czwartek, 8 listopada 2018

Atsah II - ROZDZIAŁ 2 - Na dwóch skrajach miasta

Z ciekawszych rzeczy... Ostatnio na przystanku zobaczyłam naturalnie rudego pana (świadczyły o tym broda i brwi), który miał zrobione blond dredy. Niemal parsknęłam śmiechem, bo wyobraziłam sobie mojego kuzyna-rudzielca w takiej fryzurze :D Także, taki mały apel do tych, których natura pobłogosławiła rudą grzywą -> nie róbcie sobie tego :>

Jak co dzień rano Josh ukrył się w małym ogrodzie na tyłach domu. Budynek znajdował się w górnej części dzielnicy, która rozciągała się na jednym wzgórz otaczających Rio de Janeiro. Wyżej była już tylko dżungla. Dom jako jeden z nielicznych tutaj miał głębokie, betonowe fundamenty, które chroniły go przed obsunięciem się wraz z ziemią, co często się tu zdarzało. Woda i elektryczność podciągnięte były nielegalnymi ciągami. Mieli nawet Internet, chociaż bardzo powolny i o niskiej przepustowości.

Kucnął między krzaczkami pomidorów i przyglądnął się ich liściom. Poraziła je jakaś choroba objawiająca się ciemnymi plamami. Josh westchnął i zaczął ręcznie usuwać chwasty z grządek. Zrzucał je na stertę, której później użyje do zrobienia kompostu. Opiekę nad ogrodem powierzyła mu jedna z kobiet pracujących w domu Dacnisa, a on był jej za to wdzięczny. Odnajdywał wśród zieleni jakąś namiastkę ukojenia.
Zesztywniał, gdy usłyszał ryk silnika. Nie mógł tego widzieć z tyłów domu, ale nie musiał, aby wiedzieć, że na betonowym placu zaparkował zielony jeep, a wysiadł z niego Falco. Mira już musiała kończyć się ubierać i za chwilę pełna energii wybiegnie przez dom. Tylko Falco jej ojciec darzył na tyle dużym zaufaniem, aby pozwolić mu eskortować dziewczynkę do szkoły w centrum Rio.
Josh rano zaszywał się w ogrodzie albo innej części domu, aby nie trafić na mężczyznę. Nie chciał go widzieć, ani słyszeć jego głosu. Sceny z tamtego dnia wciąż nawiedziły go podczas snu. Widział, jak Maria bez życia, przeszyta trzema kulami pada w ramiona Mnicha, brudząc jego szatę purpurą. Słyszał, jakby to było wczoraj, lament i płacz pozostałych kobiet.
Gdy pojawił się Falco, Josh leżał dźgnięty w kałuży brudnej wody. Pierwszym, co zobaczył, były stopy ozute w japonki. Mnicha i dwie kobiety, którym mieli wspólnie z nim dać opiekę i bezpieczeństwo, zabił człowiek ze stopami ozutymi w japonki! I w szortach. Ubrany był, jakby wyszedł tylko na chwilę z domu do sklepu, aby kupić olej do frytek albo papierosy. Jakby to nic nie znaczyło. Ich życie nic nie znaczyło!
Josh odrzucił kolejny pęk trawy i objął się ramionami, nie bacząc na to, że ma brudne ręce. Nienawidził tego, jaki był słaby. Powinien się zemścić, ale wtedy straciłby miejsce, które stało się dla niego namiastką domu. Dla niego, nieznającego nigdy takiego miejsca, to było bardzo wiele. I bardzo nie chciał tego stracić, więc każdego ranka ukrywał się na tyłach posiadłości, aby nie spotkać tego mężczyzny. Nie wiedział, czy byłby zdolny nie dać upustu swojej nienawiści. Nie chciał też widzieć wzroku tego człowieka i słyszeć słów przez niego wypowiadanych. Były przepełnione pogardą.
‒ Też się ukrywasz?
Momentalnie wstał, wręcz podskoczył, gdy usłyszał za sobą nieznany mu głos. Obejrzał się gotowy na najgorszą ewentualność. Tutaj można było się spodziewać wszystkiego. Ujrzał mężczyznę z wczoraj. Znów zrobił na nim straszne wrażenie. Przypominał mu Jacka.
‒ Jesteś niemową? ‒ parsknął Johnny, przyglądając się chłopakowi.
Chociaż nie byli do siebie podobni, od razu skojarzył mu się z Cherubinem. Może przez te resztki dziecinności, które jeszcze można było dojrzeć w budowie jego ciała, twarzy i spojrzeniu. Mógł być najwyżej parę lat starszy od Raphaela. Był też wyższy i lepiej zbudowany. To ciało zahartowała praca i życie, ocenił Johnny, prześlizgując się wzrokiem po sylwetce chłopaka. Te jego piegi obsypujące każdy centymetr skóry były niesamowite.  
Dzieciak nic nie odpowiedział. W piegowatych dłoniach ściskał rękawiczki do pracy w ogrodzie i uparcie wgapiał się w ziemię. Długie, rude włosy opadły mu na czoło. Johnny uśmiechnął się pod nosem. Tyle było z ich podobieństwa. Cherubinowi morda się nie zamykała.
‒ Jack.
Gdy wypowiedział to imię, chłopak od razu się ożywił. Uniósł głowę i spojrzał na Johnny’ego wielkimi, rozszerzonymi teraz oczami o tęczówkach w kolorze głębokiego błękitu. Planował go wypytać, ale ta mina powiedziała mu już wystarczająco wiele. Chyba nawet nie chciał tego słuchać. Miał już dość smutnych historii.
‒ Więc Jack Hetfield ‒ powtórzył. ‒ Dacnis kazał mi się go pozbyć.
‒ Po co mi to mówisz? ‒ spytał chłodno Josh, napinając się.
Ta wiadomość wcale go nie zaskoczyła. Wiedział, że osoba Jacka przysparza Dacnisowi problemów i już wcześniej polecił Falco pozbycie się go. Mimo to i tak coś go ścisnęło w sercu.
Johnny wzruszył ramionami. Sam nie wiedział. Dzieciak może próbował to ukrywać, może zwalczyć, ale nie wychodziło mu to zbyt dobrze. Z tym uczuciem. Jego mina, gdy Johnny wypowiedział to imię, mówiła wszystko.
‒ Pomyślałem, że może spróbujesz jakoś wykorzystać to, że ci powiedziałem. Mogę trochę poczekać. Dać wam fory.
Josh zmarszczył brwi. Nie rozumiał.
‒ Co?
‒ Powinniście jak najszybciej opuścić Brazylię ‒ rzucił Johnny. ‒ Tak będzie najbezpieczniej.
‒ Och.
Josh znów opuścił głowę, pozwalając swoim włosom swobodnie opaść po bokach jego twarzy. Zacisnął mocno wargi, czując wzbierające w nim poczucie bezsilności.
‒ Jack jest zły ‒ powiedział jednak. Już przecież sobie postanowił. ‒ Sam sobie wybrał taki los. To już nie jest moja sprawa.
‒ Nie wiem za dużo, ale opuściłeś go przez to, co robi? I teraz jesteś tutaj? I tutaj to ci nie przeszkadza?
Johnny kiwnął głową, wskazując na dom. Odgłosy dochodzące od frontowej strony wskazywały, że oprócz zielonego jeepa na betonowy placyku zaparkowało więcej samochodów. Josh wiedział, co to znaczy. Wysiedli z nich wytatuowani mężczyźni z pistoletami wciśniętymi za paski spodni. Weszli do domu swojego szefa, aby jak co rano omówić aktualną sytuację w dzielnicach nędzy przez nich zarządzanych.
Josh podążył tam wzrokiem i po chwili wahania ruszył przez ogród. Gdy okrążył dom, jego oczom ukazała się mrożąca krew w żyłach scena, która jednak nie było tu niczym nadzwyczajnym. Po prostu ktoś, kto nie chciał podporządkować się panującym się zasadom, dostawał teraz lekcję pokory.
Dacnis obserwował wszystko z odległości kilku kroków z nieporuszoną, a nawet trochę znużoną miną. Wykrzywił usta w niezadowolonym grymasie, gdy trochę krwi spadło mu na jego biały trampek.
Gdy dojrzał stojącego przy ścianie Josha, zaraz przyjaźnie się uśmiechnął i jakby zupełnie zapomniał o katowanym mężczyźnie. Nie poświęcał mu już ani odrobiny uwagi.
‒ Coś się stało? ‒ spytał. ‒ Mira już pojechała do szkoły.
Josh pokręcił przecząco głową.
Nie potrzebował słów Johnny’ego. Wiedział to sam od początku, ale starał się wyprzeć to z umysłu, ponieważ jak każdy potrzebował jakiegoś miejsca, gdzie mógł czuć się bezpiecznie. Dlatego wmawiał sobie, że Dacnis jest inny. Miał przecież córkę, którą traktował jak największy skarb. Był pogodny i zabawny. Josh nigdy nie widział, aby używał wobec kogokolwiek przemocy.
Jednak to, że teraz tylko się przyglądał, nie ściągało z niego odpowiedzialności. Ponieważ to on wydał rozkaz. Na nim ciążyła też odpowiedzialność za śmierć Mnicha  i kobiet. Może z jego ust nie padł dokładnie taki rozkaz, ale Falco robił tylko to, co uważał za dobre. Dobre dla gangu, któremu przewodził właśnie Dacnis. On był tylko pistoletem, a dłonią pociągającą za spust był właśnie ten kolorowy niczym rajski ptak mężczyzna.
Josh to wiedział. Tylko nie chciał znów zostać sam.
‒ Nic ‒ odparł cicho i wszedł do domu.
Już postanowił.
‒ Jack ‒ szepnął, zaciskając pięści.
Chciał go zobaczyć.

Nie mógł opuścić domu teraz. Za dużo osób się wokół niego kręciło. Od razu zostałby zauważony. Miał czas, aby się spakować. Potrzebował też pieniędzy. Ludzie Dacnisa mieli go za nikogo, gardzili nim. Nie zwracali na niego uwagi, traktując jak mebel, co teraz mu sprzyjało. Jednemu z nich wyciągnął portfel z porzuconej na krześle bluzy. Z drugim znacznie bardziej ryzykował, ale też się udało. Przecisnął się między tłoczącymi się w korytarzu gangsterami, niepostrzeżenie wyciągnął portfel z tylnej kieszeni spodni mężczyzny, który szczególnie nie przypadł mu do gustu. Dużo krzyczał.
Pod wieczór, gdy posiadłość opustoszała, ponownie udał się do ogrodu. Nim zaczął gołymi rękami rozgrzebywać na boki ziemię, rozglądnął się wokoło, czy aby upewnić się, czy na pewno nikt go nie obserwuje. Po chwili kopania wyciągnął małą, drewnianą kasetkę. W jej wnętrzu leżała broń, którą udało mu się ukraść jednemu z gangsterów, gdy spał na podłodze po jednej z suto zakrapianych imprez. Ją też schował do plecaka.
Zamiast iść w dół, do miasta, ruszył w przeciwnym kierunku. Uznał, że najlepiej będzie przez jakiś czas ukryć się w dżungli i przez nią przedrzeć się w rejony zarządzane przez Barbosę, gdzie miał nadzieję znaleźć Jacka. Był zbyt łatwy do rozpoznania, aby ryzykować przedzieranie się przez fawelę. Dopadliby go błyskawicznie i pewnie zrobili z nim to samo, co z tym mężczyzną z dzisiejszego poranka. A Dacnis wszystkiemu przyglądałby się bez słowa, z tym ledwo zauważalnym uśmiechem na ustach. Jak przystało na króla tego świata.
***
W telewizji były też nieliczne kanały nadające w języku angielskim. Jednak emitowali w nich programy, które w Stanach można było zobaczyć dziesięć lat temu. Nie potrafił się w nich zatopić na tyle, by przestać choć na chwilę myśleć.
A myślał, że zwariuje. Próbował skonstruować jakiś plan, ale wszystko, co przychodziło mu do głowy i budziło nadzieję, zaraz potem blakło. „To się nie uda” pulsowało w jego myślach niczym czerwona lampka alarmowa. Wieczorem jednak był już na tyle zdesperowany, że chwycił się najbardziej absurdalnego pomysłu. Rozbił szklaną butelkę po wodzie i odłamkiem postanowił rozszarpać sobie nadgarstek. Na tyle mocno i głęboko, aby musieli zawieść go do szpitala. Liczył, że tam uda mu się przekazać personelowi, w jakiej jest sytuacji i że zawiadomią policję.
Bał się, cholernie się bał. Jeszcze niedawno był normalnym, znużonym codziennością dzieciakiem. Ale jaki miał wybór? Usiadł na podłodze i podciągnął rękaw bluzki. Chwycił za szyjkę rozbitej butelki. Wahał się. Nie chciał tego robić. Nie lubił bólu.
Odetchnął z ulgą, gdy rozległ się głośny brzdęk, który wybił go z tego stanu skupienia. Jakby transu. Odłożył butelkę i spojrzał na ścianę, która dzieliła go od pokoju Ahigi. To stamtąd doszedł do jego uszu tamten odgłos. Coś zostało stłuczone. Zaraz usłyszał, jak gangster, który dotąd warował jak posłuszny pies na korytarzu, chciał otworzyć drzwi do pokoju swojego szefa. Musiało nie spodobać się to Ahidze, bo do uszu Cherubina doszła stłumiona przez ścianę wiązanka soczystych przekleństw.
Na podstawie stłumionych przez ścianę odgłosów z korytarza nie mógł tego stwierdzić z całą pewnością, ale człowiek Ahigi chyba wrócił do swojego poprzedniego zajęcia, czyli warowania jak pies. Raphael nie odważyłby się otworzyć drzwi, które dzieliły go od przywódcy Banitów. Nawet nie wiedział, czy były zakluczone. Tak podstawowe pytanie przyszło mu do głowy, dopiero teraz. Był jednak ciekawy. To nie był odgłos jak przy rozbiciu butelki, czy chociażby szklanki. Rozbiło się coś znacznie większego.
Wreszcie coś odwróciło jego myśli od beznadziejnego położenia, w którym się znalazł. Poczuł w sobie nowe pokłady energii. Zawsze był ciekawski i we wszystko musiał wściubić swój nos. Często nie kończyło się to dla niego dobrze. I zawsze dużo gadał. Najpierw gadał, a potem myślał. Co zwykle też nie kończyło się dla niego dobrze. Dlatego teraz wyszedł na balkon i przelazł przez barierkę oddzielającą ich tarasy. Nie była wysoka, więc nie stanowiło to dla niego trudności, ale samo to, że przełaził nad nią, znajdując się dwadzieścia pięter nad poziomem ziemi i tak przyprawiło go o jeszcze szybsze bicie serca. Był podekscytowany tym, co zamierza zaraz zrobić.
Gdy znalazł się już balkonie Ahigi, przykucnął, aby nie można go było zobaczyć przez okno i w takiej, skulonej pozycji podpełzł do otwartych drzwi balkonowych. Nim wychylił się na tyle, by móc zajrzeć do wnętrza pokoju, przełknął jeszcze ślinę. Chyba oszalał! Ten człowiek go porwał!
Gdzieś tam jednak w środku tkwiło w nim przekonanie, że Ahiga nic mu nie zrobi.
To, co ujrzał, całkowicie go zszokowało. Podejrzewał, że Ahiga w przypływie wściekłości albo przez nadmiar alkoholu rozbił szybę w barku. Mylił się. Mężczyzna leżał na podłodze wśród odłamków szkła pochodzących ze szklanego stolika, na który najpewniej upadł lub się o niego potknął. Leżał nieruchomo, przyciskając dłonie do twarzy. Cherubin nie mógł przez to zobaczyć jej wyrazu, ale mężczyzna sprawiał wrażenie zrezygnowanego.
Uznał, że chyba całkiem zwariował, ale zamiast niepostrzeżenie wrócić do siebie, wstał i wszedł do pokoju Ahigi. Nadepnął na kilka odłamków szkła, więc nawet jeśli mężczyzna go nie zobaczył, to na pewno usłyszał.
‒ Idź, zanim tego pożałujesz ‒ powiedział, gdy Raphael stanął nad nim. ‒ Wracaj do siebie.
‒ Nie ‒ odparł chłopak. ‒ Przed chwilą byłem bardzo bliski podcięcia sobie żył butelką. Widzisz, ja już żałuję. Chyba nawet tego samego co ty.
To było dzikie! I bardzo, bardzo nierozsądne. Pyskowanie Ahidze było szalenie lekkomyślne, ale Raphael miał już dość nierobienia niczego. Nie czuł się dobrze w poczuciu stagnacji. Nienawidził też samotności. Wolał nawet oberwać, niż wrócić do tej luksusowej celi, gdzie towarzyszyły mu tylko jego chore myśli.
Ahiga odsłonił twarz i spojrzał na niego. Ten wzrok jak zwykle nie zdradzał niczego. Musiał się jednak wstydzić swojej słabości, uznał Cherubin. To musiało być dla niego upokarzające.
Trwało to jeszcze chwilę, nim Ahiga wreszcie się odezwał. Z pewnością wypowiedzenie tego jednego zdania kosztowało go bardzo wiele:
‒ Pomóż mi wstać.
Więc Cherubin to zrobił. Dał mężczyźnie oprzeć się na swoim ramieniu, co nie było proste ani przyjemne, bo Ahiga ważył znacznie więcej. Pomógł mu dotrzeć do łóżka, na którym usiadł. Ahiga nie odezwał się ani słowem. Omijał też spojrzenie Cherubina.
Później zrobiło się jeszcze bardziej niezręcznie. Raphael stał koło łóżka, nie wiedząc, co ma teraz ze sobą zrobić. Ahiga najwyraźniej nie zamierzał mu ulżyć w rozterkach, bo nadal się nie odzywał.
‒ To… to ja już może pójdę. Znaczy się, wrócę do siebie ‒ zasugerował i nawet lekko dygnął, nim odwrócił się na pięcie, aby wrócić to samą drogą, czyli przez balkon.
‒ Skręcisz sobie kark w najlepszym wypadku. A bardziej prawdopodobne, że zostanie z ciebie mokra plama. Użyj drzwi jak człowiek.
„Ach, czyli jednak są otwarte” ‒ przeszło przez myśl Cherubinowy. Posłusznie więc zawrócił. Czuł jego wzrok, gdy go mijał.
‒ Jadłeś coś dzisiaj? ‒ padło kolejne pytanie z ust gangstera, Raphael trzymał już w dłoniach klamkę.
‒ Nie.
‒ Bo?
‒ Bo nie wiedziałem, czy mogę.
Prawie podskoczył, podobnie jak jego serce, gdy usłyszał śmiech. Ahiga się śmiał. I nie był to śmiech przepełniony drwiną. Po prostu musiało go to szczerze rozbawić.
To był dziwny dźwięk. I dziwnie było tego słuchać.
Cherubin zdecydował się spojrzeć na mężczyznę. I dobrze, że to zrobił, bo inaczej menu hotelu w twardej oprawie trafiłoby go w głowę. Złapał je dosłownie w ostatniej chwili.
‒ Zamów sobie coś.
‒ Dobrze.
Ahiga znowu parsknął.
‒ Nie przyszło ci do głowy, że gdybym planował się zagłodzić, to nie trudziłbym się z zawlekaniem ciebie tutaj i nie płaciłbym tych końskich kwot za pokój dla ciebie?
‒ No…
‒ Nie kończ. ‒ Ahiga machnął dłonią, widząc minę dzieciaka. ‒ I zamów  dwie porcje, bo ja też dzisiaj jeszcze nic nie jadłem.
Cherubin uznał, że lepiej będzie nie pytać, co ma zamówić. Wybrał po prostu jeden z gotowych, tradycyjnych zestawów obiadowych, bo nazwy regionalnych dań nie za wiele mu mówiły.
Czuł się dziwnie, jedząc przyniesiony przez służbę posiłek razem z Ahigą. Chociaż odłamki szkła zostały uprzątnięte, to nadal w pokoju brakowało stolika. Chciał ze swoją rozłożoną porcją na podłodze, ale Ahiga powiedział, aby przestał się wydurniać. Siedzieli więc razem na łóżku.
Nie rozmawiali ze sobą. Mężczyzna zdawał się zupełnie zapomnieć o istnieniu chłopaka i skupił się na oglądaniu programu informacyjnego. Cherubin poczułby się znacznie lepiej, gdyby także mógł rozproszyć czymś myśli, ale ni w ząb nie rozumiał, co mówiła piękna, hojnie obdarzona przez naturę prezenterka.
‒ Nie znasz portugalskiego, co? ‒ podłapał Ahiga w pewnym momencie.
‒ Nie.
‒ A inny język obcy?
‒ Nie bardzo ‒ przyznał Cherubin.
Ahiga pokręcił głową i rzucił coś pod nosem, co brzmiało jak „bogate, rozpuszczone dzieciaki”.
Raphael miał świadomość, że lepiej dla niego byłoby, gdyby powstrzymał język, bo mógł go stracić, ale jego charakter zwyciężył:
‒ Nie ja wybierałem sobie starych! ‒ fuknął. ‒ Wcale się nie prosiłem o bycie „bogatym dzieciakiem”. W ogóle się o to wszystko nie prosiłem! I oto teraz też!
Ahiga oderwał się od oglądania telewizji i spojrzał na chłopaka. Nie wydawał się zdenerwowany.
‒ I co ja mam ci na odpowiedzieć?
‒ Nic… chyba nic.
Cherubin zaśmiał się z sam siebie i już całkowicie zrezygnowany po prostu położył się na łóżku. Po chwili poczuł, jak materac się ugina. Ahiga położył się tuż obok. Raphael obrócił się w jego stronę i chwycił za przedramię, podciągając przy tym rękaw koszuli.
‒ To syndrom sztokholmski? ‒ parsknął cicho.
‒ A co ja ci takiego zrobiłem?
„Ty właściwie nic” ‒ odpowiedział mu w myślach Cherubin. „To ja sobie zrobiłem”.
Spojrzał na odsłonięte przedramię mężczyzny ozdobione tatuażem złotozielonego smoka. Johnny miał dokładnie taki sam.


2 komentarze:

  1. Normalnie zaczynam żałować Ahigi - jakiś taki nieporadny i chyba podłamany swoją niepełnosprawnością...
    Akcja przyspiesza- świetnie ��
    Pozdrawiam i weny!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę mi o to chodziło, pisząc to opowiadanie -> żeby najpierw Ahiga był tym złym, a żałowano Johnny'ego, a potem sytuacja się odwróciła (Tylko na jak długo?)^^. Żeby nie było czarno-biało. Akcja przyśpiesza... a ja znowu się zastanawiam kogo wykończyć na amen, a kogo nie :D
      Dziękuję za pozdrowienia i również przesyłam :)

      Usuń