebrać go z policyjnego parkingu, bo złapali cię, jak prowadziłeś po pijanemu? Uprawialiśmy wtedy seks w nim i znowu nas zgarnęli do aresztu.
– Pamiętam! Zrobiliśmy to w celi i znowu nas przyłapali. Wypuścili nas, bo gliniarz stwierdził, że inaczej będzie to jakiś zaklęty krąg. My się będziemy pieprzyć, oni nas przyłapywać i zamykać, my znów będziemy się pieprzyć i tak wkoło – parsknął Santa.
Sasza nie zdążył odpowiedzieć, bo został zmuszony do gwałtownego odskoczenia w bok. Chwycił się kurtki Santy, żeby nie upaść. Czerwony tir niemal go potrącił, gdy Sasza nieuważnie wszedł na jezdnię. Chyba był bardziej pijany, niż sądził.
– I jak chodzisz, ciulu?! – usłyszał jeszcze zza pleców.
– A ty co wyprawiasz? – spytał Santa tonem, jakby karcił dziecko. – Pijany jesteś?
– Może – mruknął Sasza, puszczając połę jego skórzanej kurtki i ją przygładzając.
– A może masz jedną nogę krótszą od drugiej? – Zaśmiał się muzyk.
– Super. Ja tu prawie umarłem, a ty sobie kpisz – obruszył się chłopak. – Byś jakąś pomoc zaproponował, a nie.
– I co? Może mam ci rękę podać? – zakpił rockman.
– No, chociażby!
Ku zaskoczeniu Saszy muzyk rzeczywiście wyciągnął do niego dłoń, której wnętrze było pokryte zgrubiałym naskórkiem od wieloletniego grania na gitarze. Chłopak chwycił ją niepewnie z przeświadczeniem, że jest to jakaś podpucha i muzyk będzie sobie z niego robił żarty. Ten jednak zacisnął swoje długie, szorstkie palce na jego i ruszył w drogę. Surrealistyczne odczucie tylko się wzmocniło, gdy zaczęli iść pod górę i Santa trochę go ciągnął. Mężczyzna nie skomentował nawet tego, jak bardzo Saszy pociła się dłoń.
– Ludzi się gapią – rzucił chłopak, aby odegnać własne zażenowanie.
– I co z tego? – odparł Santa Boy. – To pedały mogą brać ślub, a nie mogą trzymać się za ręce? I jak chcesz zagaić rozmowę, to powiedz coś, czego nie wiem.
Saszy przez ostatnie trzy lata zebrało się wiele taki rzeczy, ale nigdy nie miał zamiaru o nich mówić. Gdy przestał brać, przypomniał sobie, dlaczego w ogóle zaczął. Uczucia. Ścisnął tylko mocniej dłoń Santy Boy'a i dał mu się prowadzić. Już jutro zapewne wrócą do Austin, a on na swój materac w pokoju gościnnym. Santa Boy znów wpadnie w swój rytm chlania, grania i dupczenia, niekiedy nie zamieniając z nim ani jednego słowa przez cały dzień. A on jak ta szara mysz niezauważony przez nikogo będzie przemykał wzdłuż ścian.
– No i o czym tam myślisz? – rzucił do tyłu Santa.
– O moim materacu – odparł chłopaka, mówiąc jedynie pół prawdy.
– I co z nim?
– Noce są coraz zimniejsze i ciągnie od podłogi – zmyślił na poczekaniu.
– To kup sobie łóżko. Co za problem? – sarknął Santa Boy.
– Serio, mogę? – spytał Sasza z niedowierzaniem w głosie. Nie czytywał Cosmo, ale instynkt podpowiadał mu, że kupowanie mebli do czyjegoś domu to przekroczenie kolejnej granicy.
– Przecież to twój pokój – stwierdził Santa. – O, patrz. Jakiś gostek przed nami. Zapytamy go, gdzie na tym zadupiu jest jakiś motel.
Sasza wychylił się zza pleców muzyka i dojrzał tego samego, rudego chłopaka, który obserwował ich na parkingu. Tak jak oni szedł wzdłuż żwirowanego pobocza drogi. Nadal miał na sobie ciemnoniebieski kombinezon.
– Pracuje w zakładzie mechanicznym u Hetfielda.
– Serio? – zdziwił się Santa. – I nie ma własnego samochodu?
– Wiesz, jak to jest. Mechanicy nie mają samochodów, hindusów składających smartphone'y nie stać nawet na baterię do nich, a gwiazdy Hollywood chodzą po czerwonym dywanie w wypożyczonej biżuterii.
– W sumie prawda – zgodził się Santa. – Hej, dzieciaku! Pytanie mam!
***
Josh wlókł się poboczem, wracając do domu. Miał dziś dostać tygodniówkę, ale mechanik Bill powiedział, że nie może mu wypłacić pieniędzy bez zezwolenia pana Hetfielda. Joshowi coś majaczyło się, że to wcale nieprawda, a poza tym na terenie zakładu znajdował się jeszcze Jack, który był zastępcą swojego ojca. Mechanik Bill był dziś bardzo nie w humorze, ale jednak Joshowi nie dostało się mokrą szmatą po głowie. I to chyba też było spowodowane obecnością Jacka. Tracy będzie wkurzona i znów będzie mu robić wymówki. Nie słuchał ich już od dłuższego czasu. Umiał się wyłączyć na czas terkotania siostry i myśleć o czymś innym. Zwykle myślał o Jacku. Poza tym zasób słów Tracy nie był zbyt wielki, więc nie musiał jej słuchać, aby wiedzieć, co powiedziała. Łatwo było się domyślić. Idiota, głupek, bezużyteczny, bla bla bla, ja też mam swoje potrzeby, lepiej by było, gdybyś się nie urodził, bla bla bla, zdechłbyś w rowie beze mnie, bla bla bla, umyj podłogę. Pokryta bardzo gęstymi piegami twarz Tracy znikła sprzed oczu Josha zastąpiona twarzą Jacka. Ostatnio przyjeżdżał znacznie częściej, ale nie przełożyło się to na większą liczbę schadzek. Dzisiaj Josh w ogóle nie mógł skupić się na pracy i wciąż zerkał na drzwi biura. Prawie płynął w powietrzu, gdy Bill kazał mu iść do Jacka. Jednak nic się nie wydarzyło. Josh czekał potulnie na Jacka niczym pies z wizją przyszłej nagrody. Niemal ślinił się, każdego dnia tęsknie wyglądając w stronę bramy wjazdowej. A dzisiaj jedyne czego posmakował w ustach, to ta wstrętna woda truskawkowa. Miał taką straszną chcicę, której nie miał jak zaspokoić. Nawet nie myślał o innych facetach. Gdyby Jack się dowiedział, pewnie zrobiłby im gorsze rzeczy niż wdowie Hanson, która dalej leżała na oparzeniówce. Podobno jej twarz była w opłakanym stanie, ale Joshowi trudno było uwierzyć, że mogłaby wyglądać jeszcze gorzej niż wcześniej. Poza tym tylko ktoś niespełna rozumu zamieniłby Porsche na Fiata. Jack był najlepszy.
– Hej, dzieciaku! Pytanie mam! – nagle usłyszał za sobą zachrypnięty głos.
***
– Ma włosy rude jak drut miedziany – powiedział Santa Boy, gdy chłopak zatrzymał się i obrócił w ich stronę. – Myślisz, że można go opierdolić na złomowisku?
– Jezu, Santa. Jak teraz masz takie fazy, to co było, jak ćpałeś? – spytał Sasza i pokręcił głową. – Widziałem go, jak wlepiał gały w tego całego Jacka. To chyba jego chłopaczek do posuwania.
– To Hetfield ma niezły rozrzut – odparł rockman i wskazał na siebie. – Niebo i piekło normalnie.
Zbliżyli się do chłopaka w niebieskim kombinezonie, który obserwował ich nieufnym wzrokiem. Sasza wyrwał dłoń z uścisku Santy.
– Chcieliśmy zapytać, w którą stronę do jakiegoś motelu – odezwał się pierwszy, uważając, że taktowność Santy Boy'a rodem z hardcorowego filmu porno, tylko wypłoszy chłopaka.
– No... trzeba zawrócić, iść prosto jakieś półgodziny wzdłuż drogi, aż do napisu kierującego do motelu. Wtedy będzie jeszcze dziesięć minut – odparł Josh po namyśle.
– Pół godziny? – powtórzył zniechęcony Sasza.
– A ty gdzie mieszkasz? – spytał Santa Boy. – Przejeżdżaliśmy tamtędy i tam już nie ma żadnych domów, tylko pole kempingowe.
– No tak.
Santa Boy pogrzebał w kieszeni czarnych dżinsów. Wyciągnął zmięty banknot studolarowy i podał chłopakowi.
– Co ty na to, żebyś wynajął nam swoją przyczepę na tę noc? – zapytał. – Sto dolców piechotą nie chodzi, w przeciwieństwie do nas.
Josh popatrzył niepewnie na banknot i podrapał się po rudej głowie.
– Nie wiem... Musiałbym zapytać Tracy...
– To twoja dziewczyna? – dopytywał Sasza.
– Siostra.
– To chodźmy tam razem i się jej zapytamy – zaproponował punkowiec łagodnie. Rudy chłopak przypominał teraz zwierzątko w klatce. Chyba nie radził sobie najlepiej w kontaktach z obcymi.
– Dobra – zgodził się Josh. Może Tracy będzie trochę mniej wkurzona dzięki tym pieniądzom.
– To prowadź, mały – powiedział Santa Boy i włożył mu banknot do kieszeni na piersi. – To będzie twoja stówa, a z siostrą dogadamy się oddzielnie. Okej?
– Okej.
Santa Boy i Josh ruszyli za chłopakiem, który nadał sobie szybkie tempo. Chyba chciał, jak najbardziej zwiększyć między nimi dystans. Gdy był na tyle daleko, że nie mógł usłyszeć ich rozmowy, Sasza zapytał:
– Czy ty nie byłeś przed chwilą miły dla tego chłopaczka?
– Widziałeś tą jego psią mordkę? – parsknął Santa. – Poruszył nawet moje sczerniałe serce.
Po kilku minutach dotarli na pole przyczep. Josh wyciągnął z kieszeni klucze z zamiarem otworzenia drzwi do najbardziej zdezelowanej z nich i najbardziej porośniętej trawą, ale nim zdążył to zrobić, stanęła przed nim Tracy ubrana w kusy podkoszulek i różowe majtki z koronką.
– I gdzieś ty tyle był?! – warknęła. – Mam nadzieję, że chociaż przyniosłeś kasę.
Josh odwrócił się bez słowa i wskazał na dwóch stojących za nim mężczyzn.
– A wy kto, kurwa?! – spytała Tracy. – Znowu z windykacji?
Sasza aż zamrugał ze zdziwienia na widok szczerbatej dziewczyny w samej, znoszonej bieliźnie. Jakby zobaczył czterdziestoletnią prostytutkę w ciele nastolatki.
– Podróżni – odparł niezrażony Santa. Nie takie rzeczy w życiu widział – Pięćdziesiąt dolców za tę budę na jedną noc.
– Sześćdziesiąt.
– Pięćdziesiąt – zadecydował muzyk – i obędzie się bez kopa w dupę.
Tracy prychnęła, sprawdziła pod światło, czy banknot nie jest fałszywy i zniknęła we wnętrzu przyczepy. Po chwili wyszła ubrana w dżinsowe szorty, które nawet nie zasłaniały jej do końca pośladków.
– Ja idę do Meg, a ty rób, co chcesz – zwróciła się do brata i skierowała w stronę innej przyczepy.
***
Sasza sceptycznie rozejrzał się po zagraconym wnętrzu przyczepy. Nie rozumiał, dlaczego nie mogli po prostu zatrzymać się w motelu. Nawet wyszłoby taniej. Łóżka były piętrowe, ale on nie zamierzał spać na górze i Santa zapewne też nie. Przynajmniej znów znalazła się okazja, żeby spędzili noc razem.
– Trzeba zamienić pościel górną z dolną – stwierdził Santa. Zrzucił ubrania i damską bieliznę walającą się po dolnym łóżku na ziemię. – Osobiście nie zamierzam dzielić pościeli z setką facetów, których przyjęła ta mała kurewka.
Legł na łóżku, nawet nie ściągając butów, i założył ręce pod głowę. Sasza przeszedł na czworakach nad nim i położył się przy ścianie. Łóżko było ciasne, więc oparł głowę o ramię Santy Boy'a i położył mu rękę na klatce piersiowej.
– Kiedyś mieszkałem w dokładnie takiej samej przyczepie – powiedział Santa. – Zaraz po ucieczce z domu.
– Jeździłeś nią z zespołem? – spytał Sasza.
– To było wcześniej – zaprzeczył muzyk. – Miałem z piętnaście lat. Mieszkałem w niej z moim pierwszym facetem. Był sporo starszy, nawet przystojny. Był kolejnym wyrzutkiem społeczeństwa chwytającym się dorywczych prac, a ja i tak czułem się, jak w niebie. Jakbym złapał Pana Boga za nogi. To był jeden z najlepszych okresów w moim życiu, a na pewno ten, który pamiętam najwyraźniej. Zwykle stawaliśmy na jakiś nieosłoniętych łąkach. Przyczepa zawsze skąpana była w promieniach słońca. Wydawała się wręcz lśnić bielą. Nawet w nocy nigdy nie było w niej zupełnie ciemno.
– I jak to się skończyło? – dopytywał Sasza.
Cenił każdą z tych rzadkich chwil, gdy Santa otwierał się przed nim. Każdą z osobna pielęgnował w sercu i wielokrotnie rozpamiętywał, gdy leżał na swoim materacu w gościnnym pokoju rockmana.
– To był prosty człowiek. Właściwie zwyczajny tępak z ulicy, ale wtedy zupełnie mi to nie przeszkadzało. Uzależnił się od hazardu, nielegalnych walk kogutów, czy coś. Popadł w długi, Meksykanie przystawili mu maczetę do szyi, to zaproponował im moją dupę zamiast pieniędzy. Wydałem ostanie pięćdziesiąt dolców na paliwo, żeby spalić mu tę przyczepę.
Santa Boy zaśmiał się do swoich wspomnień i poprawił się na twardym łóżku. Sasza często w przeszłości pytał, dlaczego akurat on. Na siłę robił z siebie ofiarę, a był po prostu zwykłym dzieciakiem z patoli. Może i jego matka piła i nie opłacała czynszu, żeby mieć za co kupić metaamfetaminę, ale w tym samym czasie był jeszcze milion dzieciaków takich jak on w Ameryce. Jak bardzo było żałosne to, co robił, uświadomił mu Santa potrafiący opowiadać o swoim piekle w anegdotach, z których sam się śmiał. Może i ćpał tak samo, jak Sasza, ale nie umartwiał się na siłę i zdołał odbić się od dna i doskoczyć na sam szczyt. Choć później znów spadł na samo dno, ale to już zupełnie inna historia.
– I o czym tak rozmyślasz? – spytał Santa Boy, który od jakiegoś czasu przeczesywał między palcami sztywne włosy irokeza Saszy.
– Chyba o tym, że cię kocham – mruknął chłopak i zamknął oczy, nie chcąc widzieć wyrazu twarzy Santy Boy'a. Czuł, jak gorąco zalewa mu policzki i jak serce kołacze mu w piersi.
– Wiesz... – zaczął Santa po chwili ciszy. – Już wspominałem, że jeśli chcesz kogoś zaciekawić rozmową, to powinieneś powiedzieć coś, o czym ten ktoś jeszcze nie wie.
Sasza roześmiał się gorzko w duchu. Czego innego mógł się spodziewać? Nie powinien tego mówić, ale w końcu nadchodzi taki czas, że zduszane od dawna uczucia rozerwą ci pierś, jeśli niczego nie zrobisz. Chciał unieść się, by zejść łóżka i przełknąć gulę goryczy w samotności, ale ręka Santy Boy'a przydusiła jego głowę do piersi mężczyzny.
– Zapytaj mnie, czy kochałem własną matkę – powiedział rockman.
– Kochałeś własną matkę? – spytał zdezorientowany Sasza.
– Nie wiem – padła odpowiedź. – Po prostu nie wiem.
***
Jack postanowił spędzić noc w rodzinnym, teraz opustoszałym domu. Jego macocha pojechała razem z ojcem do szpitala. Gdy tylko przekroczył próg, włączyły się światła w salonie i przyległej kuchni. Odwiesił marynarkę, ale nie ściągnął butów, nie przejmując się brudem, który naniósł. Centralnym miejscem kuchni była wyspa z marmurowym blatem. Postawił na niej niedokończoną butelkę whisky i zajrzał do dwudrzwiowej lodówki, która jak inne sprzęty kuchenne zrobiona była ze stali nierdzewnej. Na półkach leżały posegregowane warzywa, mięso, nabiał i pozostałe produkty. Pedantyczność macochy raziła mocniej po oczach od żarówki w lodówce. Jack po chwili grzebania znalazł hamburgery i kiełbaski do hot dogów.
– Ułatwiasz mi sprawę, kobieto – powiedział na głos. – Z taką dietą dziadyga nie pożyje dłużej niż dziesięć lat.
Po chwili zastanowienia postanowił zrobić hamburgery. Wyciągnął mięso i pozostałe potrzebne składniki. Zdążył jedynie odłożyć je na blat, gdy rozdzwonił się domofon. Gdy spojrzał na ekran zamontowany w ścianie przy drzwiach, ze zdziwieniem ujrzał w nim twarz Josha. Chłopak był dalej w swoim roboczym ubraniu, a przecież Jack widział, jak szedł do domu po pracy. Otworzył bramę wejściową bez słowa i czekał przed drzwiami.
– Co ja wyprawiam? – mruknął, gdy przyłapał się na poprawianiu rozpuszczonych włosów. – To tylko bezpański pies, czy raczej mały, rudy szczur.
Otworzył drzwi, gdy usłyszał pukanie. W progu stanął bawiący się swoimi palcami Josh. Spojrzał na Jacka wyczekująco, a ten odwdzięczył się takim samym spojrzeniem.
– Josh, to ty do mnie przyszedłeś – zauważył Jack. – Właściwie, dlaczego nie jesteś w domu, pardon, przyczepie?
– Bo... – Jakoś nie miał ochoty mówić Jackowi, że ten wysoki mężczyzna, który sprzedał mu auto, nadal był w mieście. Wtedy na parkingu stali za blisko siebie. I Jack mówił, że nie będzie żadnego innego deVille z siedemdziesiątego trzeciego. Że o to zadba. Kłamał. – W przyczepie jest dwóch mężczyzn.
– Twoja siostra obsługuje dwóch naraz? Pełna profeska – zadrwił Jack i przepuścił chłopaka w progu. – Tylko wiesz, rano musisz się zmyć tak, żeby nikt cię nie zobaczył.
Josh skwapliwie pokiwał głową i zaczął ściągać buty. Pierwszy raz był w domu Jacka. I byli zupełnie sami. Był taki podekscytowany!
– Zostaw. – Jack machnął ręką na jego buty. – Siadaj, gdzie chcesz. Robię hamburgery.
Jack wrócił do kuchni, zostawiając Josha samego w holu. Chłopak chciał udać się do salonu, ale wyhamował go widok rozwieszonych na ścianach trofeów myśliwskich – głównie głów jeleni, których paciorkowe oczy lśniły nieprzyjemnie światłem odbitym od masywnego żyrandola z rzeźbionego drewna.
– Co jest? – spytał Jack, widząc, że chłopak nadal stoi w tym samym miejscu. – Chyba mi teraz nie powiesz, że nie masz, gdzie usiąść?
– Nie – odparł Josh i wskazał na ścianę w salonie – ale to trochę... straszne.
– Nazywaj rzeczy po imieniu, Josh. To jest obrzydliwe – stwierdził Jack, układając ser na krążkach mięsa. – Popatrz tam do tyłu, koło kominka. To wypchany wilk. Ojciec upolował go na nielegalnym polowaniu w Kanadzie, tam wypchał i jakoś przewiózł przez całe Stany. A mówiąc „jakoś”, mam na myśli, że dał w łapę, komu trzeba.
Josh ucieszył się, że łeb szarego wilka nie był zwrócony w jego stronę. Wzdrygnął się, nie mogąc pokonać nieprzyjemnego uczucia, i czym prędzej przeszedł do kuchni, do Jacka. Wskoczył na wyspę, bo nie zauważył żadnego krzesła.
– Rozbestwiłeś się – parsknął na ten widok Jack i włożył hamburgery do mikrofalówki.
Podszedł do chłopaka i oparł dłonie o blat po obu jego stronach, zamykając go między swoimi ramionami. Josh nie zamierzał tracić więcej okazji, więc oplótł go rękami wokół szyi, a nogami w pasie, przyciągając do siebie. Wbił się w usta Jacka, całując go gwałtownie i bardzo mokro. Zaskoczony tą stanowczością mężczyzna przez chwilę pozostawał bierny. Gdy odzyskał rezon, chwycił chłopaka za tył głowy i przejął kontrolę nad pocałunkiem. Josh znów, jak jakiś czas temu w ich czerwonym deVille, wpadł w ten dziwny dla siebie stan. Jakby kisiel stężał do galaretki. Po chwili Jack odciągnął go od siebie za włosy i zapatrzył się w jego kompletnie czerwoną twarz. Jego błękitne oczy lśniły, a z otwartych ust wypływała stróżka śliny. Słodki, stwierdził w duchu Jack, ale tylko dlatego, że był pijany.
– Jack – wysapał chłopak.
– No, Jack – parsknął mężczyzna. – Jedyny i niezastąpiony.
– Tak... – potwierdził Josh i znów spróbował go pocałować. Jack odchylił się na ile mógł, wciąż przytrzymywany oplecionymi wokół jego pasa nogami.
– Josh, śmierdzisz. – Zaśmiał się. – I ja zresztą też. Ty pracą, ja wódą. Zjemy, wykąpiemy się i będziemy robić, co tam sobie wymarzyłeś w swoje rudej łepetynce. Okej?
– No okej – zgodził się niechętnie Josh i uwolnił Jacka z uścisku.
Mikrofalówka zapiszczała, więc mężczyzna odszedł, aby nałożyć hamburgery. Wrócił z talerzem i butelką soku. Macocha pewnie dostałaby apopleksji, widząc, jak popijają na zmianę z gwinta. Jack zjadł pierwszy i przeczesywał z nudów gęste włosy Josha, czekając, aż ten skończy swoją porcję.
– Ale masz busz – stwierdził, a chłopak przekręcił głowę w stronę jego dłoni. – Kolor odziedziczyłeś po matce?
– Yhm – odparł Josh z hamburgerem w ustach. – A ty?
– Ja też – odparł Jack. – I oczy.
– A gdzie jest twoja mama? – zdecydował się zapytać Josh. Wiedział tylko, że teraźniejsza żona pana Hetfielda była macochą Jacka. – Twój tata się z nią rozwiódł?
– A czy Kościół uznaje rozwody? Małżeństwo może być unieważnione tylko, jak babka nie chce się ruchać i mieć dzieci. A oto jestem. – Jack rozłożył ramiona. – Umarła, jak miałem dwa lata. Jechała w deszczu, wpadła w poślizgi i spadła z mostu. Policyjna ekspertyza wykazała, że miała niesprawne hamulce.
– Niesprawne hamulce? Ale przecież...
– Widzę, że nawet w twoje pustej główce zrodziły się odpowiednie wnioski. Że to akurat żona magnata samochodowego jechała w deszczowy dzień niesprawnym samochodem? Niezbadane są wyroki boskie – sarknął Jack. – I dlatego, jak ten stary pierdziel już wykituje, zamierzam to wszystko uczynić moim. A ta chińska suka i te jej chińskie pomioty nie dostaną ani centa.
– Ale to jego żona. To chyba tak nie działa... – powiedział niepewnie Josh.
– Wolałbym już to wszystko spalić i sczeznąć w przytułku lub pierdlu, niż się z nimi dzielić. Nawet mały Matt z aktówką pod pachą niczego tu nie ugra – oznajmił ostro Jack. – Ale my tu pitu, pitu, a mieliśmy plany. Chodź.
Jack poprowadził Josha na pierwsze piętro willi, do przestronnej łazienki wyłożonej kremowymi kafelkami. W jednym rogu znajdowała się kabina prysznicowa z hydromasażem, a w drugim klasyczna wanna na profilowanych nogach. Jack odkręcił wodę i włożył dłoń pod strumień, aby sprawdzić temperaturę.
– Rozbieraj się – powiedział do chłopaka i sam zaczął rozpinać koszulę.
Josh zrzucił brudny od pyłu, smaru i potu kombinezon, a potem ciemne bokserki. Jack uśmiechnął się na widok jego przyjemnie okrągłego tyłka, który powinien ładnie zaróżowieć w gorącej wodzie. Wielkiego penisa chłopaka pozostawił bez komentarza nawet w swojej głowie. Pierwszy usiadł na dnie wanny i skinął na Josha, by zrobił to samo. Wzdłuż ściany w równych odstępach poustawiane były różnorakie butelki. Jack wybrał szampon macochy sporządzony według jakiejś tradycyjnej receptury, który sprowadzała z Japonii za wielkie pieniądze. Namoczył za pomocą słuchawki włosy swoje i Josha, wylał na ich głowy słuszne porcje szamponu, resztę wycisnął do wody, a pustą butelkę odstawił na to samo miejsce.
– Wiesz, Josh – odezwał się do chłopaka podczas mycia włosów – w sumie jesteś pierwszym chłopakiem, jakiego zaprosiłem do tego domu. Wiedziałem, że jestem pedałem już od gimnazjum i kitrałem się przyprowadzać tu kolegów, by ojciec nie nabrał podejrzeń. I mówię tu o takich zwykłych kumplach, z którymi zamykałbym się w pokoju, żeby poczytać magazyny muzyczne, wymienić plakatami, czy pograć na konsoli. Miałem totalną paranoję.
– A teraz? – spytał Josh. – Też masz paranoję?
– Teraz mam co raz bardziej na to wszystko wyjebane. Niekiedy jestem już bardzo blisko rzucenia tego wszystkiego, wskoczenia do samochodu i pojechania gdzieś. Gdziekolwiek, byle dalej.
– Sam? – spytał Josh i posłał mu smutne spojrzenie swoich wielkich, błękitnych oczu.
– Co, chciałbyś pojechać ze mną, Josh? – Uśmiechnął się Jack. – Przed siebie Cadillaciem deVille.
– Czerwonym – dodał chłopak.
– Przecież on nie jeździ – zauważył mężczyzna – ale mamy nowego. Wiesz, że należał do sławnego muzyka? Miałem taką fiksację na jego punkcie, jak byłem szczylem, że uciekłem z domu na jego koncert, a w sumie to po to, żeby mu się dać przelecieć. – Jack prychnął do swoich wspomnień. – Pomyślałem sobie, że jak już tracić dziewictwo, to z kimś zajebistym. Głupota, co?
– Czemu głupota? Zrobiłem przecież to samo – odparł cicho Josh i posłał mu kolejne spojrzenie.
– Jestem zajebisty, co? – Zaśmiał się Jack. Opłukał włosy swoje i Josha, a potem wyszedł z wanny. Gdy chłopak także stanął na kafelkach, rzucił mu jeden z ręczników, aby się wytarł. Jego ciało było śmiesznie zaróżowione do poziomu zanurzenia w wodzie, czyli niewiele ponad kształtny tyłek.
– Co myślisz, Josh? Pójdziemy do sypialni Matta, a może rodziców?
– Do ciebie – odpowiedział Josh z niepasującą do niego stanowczością. – Chcę u ciebie.
– Dlaczego? Oprócz łóżka nie mam tam prawie nic. Kazałem wszystko usunąć, jak tylko się wyprowadziłem. Żeby mieć wymówkę do niezostawania na noc.
– Chcę u ciebie – powtórzył chłopak.
– Chcesz być pierwszy, co? – zgadł Jack. – Niech będzie.
***
Trzymanie filiżanki za ucho sprawiało szeryfowi Smithowi wiele trudu z powodu jego grubych palców. Nie mógł jej też chwycić bezpośrednio, bo herbata była gorąca. Z westchnieniem odłożył naczynie na stolik i rozglądnął się po salonie. Nie było już w nim czuć ducha starego Hansona. Teraz cały pokój wypełniały kiczowate meble z katalogu. Kwiecista wersalka, na której siedział, okryta była folią, a na stoliku stał bukiet sztucznych kwiatów z supermarketu.
– Więc czemu zawdzięczam tę wizytę, szeryfie? – spytała wdowa Hanson, która siedziała na fotelu.
Ubrana była w szary dres. Połowę jej naciąganej chirurgicznie twarzy przykrywały opatrunki. Jej farbowane na platynę włosy były w nieładzie i jakby było ich mniej. Szeryf dotknął kapelusza, który leżał obok niego na kanapie i zamaskował zmieszanie chrząknięciem.
– Pani Hanson – zaczął – wiem, że to trudna dla pani sytuacja, ale chciałbym, żeby spróbowała sobie pani przypomnieć wydarzenia z tamtego dnia...
– Przecież już spisywano moje zeznania w szpitalu – przerwała mu kobieta. – Poza tym, przecież widzi pan naocznie, co się wydarzyło.
Na końcu salonu znajdowało się wejście do sypialni, która teraz cała pokryta była folią zabezpieczającą. Na szczęście sąsiedzi szybko zauważyli pożar, wynieśli kobietę i zaczęli gasić ogień. Straż pożarna dokończyła dzieła, zalewając cały pokój. Pożar nie rozprzestrzenił się na inne pomieszczenia i nie naruszył ścian nośnych.
– No tak – zgodził się szeryf. – Zeznała pani, że była pijana i przypadkowo zaprószyła ogień. Jednak badanie w szpitalu nie wykazało obecności alkoholu we krwi. Znaleźliśmy także odcisk męskiego buta na parkiecie.
– Czy próbuje mi pan coś zarzucić? – obruszyła się kobieta. – Może, że chcę wyłudzić odszkodowanie? I niech pan pije tę herbatę. Zimna jest niedobra.
– Tak, już. – Szeryf chwycił w swoją wielką dłoń fajansową filiżankę i upił łyk herbaty. – Oczywiście, nie podejrzewam panią o coś takiego, ale... Jeśli w zdarzeniu brał udział ktoś jeszcze, musi mi pani powiedzieć.
– Oczywiście. A pokazać panu wibrator, który mi wkładał? – spytała wdowa Hanson, powodując zachłyśnięcie się herbatą przez szeryfa. – Jeśli ktoś był, to wyszedł wcześniej. Rozumie pan, szeryfie?
Mężczyzna odchrząknął, by jego głos nie brzmiał dziwnie, a dłonią poszukał kapelusza.
– Tak, rozumiem – potwierdził. – Dobrze, zakończmy na tym. No ale powiem pani, że mamy jakąś plagę pożarów i nie mówię tu o lasach. Ledwie dwa dni temu byłem w komisie Hetfildów.
– Naprawdę? – zainteresowała się kobieta. – A co się stało?
– Spłonął jeden z samochodów. Czasami dochodzi do takich rzeczy, nieszczelność w układzie paliwowym albo zaśniedziałe styki i tragedia gotowa. Ale to jest dziwna sprawa. Paliwo z auta było spuszczone i stał on już drugi dzień. Trudno tu mówić o samozapłonie.
– Myśli pan, że ktoś je specjalnie podpalił?
– Cóż, technicy nadal badają sprawę, ale tak – stwierdził szeryf. – Palić zaczęło się wnętrze samochodu. Znaleziono fragmenty szkła, które nie było szybą. Fotele były też nasiąknięte czymś bezzapachowym i łatwopalnym. Mówię pani, szkoda samochodu – piękne cacko. Cadillac z siedemdziesiątego trzeciego, w którego ktoś włożył mnóstwo kasy i serca. Świeżo kupiony przez Hetfielda.
– Więc to były jakieś porachunki? – dopytywała wdowa Hanson.

– Kto wie. Za wielkimi pieniędzmi zawsze podąża zepsucie i zgnilizna. Jednak uważam, że to miało podłoże bardziej prywatne, personalne. I ta metoda. Prawdopodobnie ktoś wykonał coś na kształt soczewki skupiającej. Na tej samej zasadzie dzieci podpalają mrówki.

7 komentarzy:

  1. Chciałabym napisać coś bardziej konstruktywnego poza fajny rozdział, ale nie umiem zwerbalizować swoich myśli(trochę mi smutno z tego powodu). Niby nic się nie działo, ale faktycznie obfitował w ciekawe dialogi, dzięki, którym poznaliśmy trochę postaci. Podziwiam to jak piszesz Jacka to taki skurwysyn a i tak go lubię, zabawne ma te swoje przemyślenia i odzywki, pommo tego, że wredota z niego,szkoda mi jego braci. Zaciekawił mnie też Sasza, wydaje mi się, że taką z pozoru zwyczajną osobę najtrudniej jest napisać. Wogóle to że tak łatwo ci przychodzi pisanie o wypalonej gwieździe i byłym narkomanie budzi mój szacunek, bo z autopsji raczej nie piszesz :p Umiesz się wczuć w bohaterów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dobry komentarz! Cieszę się, że Jack nie jest postrzegany po prostu jako cham (czy jak mocno to ujęłaś - skurwysyn), ale jest jakieś "ale". Że nie jest jednoznaczny, bo przecież nikt taki nie jest. Co do Santy Boy'a - lubię mocniejsze brzmienia i obserwuję często dwa schematy u muzyków - jak już są sławni i bogaci, to zaczyna się życie jako ciągła imprezka lub popadają w depresję i też zaczynają pić/ćpać. Wychodzi na to, że kasa i sława to nie wszystko. Bardzo chciałam opisać kogoś takiego.
      Bardzo dziękuję za komentarz!
      P.S. Jak piszecie z anonima, to dodawajcie jakieś ksywki albo inicjał, bo nie mam pojęcia, czy odpisuję komuś pierwszy czy kolejny raz.

      Usuń
  2. Sasza i Santa budzą we mnie straszny smutek, takie dwa pokiereszowane przez życie nieszczęścia, które trzymają się razem. To trzymanie się za ręce i te wszystkie czułe gesty ze strony Santy, miały w sobie coś chwytającego za serce. Biedny Sasza, który chce coś znaczyć dla Santy, nie widzi, że już coś znaczy he
    Jack mnie zaskoczył tym całym, wspólnym kąpaniem. Jak na naczelnego chama i skurwysyna opowiadania, ma ciekawą słabość do Josha, przy którym pokazuje miękką stronę swojej osobowości. Ale ten tekst mnie ubawił: "To tylko bezpański piec" xD W końcu, nie każdy piec ma swojego pana ;D
    Szeryf zaczyna się interesować dziwnymi zjawiskami w mieście, a to znaczy, że robi się gorąco. Josh podpalił samochód,a tym samym pokazał na co go stać. Ciekawe czy znalazł pendrive?
    Świetny rozdział i czekam na więcej

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za literówkę, poprawiłam xD To prawda, że niektóre piece nie mają swojego pana i kończą na złomowisku. Pochylmy w ciszy nad ich smutnym losem głowy.
      Jack był trochę wstawiony, więc możesz tę kąpiel zrzucić na karb upojenia etanolem. Rzeczywiście mięknie przy Joshu i może on się stać jego piętą Achillesową.
      Czy znalazł pendrive - wiem, ale nie powiem xD
      Pozdrowienia!

      Usuń
    2. Ba, Josh na pewno stanie się piętą Achillesową Jacka, bo nie docenia tego "dzieciaka" i nie dostrzega jego obsesji na swoim punkcie, a takie bezpańskie piece, znaczy się psy(xD), potrafią być nieobliczalne. Teraz sobie pomyślałam, że bawienie się z Joshem to jak igranie z ogniem, dosłownie i w przenośni ;) Ogólnie w tym rozdziale królował etanol, Sasza i Santa też upojeni, stąd te wszystkie czułości. Ale Santa strasznie mnie wkurza tym, że prowadzi po pijaku, ech zgroza. Sasza powinien mu zabierać kluczyki czy coś

      Usuń
    3. Nie sądzę, żeby Sasza miał odwagę zabrać Sancie kluczyki do wozu. Albo inaczej - nie uważa, że ma do tego prawo, bo w jego mniemaniu nie są partnerami. Ale bez obaw - fura sprzedana, trzeba się telepać autobusem. Ale zgadzam się, takie zachowanie jest najgorsze. C*uj z tym, że sam możesz się zabić - twój wybór, ale stanowisz też zagrożenie dla innych ludzi.

      Usuń
    4. A i bardzo dobrze, że końca ni widu, ni słychu. Mam nadzieję, że szybko nie zakończysz opowiadania, bo jest pole do popisu. Chętnie poczytałabym np. retrospekcje z poznania się Saszy i Santy, ale też retrospekcje z traumatycznej przeszłości braci, zwłaszcza Jacka. Także masz o czym pisać kochana Monomu :)

      Usuń