poniedziałek, 7 listopada 2016

ROZDZIAŁ 13 - Były dziedzic i jego plany na przyszłość

Sprawdzała Leśny Ptak
iam wszedł do swojego pokoju w internacie tyłem, całą swoją uwagę skupiając na utrzymaniu dystansu między sobą, a Felixem, który najwyraźniej bardzo się stęsknił. Uderzył go rozprostowaną dłonią w spodnią część podbródka, gdy Felix nachylił się, by go pocałować. Nie usłyszał jednak charakterystycznego dźwięku uderzających o siebie zębów.

– Ugryzłem się w język – poskarżył się baseballista, a jego głos zniekształciła dłoń, którą zasłonił usta.
– Masz za swoje – odparł Liam i korzystając z tego, że chłopak wreszcie się od niego odlepił, wyciągnął klucze z zamka po zewnętrznej stronie drzwi.
– No ale, Liam, ja się tu stęskniłem.
Hetfield westchnął, rzucił torbę w kąt, klucze na biurko i podszedł do zasłoniętego białymi żaluzjami okna. Dopiero tutaj, w Oklahomie, dotarło do niego z pełną mocą, co się stało i jakie będzie to miało konsekwencje dla niego i całej rodziny. Odwrócił się i usiadł ciężko po ścianą.
Felix, który najwyraźniej wyczuł zmianę w jego nastroju, podszedł i przykucnął obok. Jego duże, piwne oczy błyszczały, podobnie jak falujące wokół twarzy i szyi włosy w kolorze miodowego brązu. Chciał pogłaskać Liama po farbowanej czuprynie, ale ten odepchnął jego dłoń.
– Aż tak źle? – spytał Felix niezniechęcony tym gestem.
– Gorzej – odparł Liam. – Najgorzej. Ojciec dowiedział się, że Jack jest gejem.
– No to rzeczywiście nie za ciekawie, ale głównie dla twojego brata perwersa.
Liam pokręcił głową. To nie zmieni wyłącznie życia Jacka, ale ich wszystkich. Całej rodziny, chociaż to określenie na wyrost. Ojciec zapewne, kiedy już wymaże dowody istnienia swojego pierworodnego oraz jego osobę z powierzchni Ziemi, będzie chciał dalej odgrywać swój teatrzyk przykładnej, amerykańskiej rodziny. Jednak już na wieczność będzie nad nimi wisieć ten cień. Zostali zbrukani i naznaczeni. Palce mieszkańców Amarillo już zawsze będą wskazywać na nich.
– Przynajmniej przez jakiś czas nie będę musiał jeździć na te weekendowe obiady – stwierdził. – Jack sam sobie nagrabił, ale najbardziej żal mi Matta.
– Środkowego syna? Dlaczego?
– Bo teraz to on zostanie dziedzicem. Wszystko spadnie na niego, a on się do tego kompletnie nie nadaje. Jack to złamas, ale ma silny charakter. Niby słuchał ojca, ale jak ten się tylko odwrócił, pokazywał mu „fucka” i robił, co chciał. A Matt... ojciec go stłamsi, rozbije na kawałki i ulepi od nowa według własnego widzimisię. Zostanie Jackiem – wersja dwa zero, tylko że z myślami samobójczymi.
Felix przysiadł na podłodze i oparł podbródek o kolano Liama. Posłał mu delikatny uśmiech. Hetfield nawet teraz traktował go chłodno i z dystansem, mimo że jakiś czas temu zbliżyli się do siebie tak, że już nie da się bardziej. Felix nie pozwolił się odgonić, bo wiedział z własnego doświadczenia, że nie ma nic gorszego od samotności, takiej prawdziwej, niewynikającej z braku innych ludzi, ale braku zrozumienia z ich strony. Bo samotnym można być nawet w Nowym Yorku albo Tokio.
– A gdzie ty w tym wszystkim jesteś? – spytał.
– Ja zostałem wyautowany, pomimo braku coming outu – prychnął Liam. – Trochę się do tego przyczyniłeś, panie baseballisto.
– No sorry...
– Nie... – Liam przyciągnął twarz Felixa do swojej, sam się pochylając. Pocałował go z kurczowo zamkniętymi oczami, starając się nie myśleć o tym, jak jest w tym słaby, a skupić na zatopieniu w ustach drugiego chłopaka. – Jest dobrze. Jest źle, ale jest dobrze. Jeśli rozumiesz, o co mi chodzi.
– Rozumiem. – Felix oblizał dolną wargę i uśmiechnął się szerzej na reakcję Liama. – Boskie są te twoje kolczyki.
Teraz to on wyciągnął szyję i przejechał językiem po dolnej wardze Liama z trzema okrągłymi kolczykami. Ich chłód na tle rozpalonych warg był wręcz elektryzujący. A potem zagłębił się w jego ustach.
– Szkoda, że to nie jest prawda, że nastolatkom zawsze się chce – powiedział, przesuwając nosem po policzku chłopaka. Liam czuł wyraźnie jego perfumy, znacznie cięższe niż zazwyczaj.
– Jak zwykle o jednym – prychnął Hetfield. – Lepiej powiedz, jak tobie minął weekend. Robiłeś, jak mówiłem?
– Byłem grzeczny – odparł Felix i się wyszczerzył. – Chcesz zobaczyć?
Ściągnął przez głowę podkoszulek, ukazując opalony tors i brzuch. Na żebrach po prawej miał rozległego siniaka w blaknących już kolorach tęczy. Blisko wystających kości miednicy zaś znacznie mniejszy, ale wciąż fioletowy.
– Tego nie miałeś wcześniej. – Liam wskazał na nowe stłuczenie. – Mówiłem, żebyś się trzymał z daleko od Jamairo.
– No i trzymałem, to tylko zbłąkana piłka. Ale patrz, jak napakowałem. – Uniósł w górę ramiona i napiął mięśnie. – Zajebiście, no nie?
Liam przewrócił oczami w deprymującym wyrazie, ale nie mógł powstrzymać uśmiechu. Oczywiście, że było zajebiście, ale nie zamierzał mu tego powiedzieć. Raz, pewnie Felix pękłby z dumy. I dwa, na usta cisnęło mu się znacznie więcej niż „zajebiście” i nie wiedział, czy umiałby to powstrzymać.
– A tak nie chciałeś pakować – wytknął mu za to.
– No wiesz, Liam, bałem się, czy to nie zaburzy tej doskonałości. Jednak doszedłem do wniosku, że coś takiego jak doskonałość nie istnieje. To wieczna droga, aby osiągnąć to, co nieosiągalne.
Albo boisz się Jamairo i chcesz się móc przed nim obronić, pomyślał Liam.
– Hej, skoro nie chcesz się seksić, to możemy coś razem porobić?
– Potrzebuję odpocząć – odparł Hetfield głosem nieznoszącym sprzeciwu. – Sam.
Bo wyjściu chłopaka udał się do stołówki otwartej przez cały dzień, ale za posiłki poza porami wydawania trzeba było zapłacić. Gdy szedł holem niższego piętra, zauważył grupkę rozmawiających przy ścianie chłopaków. Wszyscy byli czarni. Chociaż dyrektor przy okazji każdego apelu nawijał jak katarynka o równości, jedności i całym tym szmelcu, ludzie i tak wiedzieli swoje. Między uczniami ustaliły się mniejsze bądź większe grupki zwykle jednolite rasowo. Chociaż zawsze zdarzał się jakiś biały, który wolałby być czarny i odwrotnie. Zwykle pozwalano im dołączyć do watahy, ale znajdowali się gdzieś na jej ogonie, traktowani jak śmieszna i niegroźna ciekawostka. Najdziwniejsze dla Liama było to, że w tej szkole dla bogatych czarni uczniowie wyglądali zupełnie jak ludzie z ulicznego gangu. Duża część nosiła złote łańcuchy, ich ubrania wyszły spod rąk tych najbardziej rozpoznawalnych projektantów, a ich fury były najbardziej szpanerskie. Jakby krzyczeli całym sobą „Hej, jestem nadziany!”. Tylko po co, skoro i tak każdy o tym wiedział? Logiczne rozumowanie Liama natomiast przekraczało to, że wołali do siebie per nigger (czarnuch), a oburzali się na wszelkie przejawy dyskryminacji ze strony białych i Azjatów. Swoje kobiety nazywali za to bitch (suka), a one uśmiechały się na to zalotnie. Jeśli wymagasz szacunku, to najpierw powinieneś szanować samego siebie, uważał Liam. Przecież jakby jakiś przeciętny biały facet odezwałby się tak do swojej kobiety, to z miejsca dostałby z liścia. Dodatkowo prawie wszyscy jak jeden mąż byli duzi i rozrośnięci, jakby Bóg lub natura ich tak zaprogramowała. I to najbardziej przerażało Liama. A największy z nich wszystkich był Jamairo (Czy można mieć bardziej czarne imię?), szkolny baseballista, który odkrył tajemnicę Felixa. Na razie nie rozpowiedział tego nikomu, a to wcale nie wróżyło niczego dobrego. Liam starał się niezauważalnie przełknąć ślinę, gdy mijał grupkę uczniów, trzymając się przeciwległej ściany korytarza. Już teraz miał ochotę uciec i schować się w najciemniejszym kącie piwnicy. A co będzie, jak przyjdzie mu bronić swojego... chłopaka?
***
Jack czuł się całkowicie wymięty przez życie. Położył się na łóżku Matta, tak jak stał, czyli w ślubnym garniturze. Zasnął natychmiast, chociaż nie czuł się zmęczony. Jego mózg po prostu postanowił się wyłączyć, nie radząc sobie z nadmiarem informacji do przetworzenia. Obudziły go padające na twarz promienie wschodzącego słońca. Wydał z siebie westchnięcie, zanim wteszcie otworzył oczy. Czuł, jakby ktoś przywiązał mu do powiek kowadła. I było jeszcze to ćmienie pod czaszką. Nagle gwałtownie podniósł się i wstał z łóżka. Popatrzył jeszcze krótko na śpiącego nadal Matta. Jego brat ubierał do snu piżamę. Taką klasyczną, bawełnianą z pionowymi paskami. Jack parsknąłby, gdyby było mu jeszcze do śmiechu. Przeglądnął całe ascetycznie urządzone mieszkanie w kolorach bieli i granatu, ale nie znalazł laptopa. Wrócił więc do sypialni i potrząsnął brata za ramię.
– Gdzie masz komputer? – spytał.
– Co? – Rozespany Matt przetarł twarz dłonią. – W półce, w biurku.
– Chowasz laptopa do szafki?
– Nie lubię mieć zagraconego mieszkania.
Jack aż sam się zdziwił, że nie przyszedł mu do głowy żaden uszczypliwy komentarz. Podszedł do biurka i wyciągnął srebrnego laptopa. Zalogował się na koncie dla gości. Gdyby nie czuł się tak fatalnie, nie odpuściłby bratu i wyciągnął od niego hasło, żeby przeglądnąć historię wyszukiwania. Ponaśmiewałby się z niego, że nie ogląda porno. Lub odwrotnie, że je ogląda. Jednak nie dzisiaj. Może kiedyś. Może nigdy. Wszedł na stronę swojego banku i zablokował konta. Tylko tyle mógł teraz zrobić. W niedziele placówki były zamknięte.
– Po co to? – spytał Matt, stając za nim. Podał mu parujący kubek z kawą. Granatowy, sam trzymał biały.
– Żeby ojciec nie pozbawił mnie środków do życia.
– Przecież to twoje prywatne konta, a nie firmowe. Nie powinien mieć do nich dostępu – zauważył młodszy z braci.
Jack odwrócił głowę, żeby popatrzeć na Matta. Gdy ujrzał na jego twarzy pytający wyraz, tylko przymknął oczy i pokręcił głową. Gdzie on się wychował? W Nibylandii? Nieświadomość życia musiała być miłym uczuciem.
– A na świecie nie powinno być wojen – odparł z przekąsem. – Stary zna różnych wysoko postawionych, wliczając w to prezesów banków. Jutro wyciągnę wszystko.
– Racja – przyznał Matt i napił się kawy, żeby zasłonić się kubkiem. Czuł się przy Jacku jak dziecko. – Pójdę zrobić śniadanie, a ty się ogarnij. Weź, jakie chcesz ubranie.
***
Postanowili pojechać do Austin tego samego dnia po południu. Jack powiedział, że wie, jak odnaleźć faceta, który obsługiwał ten feralny komputer, jednak będzie to możliwe dopiero w nocy. Matt zaproponował, że pojedzie sam, bo atmosfera na przedmieściach na pewno nadal była gorąca.
– I co mi zrobią? – prychnął Jack. – Poszczują widłami?
– Albo na nie nabiją – odparł jego brat. – W tym kraju z jakiegoś powodu nastolatkowie wchodzą do swoich szkół z bronią ojca i masakrują swoich kolegów. To nie są żarty, Jack. Co jak zasadzą się na ciebie grupą?
– A co ty zrobisz sam? Będziesz umiał przywalić tamtemu gościowi, żeby zaczął gadać? Nie sądzę.
– Może będzie się, to dało jakoś inaczej...
– Proszę cię – prychnął Jack. – Sam przed chwilą mówiłeś o widłach.
Jechali więc razem, nie odzywając się do siebie. Nie mieli zresztą, o czym rozmawiać. Jack patrzył się za okno jakimś nieodgadnionym, niepasującym do niego spojrzeniem. Jedynym dowodem na to, że jeszcze nie zamienił się w kamień, było mruganie oczami co jakiś czas.
– Wiesz... – zaczął niepewnie Matt, nie wiedząc jak podejść do tematu. – Pomyślałem o Joshu.
– Tak? – mruknął Jack bez zainteresowania. – To mamy podobny gust.
– Dobrze wiesz, że nie o to mi chodziło! – żachnął się jego brat i pokraśniał na twarzy. – Pomyślałem, że skoro ty się zmyłeś, to on może oberwać albo już oberwał rykoszetem. Oni cię tam naprawdę chcieli zlinczować.
Jack westchnął i przymknął na chwilę oczy. Nie potrzebował jeszcze jednego problemu. Najwyraźniej wszystko na tym świecie ma swoje konsekwencje, które będą się za tobą wlec i kopną cię z rozpędu w dupę w najmniej odpowiednim momencie, pomyślał. Pieprzona karma.
– Nikt nie wiedział oprócz ciebie – rzucił w końcu, sam w to nie wierząc.
Wiedział, że zabawiając się z chłopakiem niemal pod nosem ojca, po prostu igrał z ogniem. Teraz dochodził do wniosku, że podświadomie chciał zostać nakryty i się od tego wszystkiego uwolnić. Paradoksalnie, teraz kiedy już to się stało, ale nie na jego zasadach, czuł się jeszcze bardziej w potrzasku niż kiedykolwiek przedtem.
– Zostawiłem go jakiś czas temu.
– To nic nie zmienia – odparł Matt. – Jeśli ja cię widziałem, to prawdopodobnie ktoś ze składowiska także. I teraz pierwsze, co zrobił, to pobiegł do naszego ojca z wesołą nowiną. I wielce prawdopodobne jest to, że ojciec w zastępstwie ciebie skierował swój gniew na tego biednego chłopaka.
– I co to ma niby ze mną wspólnego? – zapytał Jack i wzruszył ramionami.
Matt aż zagapił się na brata, odlepiając na moment wzrok od jezdni. Wiedział, że Jack jest zdegenerowany i brak mu zasad moralnych, odkąd dziesięć lat temu dał się publicznie przelecieć Sancie Boy'owi, ale nie sądził też, żeby był tak po prostu zły.
– Josh to nie żaden bezimienny chłopak z klubu, którego mogłeś zaliczyć za śmietnikiem – odparł twardo, gdy znów zaczął patrzeć prosto na drogę. – I dobrze o tym wiedziałeś. Wprowadziłeś go w ten świat i musisz wziąć za to odpowiedzialność. To twój obowiązek moralny. Choć pewnie powinienem ci podać słownik, żebyś zrozumiał to określenie.
Jack wreszcie odlepił się od szyby i szarpnął w stronę brata, na ile pozwalał mu pas bezpieczeństwa. W jego oczach po raz pierwszy od rana pojawiły się ogniki życia.
– Jaka odpowiedzialność?! – warknął. – Przeleciałem go, oklepałem i kopnąłem na pożegnanie w dupę. I tak kończy się nasza tęczowa historia.
– Boże, Jack... pobiłeś go? – jęknął Matt z niedowierzaniem, a na jego jasnym czole pojawiła się pozioma zmarszczka. – Po prostu idź tam i sprawdź, czy nic mu nie jest.
Samochód zatrzymał się na poboczu, a zdezorientowany Jack wyjrzał przez okno. Stali niedaleko pola przyczep.
– Nie wysiądę z tego samochodu i tam nie pójdę – oznajmił. – To za każdym razem kończy się tak samo.
– Czyli jak? – spytał Matt.
– Tak, że obijam komuś mordę – warknął Jack. – Chcesz, to idź sam.
Matt bez słowa dopiął swój pas i wyszedł z samochodu, uważając na przejeżdżające obok samochody. Jack śledził go wzrokiem, gdy szedł w stronę zdezelowanej, zszarzałej przyczepy. Jego brat zapukał i odsunął się parę kroków. Po chwili w drzwiach pojawiła się Tracy. Rozmowa szybko przemieniła się w kłótnię, którą Matt najwyraźniej przegrywał, bo coraz bardziej cofał się pod naporem dziewczyny. Nawet z głupią dziwką nie umie sobie poradzić, pomyślał Jack. Parę razy wciągnął głęboko powietrze, trzymając zamknięte oczy, aby się uspokoić. Uniósł na wysokość twarzy dłonie z kciukami i środkowymi palcami tworzącymi koła.
– Zen, kurwa.
Wysiadł z samochodu, głośno trzaskając przy tym drzwiami. Sam nie był do końca pewien, dlaczego teraz jego poranny marazm przemienił się w trawiące go uczucie wściekłości. Gdy zbliżył się do przyczep, pies na łańcuchu zaczął ujadać na jego widok. Niespodziewanie Jack podszedł do niego i kopnął w bok, nie zważając na wyszczerzone kły. Wychudzony pies wydał z siebie przepełniony bólem skowyt i się przewrócił. Jack pochylił się nad nim i zdjął z szyi za ciasną obrożę.
– A teraz spieprzaj – powiedział do psa, który zaraz uniósł się i lekko kulejąc, udał w stronę lasu za przyczepami.
Matt i dziewczyna w milczeniu przyglądali się całej scenie. Dla Tracy czas jakby zwolnił, każdy kolejny krok Jacka, gdy się do nich zbliżał, wydawał się przedłużać w nieskończoność. Myślała, że go pokonała, że ma go w garści. Nie mogła być bardziej naiwna.
– Gdzie Josh? – wycedził Jack. Gdy nie mówił, zaciskał zęby tak bardzo, że odkształcały mu się policzki.
Tracy weszła tyłem na schodek wyżej. Jeszcze nigdy w życiu tak się nie bała. Własnoręcznie spuściła Jacka ze smyczy. Mężczyzna nie miał już niczego do stracenia, bo odebrała mu wszystko. Gdyby teraz zagroziła mu, że umieści filmik w internecie, pewnie tylko by się roześmiał i ją stłukł znacznie bardziej niż kiedykolwiek. Albo by ją zabił. Nie miał więcej potrzeby się krygować. Przygryzła dolną wargę do krwi, kurczowo zaciskając oczy.
– Od... odszedł – wydusiła ze wciąż spuszczoną głową.
– Kłamiesz, suko! – warknął Jack. – Nie zostawiłby cię.
Wyminął Matta, który jakby skamieniał i podszedł do dziewczyny. Chwycił jej drobny podbródek w dwa palce i uniósł do góry.
– Gdzie on jest? – powtórzył, patrząc w jej rozszerzone ze strachu oczy.
– Powiedział, że miałeś rację. Że chcę go tylko wykorzystać... i odszedł. Nie ma go dwa miesiące.
Jack wyprostował się. Tracy ze spuszczoną głową patrzyła, jak jego grdyka się unosi, gdy przełykał ślinę. Żyła na szyi była tak wyraźna, że niemal dostrzegała, jak pulsuje. Mięśnie na jego policzkach znów zadrgały.
– I nie masz od niego żadnych informacji? – wtrącił się nieoczekiwanie Matt, czym najprawdopodobniej uratował symetrię twarzy Tracy. – Dokąd pojechał?
Jack wypuścił przez nos powietrze niczym byk i zrobił parę kroków w tył.
– Przysyła pieniądze na konto matki – odparła Tracy, uznając, że powiedzenie wszystkiego, to jej jedyna szansa. – Mam tylko kartę bankomatową do niego i co tydzień przychodzi nowa kasa. Dużo kasy. Muszą być od niego. Bo niby od kogo? I tyle, nawet nie zadzwonił.
– I skąd niby ma te pieniądze twoim zdaniem? – dopytał Matt.
– No... pewnie daje du... – zaczęła, ale zaraz spojrzała na Jacka. – Znaczy... nie sądzę, bo on nie chciał... Albo dealuje. No bo co innego?
Matt westchnął przygnieciony beznadziejnością i rozpaczą, które wyzierały z każdego zakątka tego miejsca i z każdego słowa tej dziewczyny. Obejrzał się na brata. Jego stężała twarz wyglądała przerażająco.
– Idziemy – powiedział jedynie Jack i ruszył do samochodu.
Zdezorientowany Matt podążył za nim. Tracy opadła na schodek, czując przeogromną ulgę. Jak wtedy, gdy udaje się odskoczyć przed pędzącym prosto na ciebie samochodem. Szare smugi rozmazanej kredki i tuszu naznaczył jej policzki, gdy się rozpłakała. Chciała zobaczyć Josha.
Jack przedzierał się bez słowa przez martwą, wysuszoną trawę. Chłodny, zimowy wiatr targał jego rozpuszczonymi włosami. Wszystko było nie tak. Uderzył butem w oponę, ale jakoś bez werwy. Jego poranny marazm przemienił się we wściekłość, by teraz przerodzić się w rozpacz. Kucnął, osłonięty autem do ulicy i zasłonił oczy. Matt stał nad nim, nie widząc, co powiedzieć. Zachowanie jego brata było nad wyraz dziwne i niepasujące do tego zimnego skurwiela. Zupełnie jakby...
– O cholera... – Matt zrobił parę korków w tył. – Jack... Czy ty go kochasz?
Jego brat nie zareagował w żaden sposób, równie zszokowany tym odkryciem. Miłość była głupotą. Mrzonką rozpowszechnianą przez amerykański przemysł rozrywkowy i zatruwającą umysł kolejnych milionów. Była słabością. A Jack nie mógł sobie pozwolić na słabość, a już na pewno nie teraz.
– Ale to dobrze, Jack... – dodał Matt po chwili. – Nikt nie powinien być sam, tak już działają ludzie. Wiem z doświadczenia.
– Ja właśnie zostałem sam – stwierdził cierpko Jack.
– Ale mamy dwudziesty pierwszy wiek. Nikt nie może po prostu zniknąć bez śladu, nie w erze wszechobecnej informatyzacji i ciągłej inwigilacji – zapalił się jego brat.
– Już się tak nie podniecaj – parsknął Jack i podniósł się z kucek. – Ale masz rację... Jeśli ma konto, to możemy sprawdzić przelewy przez internet. Musimy mieć tylko numer klienta banku i dane matki Josha. Idź tam i je od niej wyciągnij, na pewno ma gdzieś spisane. Ja nie pójdę, bo nie ręczę za siebie.
– No dobra.
– Tylko tym razem wykaż więcej asertywności i nie cykorz przed nastoletnią kurwą z IQ gibona – zakpił Jack.
Zdążył wypalić jednego papierosa i zacząć drugiego, nim Matt wyszedł z białą teczką ze zdezelowanej przyczepy.
– Długo ci zajęło.
– Stawiała się, ale uległa, gdy zagroziłem, że ty przyjdziesz. – Uśmiechnął się Matt.
– Ma się tę renomę. Daj kluczyki.
Jack roztarł jeszcze pod butem niedokończonego papierosa i wsiadł do samochodu, tym razem od strony kierowcy. Zaczynało już zmierzchać, więc nocne życie miasta zaczęło budzić się ze snu.
– I co teraz chcesz zrobić? Odszukać go?
– Później – odparł Jack. – Najpierw zamierzam odnaleźć winnych mojej życiowej katastrofy, zetrzeć ich w pył, a potem odzyskać, co mi się należy.
– Konkretnie sprecyzowane cele to podstawa – zakpił Matt. – Więc gdzie teraz jedziemy?
– Och, spodoba ci się. Do klubu gejowskiego.
– Super.
***
Fasada budynku, pod którym się znaleźli, nie sugerowała, że w środku znajduje się bar dla gejów. Neonowe, czerwone, kobiece usta znikały i pojawiały się co chwilę na tle różowego podświetlenia. Tak, znacznie bardziej wyglądało to na zwykły klub ze striptizem. Wytatuowany nawet na twarzy bramkarz przepuścił Jacka wraz z bratem bez kolejki. Najwyraźniej najstarszy z braci Hetfieldów był tu ważnym gościem. Wnętrze klubu okazało się równie kiczowate. Długi bar rozświetlały różnokolorowe kafelki oczywiście układające się w tęczową flagę. Wysoki sufit przyozdobiono długimi sznurami lampek. Nie wyglądało to lepiej od szkolnych ozdób na sali gimnastycznej na czas studniówki. Z powodu wczesnej pory nie było jeszcze tłoczno, ale Matt mógł się przyjrzeć przekrojowi gejowskiego światka Amarillo. Przy stolikach i na parkiecie bawili się zupełnie przeciętnie wyglądający mężczyźni, którzy nie wzbudziliby żadnej sensacji na ulicy. Niektórzy mieli nawet kowbojskie kapelusze. Inni natomiast... Matt zastanawiał się, skąd biorą odwagę, żeby tak prezentować się społeczeństwu. Najbardziej adekwatne określenie, jakie przychodziło mu do głowy to „gładcy”. Tak, byli gładcy, mimo że niektórzy nosili wypielęgnowany zarost.
Jack udał się prosto do baru, za którym ponownie stał młody chłopak z zawadiackim, fioletowym lokiem na czole. Gdy tylko dojrzał mężczyznę, skrzywił się i ostentacyjnie oddalił na drugi kraniec lady.
– Złoty chłopcze, wracaj tutaj. Mamy do pogadania – zawołał na niego Jack i popukał w palcem w blat, o który opiarł się łokciem.
– I co? Znowu zamierzasz mnie wyzywać od ciot? Jeszcze czego – prychnął barman.
– To nie było wyzywanie, tylko nazywanie rzeczy po imieniu. Powinieneś wziąć to na swoją chudą klatę, jak prawdziwy mężczyzna, a nie boczyć się jak, no właśnie, ciota.
– Wal się!
– No skoro nie chcesz po dobroci – mruknął Jack i przeskoczył jednym susem przez bar, czym od razu zwrócił na siebie uwagę wszystkich obecnych.
Zaskoczony chłopak odsunął się jak najdalej, wpadając przy tym plecami na ścianę obstawioną alkoholem. Butelki zadźwięczały ostrzegawczo, gdy je potrącił.
– Czego ty chcesz?! Wezwę ochronę! – zagroził.
Jack zbliżył się do niego z bardzo niebezpiecznym uśmiechem na niegolonej tego ranka twarzy. Nawet w tej sytuacji chłopak nie mógł powstrzymać nachodzącej go konkluzji, że mężczyzna nawet w tym niebezpiecznym wydaniu był bardzo przystojny. Może nawet bardziej niż zazwyczaj.
– Myślisz, że przybędą tu, zanim zdążę ci przywalić? – spytał Jack. – Żartuję, nic ci nie zrobię. Chcę tylko paru odpowiedzi. Okej?
– Okej – odparł niepewnie chłopak.
– Jest tu dzisiaj Paul?
– Paul?
– Ta, zawsze trzyma się z takim blondynem z głupimi okularami na pół twarzy.
– A, ten Paul. Ma dzisiaj wolne – stwierdził barman – ale Mike jest. Kelneruje w VIP–owskim.
Jack uśmiechnął się i poklepał chłopaka po głowie, niszcząc mu misterną fryzurę.
– I po krzyku – powiedział do niego i niespodziewanie pocałował w upudrowany policzek.
Z powrotem przeskoczył przez bar, pozostawiając oniemiałego barmana samemu sobie.
– To w ogóle nie było konieczne, Jack – skarcił go Matt. – Niepotrzebnie mu groziłeś.
– Może – zbył go starzy brat i starł z ust ślady kosmetyku. – Idę teraz do pokoju dla VIP–ów, a ty tu zostań, bo na pewno nie chcesz zobaczyć tego, co się dzieje w środku. I nie daj przyciągnąć swojej twarzy, ani dupy do żadnego chuja.
Obszedł bar i wszedł do następnego pomieszczenia odgrodzonego od głównej sali przesłoną z migoczących w świetle paciorków. Wrócił po paru minutach i skinął na brata. Przebili się przez tłum pląsających po parkiecie mężczyzn. W niektórych przypadkach wyglądało to bardziej na seks, czasami grupowy, niż na taniec. Matt aż odetchnął z ulgą, gdy wreszcie znaleźli się na zewnątrz. Kompletnie nie odnajdywał się w takich miejscach.
– Dowiedziałeś się czegoś? – spytał, gdy siedzieli już w samochodzie.
– Tylko tyle, jak nazywał się facet obsługujący komputer. Jedźmy już do motelu. Spróbujemy go namierzyć przez neta i może dowiemy się czegoś o Joshu.
– Dobrze, jestem już zmęczony – odparł Matt. Przygryzł na moment dolną wargę. Chciał o czymś porozmawiać z Jackiem, ale nie wiedział, jak podejść do tematu. – Wiesz... dawno nie spędziłem z tobą tyle czasu... i trudno było czegoś nie zauważyć...
– No wyciśnij to z siebie – zniecierpliwił się jego brat.
– Jack, masz problemy z agresją. I cóż... miałeś już kuratora i jak teraz zrobisz „coś”, a aktualna sytuacja ku temu sprzyja, to raczej nie będą pobłażliwie na to patrzeć. Pójdziesz do więzienia. Szczególnie że...
– Szczególnie że nie mam już protekcji starego – zakończył za niego Jack i uśmiechnął się krzywo. – Nie martw się, braciszku. Rozjechane dupy ciot z pierdla to nie mój target.
– Boże, czy ty mógłbyś być choć raz poważny? – skarcił go Matt. – Tu chodzi o twoją przyszłość.
Odpowiedział mu gardłowy śmiech Jacka.
– Ja nie mam przyszłości.


6 komentarzy:

  1. Beta ze mnie od siedmiu boleści, ale miło że bierzesz moje czepialstwo pod uwagę ;) Co do rozdziału – widzę, że akcja zmierza ku ostatecznej katastrofie, a ten rozdział jest jej zapowiedzią. Strasznie podoba mi się Jack, który otrząsa się z marazmu i bierze sprawy w swoje ręce. Zaangażowanie Matta też interesujące. To taka dobra dusza, momentami naiwna, ale w uroczy sposób. Jestem bardzo ciekawa konfrontacji Jacka z Santą, bo liczę, że do niej dojdzie. Nie każ długo czekać!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dooobra... Ja wiem.. Naprawdę... *baaardzo zawstydzona* Ale umknęła mi zupełnie akcja z Liamem i Felixem... W którym rozdziale ustalili stosunki między sobą ?!

    Pzdr

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. He, he nie masz się czego wstydzić, bo nie było opisane, "jak ustalali stosunki" (świetne określenie). Po tym jak Jack zostawił Josha był przeskok w czasie o 2 miesiące do ślubu jego starego. I to było wtedy. Jeszcze zamierzam do tego wrócić.
      Pozdrowienia.

      Usuń
    2. Ha! Czyli nie jest ze mną aż tak źle i nie potrzebuje diagnostyki w kierunku zaawansowanej sklerozy, tudzież ponownej nauki czytania :D
      Dzięki :P

      Pzdr

      Usuń
  3. Ciekawie, bardzo ciekawie, myślę, że zdołam zostać tutaj na dłużej :) Weny życzę!

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeny, ja chcę już kolejny rozdział! Matt i Jack są przeuroczy, a reakcja Jacka na wieści o Joshu po prostu mnie kupiła. Uwielbiam ich, aż nie mogę się doczekać, co się stanie, jak Jack wreszcie spotka się z Joshem.
    Swoją drogą, nieźle się Matt i Jack dogadują zważywszy na fakt, że jeszcze kilka rozdziałów temu Jack nie pałał miłością do brata. Jak widać wszystko może się zmienić. :D

    Życzę weny i czekam na następny rozdział z niecierpliwością!

    OdpowiedzUsuń