niedziela, 30 lipca 2017

Nowe opowiadanie: Miecz z ostatniej krwi - ROZDZIAŁ 1 - Rdzawy brzask

Zapowiedziane nowe opowiadanie z gatunku fantasy. Zamierzam publikować naprzemiennie z "Life is Cheap". Zaczyna się powoli, ale nie martwcie się, będą się jeszcze gęsto mordować i sami wiecie, co jeszcze.

W ogóle, to chciałam je nazwać "Żelazna krew", ale już jest taka książka.

szystko było skąpane w pomarańczowym blasku.
Szprotka po dwóch próbach zejścia w dół stromej uliczki wyłożonej wyślizganym kamiennym brukiem odmówiła współpracy. Vinor nie miał jej tego za złe. Poklepał klacz pokrzepiająco po karku. Sam, gdy był dzieckiem i zbiegał stromą alejką do portu, lądował wielokrotnie na tyłku w akompaniamencie śmiechów kolegów. Jak dziś pamiętał pomarańcze, które wypadły z czyjegoś kosza, i podskakując na wybojach, turlały się po kamiennych schodach, a oni z radosnym krzykiem gonili je aż do morza. Części nie zdążyli złapać i owoce wpadły do wody. Przepełnieni dumą upakowali swój łup w koszule i poszli do domu Sevana. Jego matka nie podzielała ich entuzjazmu i nakazała im odnaleźć właścicielkę pomarańczy, a to nie było wcale takie łatwe, bo port aż tętnił życiem. Był pełen sprzedawców i kupców z całego basenu morza Kerk. Mieszały się tu kolory skóry i włosów, kroje szat i akcenty. Handlarze na wielkim rynku wyzywali się w kilkunastu językach, wyrywali sobie złote kolczyki z uszu, a nawet okładali rybami po twarzach, ale po zmroku wszyscy szli do tawern i wspólnie opijali kolejny udany dzień.

Tak właśnie wyglądała Mordia jeszcze kilka lat temu. Teraz Vinor mógł nacieszyć oczy pięknem willi z jasnego kamienia i stromych, brukowanych uliczek. Z małych balkonów ze zdobnymi balustradami gęstymi sznurami opadały zielone bluszcze upstrzone drobnym kwieciem. Mewy skrzeczały, kołując ponad portem w zachodzącym słońcu, które nadawało białemu kamieniowi domów pomarańczowego poblasku. Morski wiatr poruszał barwnymi firanami w otwartych na oścież oknach. Ruch na ulicach był znacznie mniejszy, niż to zapamiętał. Nieraz z dzieciakami musieli przeciskać się pomiędzy nogami tłoczących się przy straganach kupców, narażając się przy tym na liczne kuksańce. Dzisiaj mógłby przejechać uliczką, w której tradycyjnie sprzedawano tytoń i alkohol, konno, gdyby tylko Szprotka nie bała się poślizgnąć na śliskich kamieniach.
– Za długo mnie nie było – powiedział, gdy zsiadł już z klaczy.
Dalej nie wychodziło mu to perfekcyjnie z tylko jedną ręką. Chwycił uzdę i spojrzał w dół stromej uliczki z krzywymi kamiennymi schodkami. Tam było wszystko, za czym tęsknił. Pusty rękaw jego szaty falował na wietrze jak firany w oknach białych domów.
– Będziemy musieli sobie znaleźć jakiś zajazd ze stajnią – zwrócił się do Szprotki, która odpowiedziała mu chrapnięciem. Niekiedy sądził, że tylko ten koń go rozumie. Chyba wariował. – Tak, wiem, owies ma być suchy.
– A do starego kolegi to nie zajrzysz?
Głos był tak zachrypnięty, że z trudem rozróżnił poszczególne słowa. W wejściu do sklepu z winami, pod błękitnym baldachimem, stanął wysoki mężczyzna o prostych, rdzawych włosach sięgających ramienia. Nieliczne piegi pod zielonymi oczami nie ujmowały męskości jego twarzy z szerokimi ustami i wyrazistą szczęką. Jego ostry, prosty nos przecinała ukośna blizna.
– Sevan? – spytał z niedowierzaniem Vinor. Poznał go tylko dzięki włosom i tej charakterystycznej szramie, którą kiedyś sprawiła mu matka, gdy w złości rzuciła w niego tacą. – Brzmisz, jakbyś brał za długo i za głęboko.
Mężczyzna roześmiał się głośno, po czym podszedł do Vinora i uściskał go z całej siły jak brata. Był trochę wyższy, ale podobnej budowy.
– Zaraziłem się jakimś dziadostwem przywleczonym zza morza. Gorączka odeszła, ale głos pozostał – wytłumaczył. – Ale ty, skurwielu... – Bezceremonialnie chwycił za pusty rękaw szaty Vinora. – Mówiłeś, że jedziesz, aby się obłowić. Miałeś wrócić cięższy o tonę złota, a wróciłeś lżejszy o jedną kończynę. Jak to się w ogóle stało?
– Cóż... Powiedzmy, że zaszła mała zmiana planów.
– Wojna? – spytał domyślnie Sevan. – Chyba żartujesz? Nie wierzę, że byś się na to zgodził. Ciebie nie obchodzą takie rzeczy. Nie potrafiłeś nawet zapamiętać imienia zarządcy prowincji.
Vinor nie odpowiedział, tylko przeczesał swoje jasne, przepocone teraz włosy. Zatrzymał dłoń na karku.
– Szabrownicy? Dołączyłeś do jakiejś...
– Wcielili mnie przymusowo do armii – wytłumaczył niechętnie. – Wędrowałem z grupą przesiedleńców. Przyjechało paru konnych, mężczyzn zabrali, kobiety i starców zabili, a potem nałożyli nam dziurawe hełmy na głowę i dali szczerbate miecze.
Wzruszył ramionami, dając znać, że nie chce o tym dłużej rozmawiać.
– No i to jest historia do butelki! – Sevan objął go swoich silnym ramieniem. – Zapraszam do mnie. Dla szkapy też się coś znajdzie.
– A co na twoja żona?
Mężczyzna zarechotał swoich ochrypłym głosem.
– Mówiłem, że uwielbiam twoje poczucie humoru? – spytał. – A może chcesz najpierw zaglądnąć do domu? Uczciwie uprzedzam, że twój ojciec cię wydziedziczył.
Vinor nie wyglądał na zaskoczonego. Popatrzył jeszcze raz w dół krętej, kamiennej uliczki.
– Chyba na razie sobie odpuszczę.
*
Vinor odmówił alkoholu, a jego przyjaciel z dzieciństwa nie pytał o powód. Sam jednak nie ważąc na zasady dobrego wychowania, które przez lata za pomocą rózgi próbowała wpoić mu matka, raczył się winem ze swojej piwnicy. Obserwował przy tym towarzysza, który znacznie zmarkotniał po przyjściu do domu Sevana. Do talerza zimnych mięs podchodził z ostrożnością, analizując wpierw, jak je zjeść, aby nie wyglądać śmiesznie.
– To zdechła koza, a nie dziewica z pasem cnoty. Bierzesz i jesz. – Sevan zrzucił sztućce ze stołu, wziął kawałek mięsa palcami i wsadził sobie do ust. – Wykastrowali cię tam też przy okazji?
– Wal się – odburknął Vinor bez werwy, ale jednak zaczął jeść. – Po prostu teraz uderzyło we mnie, że jestem w domu.
– To jest mój dom, a nie twój – przypomniał jego towarzysz ze śmiechem. – Chociaż do twojego cię pewnie nie wpuszczą. Ale jest jeszcze ktoś, kto chętnie przyjąłby cię w swoje progi. Ktoś, kto też mieszka w dole alejki.
– Przestań – burknął Vinor. – Daj tego wina.
Przesunął swój pusty dotąd puchar po stole. Sevan nalał mu, a potem sobie.
– Hej, powiedz – zagadnął po paru dolewkach ziołowego trunku z małej amfory. – Zanim wyjechałeś, przespałeś się z nim, prawda? Te siedem lat temu.
Wreszcie w ciemnoniebieskich oczach Vinora zapłonęło jakieś życie. Rzucił swojemu przyjacielowi krótkie spojrzenie.
– Siedem lat to dużo czasu – stwierdził. – Pamięć ludzka jest zawodna na dłuższych dystansach. Na przykład twoja.
– Uwielbiam ten twój władczy ton. – Zaśmiał się Sevan. – To urocze, jak go tak bronisz, ale to nie ja tu jestem tym złym. To ty mu powiedziałeś, że wyjeżdżasz tylko na rok, chociaż dobrze wiedziałeś, że to nieprawda. Okrutnik z ciebie.
*
Nie zważał na coraz częstsze przestrogi, by przestać odwiedzać doki. Przychodził tu codziennie przed pracą, w zimie jeszcze zanim wzeszło Słońce. Robił to nieprzerwanie od siedmiu lat. Wiedział, że to naiwne z jego strony, ale nie mógł się tak po prostu poddać, chociaż z każdym dniem to miejsce robiło się coraz bardziej niebezpieczne. Odkąd stosunki dyplomatyczne z zamorskim krajem Fu się pogorszyły, a szlaki handlowe zaczęły zamierać, Mordia straciła na znaczeniu. Handlarze przenieśli się do północnych portów, gdzie przybijały statki z Afadii. Miasto było powoli przejmowane przez piratów, którzy niezatrzymywani niemal przez nikogo poczynali sobie coraz śmielej. Teraz też z przycumowanej do brzegu dużej fregaty z czarnymi flagami schodzili po trapie ludzie obładowani skrzyniami. Nielegalny handel kwitł jak nigdy dotąd.
Postanowił więc obserwować statki z dala, aby nie wplątać się w coś niebezpiecznego. Już raz próbowano oskarżyć go o szpiegostwo, chociaż nikt nie potrafił wytłumaczyć dla kogo miałby pracować. W końcu, po przeszukaniu i paru szturchańcach puszczono go wolno. Z tego wszystkiego najgorszy był jednak smród bijący od tych ludzi.
– Więc dzisiaj też nie – westchnął.
Spojrzał jeszcze na spokojne morze, za którego krańcem podnosiło się pomarańczowe Słońce. Zawsze, gdy na nie patrzył, przypominały mu się pomarańcze staczające się po kamiennych schodkach. Mewy rozpoczęły już swój podniebny taniec, dając mu znak, że powinien iść do pracy. Stare, zapomniane legendy mówiły, że jeźdźcy smoków mieli oczy jak niebo, a włosy jak chmury, więc spojrzał jeszcze w górę. Tu też nic. Sprawdził już wodę i powietrze. Został mu tylko ląd. W zamku wespnie się na jedną z wież, z której mógł dojrzeć bramę wjazdową do miasta.
*
Sevan wszedł do sypialni, której użyczył swojemu przyjacielowi. W pokoju panował zaduch, więc otworzył na oścież balkonowe okiennice i kratę. Ciesząc się porannym powietrzem, oparł dłonie o biodra i popatrzył na ogród na tyłach domu. Gdyby matka wstała z grobu i zobaczyła, jaki był zarośnięty, pewnie dostałaby kolejnego zawału. Sevanowi zaś znacznie bardziej podobał się taki, naturalny i nieokiełzany. Z winoroślami i bluszczami pnącymi się po upiornie powykrzywianych gałęziach jabłoni.
Vinor nadal spał. Miał ciężki i równy oddech. Sevan podszedł więc do łoża i odsunął ostrożnie lekki materiał, którym okryte było jego ciało. Nie omieszkał podążyć wzrokiem za cienką ścieżką włosów, której koniec niestety ginął za paskiem spodni. Nie to jednak było jego celem. Lewa ręka została odcięta w połowie ramienia. Kikut i blizna oraz brak śladów po gangrenie wskazywały na to, że operacja została przeprowadzona profesjonalnie, nie przez zwykłego cyrulika, a dyplomowanego chirurga, który raczej nie zajmowałby się przypadkowym brańcem. Może nawet użyto tu magii. To tylko potwierdzało przypuszczenia Sevana, że historię, którą opowiedział mu Vinor, można było wsadzić między lokalne bajki, jak tę o jeźdźcach smoków.
– Wstawaj. – Chwycił Vinora za drugie ramię i potrząsnął nim. – Nadszedł nowy, piękny dzień – dodał wesołym, teatralnym głosem.
– Co ty pieprzysz? – odburknął mężczyzna i chwycił się za nasadę nosa. Czuł się fatalnie. – Co to za gówno, co nam wczoraj polałeś?
– O czym ty mówisz? – zdziwił się Sevan. – Niemożliwe, żebyś miał kaca. Ja czuję się świetnie, a wypiłem trzy razy więcej.
Vinor usiadł na brzegu łóżka i wziął parę głębokich wdechów. Chciał napić się wody z kubka, który stał na nocnej szafce, ale nie mógł go podnieść. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że usiłował go chwycić ręką, której już nie miał, a która wciąż pulsowała bólem dzień w dzień. Sfrustrowany, drugą dłonią uderzył w blat tak mocno, że wszystkie leżące na nim przedmioty podskoczyły.
– Hej, co jest? – spytał zaniepokojony Sevan, ale mężczyzna go nie słuchał.
Zasłonił usta dłonią i wybiegł przez otwarte drzwi balkonowe do ogrodu. Ledwie zszedł z tarasu, gdy zgiął się w pół, a potem opadł na kolana i zwymiotował. Chwycił się za pierś w miejscu serca. Czuł jego niemiłosierne kołatanie i nie mógł złapać tchu. Całe jego ciało się napięło, a żyły stały się znacznie bardziej widoczne. Przez chwilę myślał, że umiera, ale wszystko nagle ustąpiło. Pozostało tylko uczucie słabości w trzech kończynach, które jeszcze miał.
– A to na pewno nie było od mojego wina – stwierdził kategorycznie Sevan. – I obrzygałeś mi truskawki.
Proponował mu pozostanie w łóżku, ale Vinor upierał się, że czuje się dobrze. Wyszli więc z domu, aby coś zjeść i napić się tym razem herbaty. Wcześniej jednak Vinor zajrzał do swojej klaczy.
– Nie musisz iść do pracy? – spytał, gdy szli już brukowaną uliczką. Sklep Sevana znajdował się kilkanaście budynków niżej.
– Mam pracownika.
– Teraz, gdy handel ma się tak źle? – zdziwił się Vinor.
– To wino. Ludzie są zdolni sprzedać za nie duszę, a nawet przeciwstawić się woli cesarza. Zniosą gorszą pszenicę w chlebie, ale nie brak ich ulubionego trunku przy kolacji.
– Współpracujesz z piratami, prawda? – domyślił się Vinor. – Sporo ryzykujesz. I możesz sporo stracić.
Jego towarzysz uśmiechnął się półgębkiem. Spojrzenie jego oczu z opadającymi lekko kącikami i powiekami błyszczało chytrością i bezwzględnością. Mówiło, że może stać się kiedyś człowiekiem, który sprzeda własną matkę, a wcześniej wbije jej nóż w plecy.
– I jeszcze więcej zyskać. Obecna sytuacja daje wiele możliwości ludziom takim jak ty i ja – odparł.
– Czyli jakim? – spytał Vinor z powątpiewaniem w głosie. – Pedałom?
Sevan roześmiał się głośno. Jego ochrypły głos był nieprzyjemny dla ucha.
– Mówiłem, że uwielbiam twoje poczucie humoru?
– Tak, wczoraj ze dwa razy.
– No widzisz. Chodziło mi raczej o tych, którzy chcą osiągnąć coś więcej. Którzy nie chcą być jak reszta. Dlatego przecież wyruszyłeś w swoją wojaż.
– I otrzymałem swoją lekcję – skwitował Vinor.
– Och, proszę – prychnął Sevan. – Nie mów mi, że to w tobie umarło, bo i tak nie uwierzę.
Jego przyjaciel nie zdążył odpowiedzieć, bo w alejce pojawiło się kilku żołnierzy w obcych barwach. Zaczęli rozsuwać tłum, aby przygotować ulicę do przejazdu jakiejś osobistości. Vinor i Sevan stanęli przy ścianie jednej z willi popędzani krzykami żołnierza z miękkim, wschodnim akcentem. Ciekawska gawiedź wyciągała głowy ponad ramieniami zbrojnych. Gdy nadjechał pierwszy jeździec, Sevan przedarł się przez kordon i stanął na środku ulicy, zatrzymując tym cały konwój.
– Co robisz, głupcze?! – syknął oficer. Jego koń nerwowo zadrobił w miejscu. – Czy ty wiesz, kto jedzie tą karetą?!
– Nie wiem, panie – odparł Sevan, pokornie schylając głowę. – Wiem za to, że ta ulica nie nadaje się do przejazdu konno. Ledwie wczoraj koń mojego przyjaciela prawie złamał tu nogę. Te kamienie są bardzo śliskie. Co by mogło stać się z...
– Dość! – rozkazał mężczyzna. Ruszył do przodu i po paru krokach zawołał: – No i co, głupcze?! Kim jesteś, aby mówić mi, jak...
Jego koń przestraszył się i wyrwał gwałtownie do tyłu, gdy zaczął ześlizgiwać się po stromej alejce. Kwiknął, gdy nie mógł złapać równowagi, bo jego kopyta nie znajdowały oparcia na wyślizganym bruku.
– Stój, bałwanie! – warknął na niego oficer, próbując go uspokoić.
Tymczasem przyciemniane grubym płótnem okienko w karocy zostało otwarte i pojawiła się w nim głowa starszego mężczyzny. Jego siwe włosy były zaczesane do tyłu i zaplecione w warkocz, a na małżowinie usznej błyszczał złoty klips z wizerunkiem smoka.
– Podejdź, człowiecze – zwrócił się do Sevana. – Dziękuję ci za uratowanie moich starych kości. Chyba rozpadłyby się w proch po tak twardym spotkaniu z ziemią. Powiedz, jak cię zwą i jaka jest twa profesja.
– Panie. – Mężczyzna ukłonił się w pas. – Jestem Sevan ker Loran i jestem sprzedawcą wina. A to mój wspólnik, Vinor ker Zerfoli. – Wskazał ręką na człowieka w tłumie.
– Wina? – powtórzył starzec. – To doskonale się składa. Zapraszam cię i twego wspólnika na wieczór do zamku. Chętnie nauczę się czegoś o lokalnych trunkach. Włączając w to degustację, oczywiście.
– Jak pan sobie życzy – odparł Sevan. – Czy mógłbym dowiedzieć się, z kim mam przyjemność rozmawiać?
– Oczywiście. Wybacz mi ten brak manier. Jestem Alloniban z rodu Falvorich, nowy zarządca prowincji – powiedział mężczyzna. – Powiedz mi jeszcze, dobry człowieku, którędy najlepiej dojechać do zamku.
Gdy Sevan poinstruował go, iż należy objechać całe miasto, starzec podziękował mu jeszcze raz i schował się w mroku karety, w którym krył się ktoś jeszcze. Przez cały czas Vinor wpatrywał się w ten słaby zarys sylwetki jak zahipnotyzowany. Niepomny na sytuację wokół niego, został popchnięty przez jednego z żołnierzy, gdy tłumowi kazano się rozejść. Sevan pociągnął go za ramię, przepraszając jeszcze za zachowanie towarzysza.
– I tak to się robi – oznajmił zadowolony, gdy znaleźli się w pustej uliczce.
– Muszę przyznać, że elegancko wchodzisz ludziom w dupę.
– Nie zaprzeczę, brachu. Nie zaprzeczę. – Zaśmiał się Sevan. – A ty co? Ducha tam zobaczyłeś?
Vinor pomasował się po czole, które szpeciła pionowa zmarszczka. Był zmęczony tym, że nic nie poszło po jego myśli. Rozgoryczony sobą.
– Może – odparł. – Widziałem tam kogoś, kogo nie mogło tam być. Pewnie to przez twoje feralne wino.
– Na pewno nie. Może to z głodu. Chodź, ja stawiam. – Potarmosił Vinora po srebrnej czuprynie i pocałował go w policzek z głośnym, teatralnym cmoknięciem. – To będzie udany dzień!
Wieczorem udali się na zamek wraz z osłem obładowanym małymi amforami. Vinor nie chciał iść, ale musiał się zgodzić, gdy zawisła nad nim groźba zamieszkania na ulicy. Widać było, że zamek nie był jeszcze gotowy na przyjęcie nowego zarządcy. Służki w pośpiechu myły na kolanach rozległe korytarze i schody, którymi co chwilę ktoś przebiegał z naręczem pościeli lub papierów. Panował tam jeden wielki harmider. Zostali przyjęci przez Allonibana z rodu Falvorich w małej komnacie z widokiem na zatokę. Słońce właśnie zachodziło, zanurzając całe miasto wykute z białego kamienia w pomarańczowym blasku.
Starszy mężczyzna siedział na wysokim fotelu o ciężkich oparciach wyrzeźbionych z czarnego drewna. Uwagę przykuwały grube, złote sznury, które spinały na klatce piersiowej jego lekką, haftowaną szatę. Sevan postanowił omijać wzrokiem najciekawszy obiekt znajdujący się w pomieszczeniu. U stóp starca siedział kilkunastoletni chłopiec, którego kostki były spięte złotymi kajdanami. Ich łańcuch był na tyle długi, że umożliwiał chodzenie, ale nie bieg. Sam chłopiec miał ciemną cerę o odcieniu niespotykanym w całym cesarstwie, jego krótkie włosy były czarne, a tęczówki żółte jak u dzikiego kota. Jego głowa nie poruszała się wcale, ale wielkie oczy pilnie śledziły każdy ruch nowo przybyłych gości. Chłopiec nie miał na sobie koszuli, jedynie szerokie spodnie z lekkiego materiału i trzewiki na stopach. Spiralne wzory wymalowane niebieskim barwnikiem zdobiły jego szczupły, ale umięśniony tors, a także ramiona.
Sevan czuł dziwne podenerwowanie przez żółte oczy obserwujące każdy jego ruch, ale nie dał tego po sobie poznać. Przywitał się z zarządcą i przedstawił mu swoje towary. Najpierw, nim mężczyzna napił się z metalowego pucharu, próbował chłopiec. Oblizywał przy tym usta w zwierzęcym geście, odsłaniając swoje drobne, zaostrzone zęby. Vinor prawie w ogóle nie brał udziału w rozmowie, czasami odpowiadał coś półgębkiem. Sevan uznał, że poranne dolegliwości znów dały mu o sobie znać, bo wszystkie kolory odpłynęły z jego twarzy.
– Czy nie uznasz tego za zbyt wścibskie, jeśli zapytam, jak straciłeś ramię? – zagadnął zarządca.
Sevan już miał odpowiedzieć coś za niego, ale przyjaciel powstrzymał go gestem dłoni.
– Oczywiście, że nie, panie – odparł. – To wina młodzieńczej głupoty. Wielu chłopców bawi się tutaj w skakanie z klifów do wody. Oczywiście konkurują też ze sobą w tym, kto skoczy z bardziej niebezpiecznego miejsca. I jak tak zrobiłem. Niestety źle wymierzyłem skok i lecąc zahaczyłem ręką o wystającą skałę. Uderzenie było na tyle mocne, że nie było już czego składać, a rany zaczęły się jątrzyć, więc medyk amputował rękę.
– Ach, błędy młodości – westchnął starzec, kręcąc głową. – Sam wiele popełniłem. Współczuję ci, młodzieńcze, ale także podziwiam to, że mimo ułomności tak dobrze poradziłeś sobie w życiu.
– Dziękuję, panie – odparł Sevan.
W tym samym momencie z gardła żółtookiego chłopca wydobył się pomruk. Zarządca zaśmiał się i poklepał go po głowie.
– Jest dzisiaj niespokojny. To pewnie przez zmianę klimatu.
– Do powietrza w Mordii trzeba się przyzwyczaić – wtrącił Sevan – ale sól w nim zawarta działa cudownie na cerę.
– Mnie to już chyba nic nie pomoże – zauważył ze śmiechem starzec.
– Panie, jeśli można – odezwał się Vinor – chciałbym udać się na stronę.
– Oczywiście. Nie ma potrzeby pytać. Strażnik wskaże ci drogę.
Poprowadzono go długą galerią z małymi otworami w murze, przez które było widać miasto, do wieży ustępowej*. Słabość po porannym napadzie nie opuściła go przez resztę dnia, choć nie dał tego po sobie poznać. Nie mógł też pozbyć się z ust metalicznego posmaku, jakby wypił kubek wody z rdzą. Do tego ból promieniował od kikuta wzdłuż kręgosłupa silniej niż zazwyczaj, a gdy zobaczył dzikiego z Czarnej Dżungli, wzmógł się do tego stopnia, że musiał zaciskać zęby, aby nie wydać z siebie zbolałego jęku.
*
Nie pozwolono mu dziś wspiąć się na wieżę, by obserwować bramę do miasta. Strażnicy poinformowali go, że od tej pory ta część zamku przeznaczona jest do wyłącznego użytku nowego zarządcy i jego osobistej służby. Niemiły w obyciu strażnik dodał także, że niedługo przybędą skrybowie i rachmistrzowie wytypowani przez Allonibana, więc prawdopodobnie straci posadę. To i niemożność odbycia jego codziennego rytuału nie pozwoliło mu się skupić przez cały dzień. Linijki liter i cyfr mieszały mu się ze sobą, zrobił też tyle kleksów, że nawet starszy rachmistrz zwykle całkowicie pochłonięty pracą kręcił na niego głową zza swojego biurka.
Gdy wreszcie, po zachodzie słońca, mógł opuścić gabinet, korytarze zamku pokonywał szybszym niż zwykle truchtem, rozglądając się jednocześnie, aby znów nie trafić na któregoś z żołnierzy nowego zarządcy. Skrzywił się, gdy jeden z nich wyłonił się zza zakrętu i szedł prosto w jego stronę. Szybko jednak opanował grymas. Towarzyszący mu mężczyzna, równie postawny, ubrany był po cywilnemu. Jego półdługie włosy były niemal białe, z lekkim srebrnym błyskiem, podobnie jak kilkudniowy zarost. Oczy o smutnym wyrazie miały kolor nieba przed burzą lub głębokiego morza. Chód i zgarbiona postawa mężczyzny zdradzały jego zmęczenie tak jak i ściągnięta w grymasie twarz. Pusty rękaw szaty powiewał swobodnie za nim, gdy szedł.
Z każdym krokiem, czuł rosnącą w gardle gulę. Przygryzał wargę obserwując z napięciem każdy jego gest, każde mrugnięcie powieką. Przystanął, czując już w oczach łzy. Osuszył je lekki powiew powietrza, gdy dwójka mężczyzn minęła go bez słowa, czy chociażby pojedynczego spojrzenia.
– Vinor – zawołał za nimi. – Vinor, to ty?
Zmiażdżona w jednym momencie nadzieja znów wypełniła jego serce, gdy mężczyzna przystanął i się obrócił.
– Musiałeś mnie z kimś pomylić – powiedział.
– Ale...
– Przykro mi.
Gdy obserwował plecy oddalającego się mężczyzny, miał mętlik w głowie. Może to rzeczywiście nie był Vinor, pomyślał. Ten smutny, pokonany człowiek o zgaszonym spojrzeniu nie mógł nim być. Jego Vinor chciał zdobywać szczyty i przemierzać morza. Iskry w jego oczach potrafiły rozpalić ogień. Tak, to z pewnością nie był on. Ten człowiek nie mógł nim być.
*
– Aleś mnie przestraszył.
Pierwszym, co zobaczył, była strapiona twarz Sevana stojącego przy łóżku i pochylającego się nad nim. Rozejrzał się, by przekonać się, że znów są w sypialni jego przyjaciela. Nie pamiętał, jak się tu znalazł.
– Co się stało? – sapnął.
Metaliczny posmak w ustach stał się jeszcze silniejszy, a głowa pulsowała tępym bólem. Najbardziej jednak doskwierał mu kikut.
– Znowu miałeś ten dziwny napad, ale tym razem silniejszy – poinformował go Sevan. – Dobrze, że już po opuszczeniu zamku, bo pewnie posądziliby nas o próbę otrucia zarządcy. Nie wzywałem medyka. Bałem się, że uzna to za jakąś chorobę zakaźną i każe cię utopić w morzu. Słuchaj, Vinor, to jest dziwne. Mów, co się dzieje. Nie wciskaj mi znowu jakiejś historyjki o wcieleniu do wojska.
– Nie kłamałem – odparł mężczyzna. – Te napady zdarzają mi się czasami, gdy za dużo wypiję lub się czymś zdenerwuję.
– Na zamku nie tknąłeś wina – zauważył Sevan.
Vinor przymknął na chwilę powieki, które tak strasznie mu ciążyły.
– Widziałem go – powiedział w końcu. – Widziałem Kaharina.
Sevan uśmiechnął się szeroko, ukazując zęby.
– I co? – spytał wesoło. – Twoje serce mocniej zabiło?
– Może, gdybym je miał.
 Och, ptaszku – odparł Sevan. – Gdybyś nie miał, to by nie stanęło i nie musiałbym cię tu wlec.

* Wieża usytuowana na zewnątrz linii murów obronnych zamku. Znajdowały się w niej szalety, z których nieczystości spadały od razu do fosy.

9 komentarzy:

  1. Super! Fantastycznie wykreowane postacie i ten świat! Matko, aż nie wiem co napisać. Zakochałam sie w tym opowiadaniu na zabój. <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wow, co za entuzjazm!:D Bardzo mnie to cieszy, ale też trochę się martwię, czy podołam i nie zawiodę. Muszę się postarać!
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Podoba mi się �� pisz dalej dziewczę��

    OdpowiedzUsuń
  3. ciekawie sie zaczyna :D czekam na ciag dalszy, oby wena i chęci ci dopisały :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie będę się smuciła, że dłużej poczekam sobie na zakończenie "Life is Cheap"
    bo mam to wynagrodzone w tak przyjemny sposób (nawet jak motywem przewodnim opowiadania będzie śmierć i 'sami wiecie, co jeszcze'XDD chociaż to drugie jest przyjemne.I to pierwsze nawetXD Blondyn ma znowu przechlapane u ojca, a rudy dostał od matki.
    :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Celne to "Blondyn ma znowu przechlapane u ojca, a rudy dostał od matki" xD Naprawdę mnie rozbawiło. Mam tylko nadzieję, że się nie powtarzam.
      "I to pierwsze nawetXD" - ja to też lubię, jak ktoś od czasu do czasu kipnie w opowiadaniu/serialu. Emocje rosną.
      Pozdrawiam!

      Usuń
  5. Szprotka?... Szprotka?? Szprotka?! *leży na dywanie i kwiczy ze śmiechu*

    Nie no... Ktoś się za dużo Wieśka naczytał... Albo nagrał :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to było celowe nawiązanie do Wiedźmina. Chciałam sprawdzić, czy ktoś w ogóle zauważy. Tak jak z nazwiskiem Hetfield (lider Metalliki) w TB. Taka mała gra z czytelnikiem ;). Wszystkie książki o Wieśku mam w domu, ale gier nie lubię.
      Pozdrawiam!

      Usuń