środa, 14 września 2016

ROZDZIAŁ 6 - Szara mysz i rudy szczur

Wczoraj w nocy pierwszy raz poczułam "coś" podczas oglądania horroru. Nigdy dotąd żaden mnie nie przeraził, nawet "Obecność", a hektolitry krwi, latające po ekranie kikuty i flaki w ogóle mnie nie ruszały. Jednak tona sztucznej krwi połączona z profanacją sacrum w postaci kobiety w dziewiątym miesiącu ciąży ścisnęły mi żołądek. "Najście" tylko dla śmiałków. A oto 6 rozdział Texas Brothers - Jest Jack! Yay!
a poranną mszę udali się do Katedry Mariackiej w Amarillo. Niski, lecz rozległy budynek z pojedynczą wieżą zbudowany był z drobnej cegły. Na jednej ze ścian widniała płaskorzeźba przedstawiająca Maryję z dzieciątkiem. Felix wstawał, gdy wszyscy wstawali i siadał, gdy inni to robili. Na sali przeważały białe rodziny, a przedstawiciele innych ras stłoczeni byli w odseparowane grupki. Msza była wyjątkowo nudna, nie było tu miejsca na niosący wesołą nowinę chór Gospel. Stał obok Liama, który od rana nie zamienił z nim nawet jednego zdania. Nic w tym dziwnego, bo cały czas towarzyszyli im jego rodzice, a temat rozmowy mógł być tylko jeden.

Podczas kazania Felix zastanawiał się nad tym, jak prosto jest nieodwracalnie wpłynąć na czyjeś życie. Wystarczy kilka sekund, by zniszczyć to, co ktoś przez cały swój żywot budował. Gdyby teraz chwycił Liama za rękę i zauważyłaby to jedna osoba... Później Felix rozmyślał o spermie, którą w nocy skwapliwie ścierał z parkietu.
Gdy Benjamin na powrót nałożył na swoją okrągłą głowę pokrytą przerzedzającymi się, siwymi włosami kowbojski kapelusz z ozdobnym skórzanym paskiem ze złotymi elementami, był to znak, że mogą wyjść z kościoła. Zarówno on, jak i Misaki płynęli z tłumem w coniedzielnym tempie i konwersowali z innym członkami Kościoła na te same tematy. Pogoda zła, podatki coraz wyższe tak jak i przestępczość wśród imigrantów zza południowej granicy. Powinni wszystkich deportować, bo zabierają pracę ich dzieciom. Liam już widział, jak którykolwiek z synów wąsatych właścicieli pól naftowych zostaje popychadłem w myjni samochodowej. Wszyscy popatrywali też spod rond kapeluszy na Felixa, a dziewczyny oblewały się rumieńcami i z ukrycia robiły mu zdjęcia.
Po obowiązkowym rytuale wsiedli do samochodu i ruszyli w drogę powrotną. Liam miał nadzieję, jak najszybciej odebrać zapasy jedzenia od matki i wrócić do Oklahomy. Najlepiej ominąłby też samą podróż, aby nie musieć przebywać ze Stinsonem w ciasnej bryle samochodu przez kilka godzin. Nie miał pojęcia, co myśleć o wczorajszym. Nie bał się o siebie, bo przecież nie poczuł niczego, co zmusiłoby go do ulżenia sobie po jego wyjściu. Nie było też tak, że nie poczuł zupełnie niczego, ale ciało to ciało, a dotyk to dotyk. Konfundowało go tylko to, co Felix chciał tym osiągnąć. Miał aż taką chcicę, że zabrał się za niego? W każdym razie wychodziło na to, że zastępca kapitana drużyny baseballowej nie był szkolnym samcem beta, ale samicą, czy wręcz suką. Na szczęście ojciec po wyjściu z samochodu udał się od razu do zakładu mechanicznego, który był otwarty także w niedzielę. Benjamin Hetfield dbał tylko o duszę swoją i swoich najbliższych.
Chłopcy pokonwersowali na luźne tematy z Misaki, która jednocześnie pakowała synowi różnorakie jedzenie do płóciennej torby. Liam pożegnał się z nią uściskiem i ruszył z Felixem do zaparkowanego przed domem zielonego Dodge'a. Przed samochodem stał już jego ojciec i krytycznie przypatrywał się rysą na lakierze.
– Felix, chłopcze – zwrócił się do Stinsona. – Podjąłeś jakieś decyzje co do auta? Możesz liczyć na sporą obniżkę.
– Chyba muszę najpierw pogadać z drużyną – odparł chłopak, chcąc go zbyć.
– Widzę, że bierzesz baseball i drużynę bardzo na poważnie. Podoba mi się taka postawa u tak młodego człowieka. Na pewno zajdziesz daleko. Mój syn mógłby brać z ciebie przykład.
Liam zacisnął zęby na te słowa. Powinien już się przyzwyczaić po tylu latach, jednak słowa ojca za każdym razem bolały go tak samo. Wbił paznokcie we wnętrza zaciśniętych dłoni. Powinien to zbyć, powinien nie odpowiadać.
– I jak niby mam to zrobić?! – wybuchnął. – Połamać i wydłużyć sobie kości? Zoperować twarz? Jestem sobą i nic tego nie zmieni. Musisz w końcu przyjąć do wiadomości, że jeden z milionów twoich plemników okazał się gorszy od reszty i to on wygrał!
– Jak śmiesz, ty mały…! – warknął Benjamin, a jego pucołowata twarz poczerwieniała. Zbliżył się gwałtownie do Liama z zamiarem chwycenia go za twarz lub uderzenia, ale drogę zastąpił mu Felix.
– Z całym szacunkiem, panie Hetfield – powiedział hardo – ale pański syn nie powinien wcielać się we mnie, ale ja w niego. Jeśli zostanę profesjonalnym baseballistą to tylko przeciętnym. Nie ja będę reklamować moją gładką mordą samochody i szampony do włosów. A w wieku czterdziestu lat zostanę kolejnym zgorzkniałym gościem bez wykształcenia, ale za to z debetem na karcie, zniszczonym zdrowiem i poczuciem, że zmarnowałem swoją młodość. Z litości dadzą mi fuchę trenera w jakieś podrzędnej szkole i na treningi będą przychodził opity najtańszą whisky. Pana syn w tym czasie będzie popijał Dom Perignon z kontrahentami w swoim biurze na pięćdziesiątym piętrze po kolejnym skończonym projekcie. Także ten, w mojej osobistej opinii nie docenia pan swojego najmłodszego syna. Świat się zmienił. Przemoc razy siła to już nie jest droga do sukcesu.
Felix wsiadł do samochodu, zostawiając oniemiałego Benjamina na placu przed domem. Liam czym prędzej poszedł w jego ślady. Przez cały monolog z rosnącym przerażeniem obserwował, jak twarz ojca coraz bardziej purpurowieje. Trochę żal mu było matki, bo to na nią ojciec przeleje swoją wściekłość, ale jej przynajmniej nie bił. Odpalił samochód, przejechał przez podwórze i żwirowaną drogę pomiędzy składowanymi samochodami, by skierować się w stronę Oklahomy. Felix ponownie odsunął sobie maksymalnie siedzenie, oparł stopy o deskę rozdzielczą i jakby nigdy nic przeglądał coś w telefonie.
– Hej... ty tak na serio? – spytał po jakimś czasie ciszy Liam. Był bardzo bliski ujrzenia Felixa w zupełnie innym, lepszym świetle.
Chłopak uniósł głowę znad telefonu i popatrzył w jego stronę. Iskierki znów grały w jego piwnych oczach, a na twarz wpełzł w pełni zadowolony uśmiech.
– No co ty, Liam! – Zaśmiał się. – Mówiłem w imieniu tego bęcwała, kapitana drużyny. Gościu jest głupi jak but, a sterydy wpieprza niczym płetwal plankton.
– A ty? – spytał Liam.
– Co ja? – Felix wskazał na siebie kciukami i uśmiechnął się szelmowsko. – Ja jestem zajebisty. Chyba nie wątpiłeś?
Liam pokręcił głową, ale nie powstrzymał się przed cichym parsknięciem.
– Czego innego mógłbym się po tobie spodziewać?
***
Już trzecią dobę spędzali w małym hotelu na wyspie Galvestone, którą z lądową częścią Teksasu łączyły dwa mosty drogowe i jeden kolejowy. Chociaż piasek nie był tu tak biały, a woda Zatoki Meksykańskiej nie tak niebieska, jak na Florydzie z powodu intensywnego wydobycia ropy naftowej i większego lub mniejszego wycieku co jakiś czas, miejscowość i tak cieszyła się popularnością wśród turystów. Mniej luksusowe odcienie piachu i wody skutkowały mniej luksusowymi cenami. Santa Boy siedział na jednym z białych foteli ustawionych przy oknie i pastował swoje skórzane buty. Ubrany był w białą koszulę z krótkimi rękawami i zapiętym, wysokim kołnierzykiem. Zdobiły ją srebrne, grawerowane guziki. Na wierzch zarzuconą miał jeszcze czarną, rozpiętą kamizelkę od garnituru. Z jej wewnętrznej kieszeni zwisał długi łańcuszek, sięgający połowy uda, którego drugi koniec przypięty był to tylnej szlufki czarnych dżinsów. Sasza w prostym bezrękawniku i podartych dżinsach obserwował podrygujące przy każdym zamaszystym ruchu mężczyzny nieułożone tego ranka włosy. Siedział po drugiej stronie szklanego stolika i sączył wodę z aspiryną. Strasznie wczoraj popił. Dobrze, że nie miał długich włosów, bo nie podejrzewał u Santy takich pokładów miłosierdzia, aby mu je trzymał nad sedesem. Mężczyzna nakładał już trzecią warstwę pasty do butów, co nie wróżyło niczego dobrego. Zwykle kończył na dwóch. Santa nie przejawiał sentymentu do przedmiotów, nawet tych drogich i długo mu służących, jak jego czarny deVille z siedemdziesiątego trzeciego. Jednak przy wyborze butów zastanawiał się zawsze dłużej, oceniając materiał, wyprofilowanie, sposób łączenia i dokładność wykonania. Skórzane pastował co miesiąc i szczotkował bardzo dokładnie szczoteczką do zębów. Powiedział kiedyś, że dbanie o buty to jedyna rzecz, której nauczył go ojciec. Sasza nie mógł nic wyczytać z jego twarzy, która, nawet gdy się uśmiechał, przyjmowała dość nieprzyjazny wyraz. Miał długi nos, wąskie usta z dwoma stożkowymi kolczykami poniżej lewego kącika warg i głęboko osadzone piwne oczy. Lekko spiczaste uszy tylko dodawały demonicznego wyrazu jego twarzy. Czarne włosy oczywiście były farbowane, a plotki mówiły, że tak naprawdę był blondynem, jednak trudno było znaleźć zdjęcia z lat dziewięćdziesiątych potwierdzające tę tezę. Sasza rozpoznawał zły nastrój Santy jedynie przez jego kompulsywne ruchy przy pastowaniu. Podejrzewał, że ich przyczyną były wczorajsze czterdzieste urodziny mężczyzny.
Santa Boy zakończył pastowanie i równo ułożył buty pod stolikiem. Wyciągnął rękę i przejechał umorusanymi palcami po policzku zaskoczonego Saszy.
– Co jest?! – zawołał zaskoczony chłopak i spróbował zetrzeć pastę z twarzy.
– Patrzyłeś się na mnie jak szpak w pizdę – odparł Santa.
– Jak szpak w co? – Zaśmiał się Sasza. – Nie słyszałem takiego powiedzenia.
Santa Boy poprawił fryzurę, zaczesując do tyłu pasek włosów na szczycie podgolonej głowy. Obie jego ręce były gęsto pokryte wieloma, drobnymi tatuażami, które nie tworzyły spójnej całości. Sasza nie miał pojęcia, gdzie i kiedy poszczególne z nich zostały zrobione i co miały symbolizować. Nie byli parą, która po seksie kładzie się na łóżku twarzami do siebie i zdradza swoje sekrety, trzymając się za ręce. Wstał i obszedł stolik, by uklęknąć przed Santa Boy'em. Nigdy przedtem nie był z żadnym facetem, nawet o tym nie myślał. Może nie był nawet gejem. Nie było potrzeby zastanawiania się nad tym. Płeć miała znaczenie drugorzędne w przypadku Santy Boy'a. Dla młodych i zbuntowanych był on kiedyś ikoną, symbolem seksu i wyzwolenia. Był jak Elvis Presley dla młodzieży z lat sześćdziesiątych. Sasza dochodził często do wniosku, że pożądał tego Santy Boy'a, który krzyczał do mikrofonu odziany jedynie w obcisłe skórzane spodnie i którego twarz zasłaniały przyklejone potem długie włosy. Kochał natomiast tego współczesnego.
Wysupłał jego penisa ze spodni i bez zbędnych pieszczot od razu wziął go do ust. Lubił czuć na języku jego ostry, specyficzny smak. Nigdy nie miał go dość tak jak i uczucia włosów łonowych pod palcami. Wziął go głębiej i ssał, starając się jednocześnie masować kulką na języku. Miarowe i mrukliwe przez specyficzny głos Santy gardłowe sapanie nadawało rytm ruchom jego głowy.
– To dość niezwykłe, że tak to lubisz – stwierdził Santa.
Sasza wypuścił z ust członek i przełknął ślinę, by odpowiedzieć:
– To łatwiejsze niż z cipką. Łatwiej utrzymać w ustach.
– Nie pojmuję cię – odparł Santa i uśmiechnął się pierwszy raz od rana. Rozpiął też swoją białą koszulę, ukazując tors pokryty kręconymi włoskami. Gdy był w High Death, cały golił się na gładko, zostawiając jedynie pasek włosów sięgający pępka. Swego czasu śniły o nim tysiące nastolatek. – Jeszcze trochę.
Chwycił Saszę za sztywne włosy irokeza i przyciągnął na powrót do swojego członka. Chłopak wziął go teraz trochę głębiej. Lubił być przed Santą na kolanach i czuć jego władczość. Jęknął niemal z pretensją, gdy po chwili został odciągnięty za włosy. Penis Santy był już sztywny, ale mężczyzna zamierzał skończyć w inny sposób.
– Na łóżko – rozkazał, przechodząc we władczy ton, który tylko przyprawił Saszę o drgnięcie penisa.
Sasza rozebrał się i położył na pościeli na brzuchu. Zawsze od niego zależało, w jakiej pozycji to zrobią. Odwrócił głowę, by spojrzeć na sztywnego penisa Santy Boy'a, gdy ten zbliżał się do łóżka jedynie w rozpiętej koszuli. Sasza jęknął podniecony, a sprężyny zaskrzypiały, gdy mężczyzna położył się na nim płasko. Przygniótł go biodrami do materaca i polizał po uchu. Jego penis wsunął się między zaciśnięte pośladki chłopaka. Sasza odwrócił do niego zarumienioną twarz i sięgnął pod poduszkę. Podał mężczyźnie żel. Santa uniósł się znad niego na tyle, by jego penis wysunął się z rowka i poklepał go po udzie, by Sasza zgiął jedną a nogę. Pomasował dwoma śliskimi palcami z zewnątrz jego dziurkę okoloną drobnymi włoskami. W sumie Sasza nie wiedział, czy mężczyzna wolałby, aby się depilował. Santa Boy nigdy nic nie mówił na ten temat, a on nie zamierzał pytać. Muzyk wsunął w niego oba palce do końca, nie bawiąc się w rozdrabnianie. Chwycił przy tym zębami ucho Saszy, skutecznie odwracając jego uwagę od tyłka. Chłopak jak zawsze był bardzo ciasny.
– Sasza, wiecznie dziewica – zadrwił mężczyzna, szepcząc mu wprost do ucha.
Saszy nie w głowie były teraz cięte riposty. Jęknął podniecony i napiął mięśnie pleców, lekko falując. Odczuwał ból podczas każdego stosunku, a i tak dochodził. Santa wyciągnął palce i nasmarował swojego penisa. Resztę żelu z palców wytarł o chudy półdupek chłopaka i jeszcze go w niego trzasnął.
– Nie rób... – jęknął chłopak.
Santa znów się na nim położył, moszcząc się tak, by jego penis natrafił na dziurkę chłopaka. Zaczął na nią napierać, czekając, aż go przyjmie. Sasza wypiął się lekko, ułatwiając główce przedarcie się do środka. Santa Boy wsunął się do końca z mrukliwym stęknięciem i chwycił go za irokeza. Posuwał dyszącego pod nim chłopaka płynnymi ruchami, podgryzając mu przy tym ucho i szyję. Przyduszał go do materaca całym ciałem i Sasza czuł, że nawet, jakby chciał, nie mógłby się spod niego uwolnić. Kochał to uczucie. Wiedział też, że po wszystkim będzie miał zaczerwienione ucho i szyję. Gdy będą przechodzić holem hotelu, nikt nie będzie miał wątpliwości, co robili w pokoju. 
– Tak... – jęknął.
Odpowiedziały mu tylko mrukliwe stęknięcia mężczyzny, który rzadko odzywał się podczas seksu. Po chwili Santa Boy uniósł się znad niego, by członek był płycej zanurzony w ciąż za ciasnym wnętrzu chłopaka i zaczął posuwać go intensywnej. Sasza krzyknął, gdy po parunastu ruchach mężczyzna dobił głębiej, dochodząc w nim. Sam nie miał, jak się masturbować w tej pozycji, więc starał ocierać się o pościel. Santa Boy po odsapnięciu i wyciągnięciu penisa, przeturlał ich na bok. Chwycił sztywnego kutasa Saszy w dłoń i zaczął masturbować go pewnymi, szybkimi ruchami. Chłopak pojękiwał głośno i wbijał się plecami w jego tors. Doszedł, plamiąc granatową poszwę kołdry i dłoń Santy Boy'a. Muzyk przewalił się ciężko na plecy. Jedną rękę przygniatał mu Sasza, który wciąż jeszcze dyszał.
– Nie chce mi się iść umyć – powiedział.
– Ja cię umyję – odparł Sasza, gdy już odsapnął. Przekręcił się na pościeli, by jego twarz była na wysokości penisa mężczyzny. Chwycił go i wylizał, masując językiem.
– Naprawdę to lubisz, co? – spytał rozbawiony Santa Boy, który w tym czasie uciskał jego pośladek.
– Umm – odparł Sasza z jego penisem w ustach.
Santa przecisnął rękę przez jego zaciśnięte uda, by poczuć na palcach własną spermę, wpływającą z dziurki chłopaka.
– Tylko nie licz na to, że też cię „umyję”
– Spoko – odparł Sasza, gdy już pocałował lśniącego teraz od śliny penisa na pożegnanie. Znów się przekręcił, a Santa Boy podsunął mu pod nos swoją ubrudzoną spermą dłoń.
Nie chciał jeszcze wstawać i nie chciał też wyjeżdżać z Galvestone. Było mu tak dobrze, gdy byli tylko we dwójkę i spali razem na jednym łóżku. Byli daleko od przyjaciół Santy Boya ze świata showbiznesu, od jego jednonocnych kochanków i od Jacka Hetfielda. Santa Boy musiał mieć w sobie coś doprawdy magicznego, że nawet tacy goście jak on, młodzi, przystojni i bogaci nadal ślinili się na jego widok, mimo że gwiazda muzyka przygasła już dawno. Sasza przeturlał się w stronę mężczyzny i zawisł nad jego ciałem. Santa rzadko inicjował pocałunki, ale odpowiadał, gdy on to robił.
Poderwał się do góry na dźwięk telefonu Santy Boy'a. Zerknął jeszcze w jego piwne oczy i rozeźlony spełzł z łóżka, aby mu go podać. Na wyświetlaczu widniał napis „Jack Hetfield – samochód”.
– Słucham – powiedział Santa do słuchawki. Uprzejmość nie była jego silną stroną. – Tak... może być jutro w Amarillo. O tej, o której będę. Cena jak uzgodniliśmy.
Odrzucił telefon na pościel i spojrzał na Saszę.
– Myj to dupsko, trzeba się zbierać.
***
Jack zajechał swoim Viperem przed zakład mechaniczny i wysiadł z auta. Uśmiechnął się pod nosem na widok zrezygnowanych min pracowników. Myśleli, że wreszcie spędzą dzień w robocie bez wysłuchiwania pouczeń i rozkazów starego Hetfielda, który pojechał na badania kardiologiczne do szpitala, a tu pojawiła się nowa zaraza – jego najstarszy syn. Jack przeszedł przez zakład, nie siląc się na uśmiech, więc i oni go nim nie obdarzyli. Bez pukania wszedł do biura przełożonego mechaników – jedynego w miarę czystego pomieszczenia z klimatyzacją. Mężczyzna zrobił gwałtowny ruch i Jack usłyszał, jak coś spada pod zabudowanym biurkiem na podłogę.
– Och, Jack! – zawołał mechanik ze sztucznym entuzjazmem. – Ojciec nie wspominał, że się dzisiaj pojawisz.
Pulchny mężczyzna po pięćdziesiątce z głębokimi zakolami wstał ciężko z fotela i podszedł do Jacka, aby podać mu dłoń, którą wcześniej wytarł w spodnie. Hetfield ją zignorował i rozejrzał się po pomieszczeniu. Z plakatów i przestarzałych kalendarzy na ścianach straszyły nagie kobiety ze sztucznymi, monstrualnymi piersiami. W rogu stała mała, podrapana lodówka.
– Będę dziś miał ważnego klienta – oznajmił Jack. – Potrzebuję tego pokoju, aby na niego poczekać.
– Aha – odparł niemrawo mechanik. – A o której ma przyjechać?
– Przyjedzie, jak będzie – powiedział Jack, parafrazując słowa rockmana. Tylko on mógł okazać mu taką bezczelność bez konsekwencji. Uznał, że rozmowa jest zakończona, więc usiadł na obracanym fotelu za zagraconym biurkiem.
– I jeszcze jedno. – Zatrzymał wychodzącego już wielce niezadowolonego mechanika. – Zawołaj tu Josha.
– Po co? – zapytał mężczyzna. – Ten zrudziały idiota nawet nie umie zaparzyć kawy. Niczego nie zrobi dobrze sam, jak mu się wpierw nie przypierdoli. Inaczej nic nie dociera do jego pustej głowy, jak mu nie natłuczesz. Ja wiem, że to dobrze dla wizerunku firmy przyjmować idiotów i innych ułomów, ale...
– I jak niby wygląda to natłukiwanie? – przerwał mu ostro Jack.
– Co?
– Też mam kilku bęcwałów w swoim salonie. Chciałbym się dowiedzieć od starszego kolegi, jakie metody dydaktyczne są najskuteczniejsze. – Jack oparł łokcie o biurko i położył podbródek na zaplecionych dłoniach. Mechanik zgarbił się pod wyczekującym wzrokiem młodego Hetfielda. – No, słucham.
– Eee...
– Eee – sparodiował mechanika Jack. – Bardzo elokwentnie. A teraz spierdalaj zawołać Josha, a w przyszłości ogranicz te swoje metody wychowawcze.
Gdy mężczyzna wyszedł z wybitnie głupią miną na swojej otłuszczonej mordzie, Jack zajrzał pod biurko. Na podłodze leżał upuszczony przez mechanika magazyn „Playboy”. Jeden z tych starszych numerów, w którym były jeszcze nagie kobiety. Jack prychnął tylko i zajrzał do lodówki. W końcu do biura wszedł Josh w swoim niebieskim kombinezonie. Jego wielkie, błękitne ślepia jak zwykle błyszczały na widok Jacka, a rude włosy były w nieładzie.
– Siadaj – powiedział Jack. Chłopak rozejrzał się w poszukiwaniu wolnego krzesła, ale go nie znalazł. – Usiądź na biurku.
– Ale Bill znowu będzie zły, jak mu pomieszam papiery – jęknął Josh.
Jack popatrzył na stosy dokumentacji zagracające prawie całe biurko. Dziadyga nadal nie nauczył się korzystać z komputera. Zrzucił jedną kupkę, a kartki pofrunęły po całym pokoju, by w końcu upaść na brudne linoleum.
– Proszę, miejsce.
Josh niepewnie popatrzył po podłodze i usiadł na biurku. Pewnie to on będzie musiał to wszystko sprzątać, gdy Jack już pójdzie. Jack!
– Bliżej – powiedział mężczyzna, a Josh obrócił się na blacie, zrzucając przy tym kubek z długopisami. Usiadł twarzą do Jacka, a jego łydki zwisały swobodnie obok fotela. Blondyn dotknął palcami jego różowych i bardzo wydatnych ust. Ich skóra była popękana. Chłopak rozsunął wargi i lekko zagryzł jego palce, które teraz dotykały ciepłego i śliskiego języka. Jack przyciągnął go za kark do pocałunku. Włożył mu język do ust, doczekując się po chwili niepewnej odpowiedzi w postaci ssania. Na pożegnanie pociągnął zębami jeszcze dolną wargę Josha. Przełożył dłoń z jego karku na zarumieniony policzek chłopaka, który znów wgapiał się w niego tym cielęcym wzrokiem.
– Josh, jesteśmy tutaj całkiem sami – powiedział. – Zupełnie jak w naszym deVille.
– Jack...
– Tak właśnie. – Uwielbiał, kiedy Josh wypowiadał jego imię tym jękliwym, niemal płaczliwym głosem. Przelewał w to całe swoje uczucie, pragnienie i oczekiwanie. Nikt inny nie wypowiadał tak imienia Jacka Hetfielda. – Musisz być zmęczony po harówce w tym skwarze. Chcesz napić się czegoś zimnego?
Jack wstał i podszedł do małej, nieustannie buczącej, odrapanej lodówki. W środku obok bekonu, piwa i kanapek w folii było kilka wód smakowych.
– Ale Bill mówił, żeby nie mogę korzystać z jego lodówki.
– Jego lodówki? – powtórzył Jack. – Ten zakład, ta kanciapa, a nawet ta lodówka nie należą do niego. Wszystko to jest mojego ojca, a więc i moje. I ten łysy spaślak nie może ci zabronić korzystać z pieprzonej lodówki! Rozumiesz, Josh? Jeśli tylko zechcesz, to sprawię, że będziesz miał ją na wyłączność. Chcesz?!
– Nie... – odparł niepewnie Josh.
Jack tylko pokręcił głową z rezygnacją i podał mu wodę o smaku truskawkowym. Josh upił trochę i się skrzywił.
– Co, niedobra? – spytał mężczyzna.
– Truskawkowa.
– Kurwa, Josh, trzeba było mówić, że nie lubisz truskawek. Miejże trochę asertywności. Jesteś w końcu dorosłym facetem.
– Jeszcze nie – mruknął Josh i odebrał od Jacka drugą wodę, tym razem cytrynową.
– Jak to „jeszcze nie”? – zdziwił się mężczyzna. – To ile tym masz lat? I skończyłeś chyba liceum (high school)?
– Siedemnaście – odparł chłopak, patrząc spod rzęs na mężczyznę. Chciał być bliżej niego. Dlaczego musiał stać po drugiej stronie pokoju? – Nigdy nie poszedłem do liceum.
Jack wypuścił głośno powietrze. Że też takie przypadki nadal zdarzają się w kraju pierwszego świata. Super mocarstwo, kurwa.
– A Tracy?
– Chodzi na kurs na fryzjerkę – odparł chłopak.
– Zaraz, zaraz. – Jack zaczął łączyć w głowie pewne fakty. – A ona pracuje, czy dorabia jedynie dawaniem dupy?
– Nie pracuje.
– Yhm. Ja widzę to tak: przynosisz do domu, przepraszam, przyczepy te ochłapy, które tutaj zarabiasz, a ona za nie opłaca swój kurs i kosmetyczkę co tydzień. A gdzie w ogóle jest wasza matka?
– W więzieniu.
– No pewnie – prychnął Jack.
Usiadł na powrót na obracanym krześle i przyciągnął Josha do siebie. Włożył palce w jego gęste włosy, a chłopak w specyficzny dla niego, koci sposób przekręcił głowę i przymknął oczy. Drapał go tak za uchem, wsłuchując się w jego ciche posapywania. Mógł go po prostu stąd zabrać, z tego syfu, z tej odrapanej przyczepy i od wykorzystującej go siostry. Mógł go wysłać do fryzjera, ubrać i opłacić mu, jaką tylko chciał szkołę. Nawet by się przy tym nie zmęczył. Był przecież nadziany, mógł to komuś zlecić. Niesamowite jak prosto można odmienić czyjeś życie, jak niewiele do tego potrzeba, a jak niewielu to robi. Ale dlaczego właściwie on miał to robić? Tylko dlatego, że rudy szczurek wpatruje się w niego tymi cielęcymi gałami jak w Matkę Boską? Jack nie chciał odpowiedzialności. Chciał pozostać tym samym wrednym skurwysynem, którym mianował się lata temu.
– Jack – zaskomlał Josh.
Pociągnął go do siebie na kolana i drugi raz tego dnia pocałował z westchnieniem. Josh siedział bokiem, więc objął mężczyznę za kark, żeby być bliżej. Jack początkowo planował po prostu przeruchać dzieciaka na tym biurku, ale teraz stracił ochotę. Zapatrzył się w jego błyszczące, wielkie ślepia i piegi na zarumienionych policzkach.
Josh odskoczył od Jacka, prawie się poślizgując na kartce, gdy drzwi otwarły się z głośnym skrzypieniem dawno nieoliwionych zawiasów. Do środka wszedł mechanika Bill. Jego twarz pokryta była kroplami potu, a na kraciastej koszuli pojawiły się plamy. Bardzo się cieszył, że za niedługo będzie mógł wrócić do swojego klimatyzowanego biura. I do rozkładówki.
– Emm... Przyjechało jakiś dwóch brudasów Cadillaciem. Mówią, że do ciebie.
Jack nie miał już ochoty na werbalne zjechanie tego idioty, więc tylko niby przypadkiem zrzucił jeszcze jedną stertę papierów, wstając. Josh jak wierny psiak podążył za nim ze spuszczoną głową.
– Hej. – Mechanik zatrzymał go, chwytając za ramię. – Ktoś to musi posprzątać.
Jack odwrócił się w drzwiach i spojrzał na niego z góry.
– Owszem – zgodził się. – I to będziesz ty. Josh, idziemy.
Chłopak nie chcąc zostać w tyle, wyrwał się mechanikowi i potruchtał za Jackiem. Rozdzielili się przed zakładem mechanicznym. Mężczyzna ruszył w kierunku parkingu, a Josh wrócił do swoich obowiązków. Na odchodne posłał mu jeszcze jedno tęskne spojrzenie.
– Jack.
***
Sasza skrzywił się, gdy tylko dojrzał zbliżającego się w ich stronę Jacka Hetfielda. Jego szare oczy niemal oślepiła doskonałość sylwetki mężczyzny podkreślonej przez szyty na miarę garnitur. Schował się za plecami Santy Boy'a i postanowił po prostu przeczekać. Jack podszedł do czarnego deVille i podał rockmanowi rękę na przywitanie, zupełnie ignorując niższego faceta z irokezem na głowie. Stanęli bardzo blisko siebie, za blisko jak na zwykłego klienta i kupca. Sasza zauważył, że Jack Hetfield i Santa Boy mieli tyle samo wzrostu. Ich oczy, nosy i usta znajdowały się na tej samej wysokości. Wystarczy, że jeden zrobiłby pół kroku, aby ich wargi się zetknęły. On musiał stawać na palcach, żeby pocałować Santę Boy'a. Muzyk nigdy nie pochylał się do niego.
– Widzę, że nakręciłeś dodatkowe kilometry – powiedział Jack, wskazując na ochlapany bok auta. – Powinienem obniżyć za to cenę.
– Ale tego nie zrobisz – stwierdził Santa, uśmiechając się bezczelnie.
– Nie zrobię – zgodził się powoli Jack, cały czas utrzymując kontakt wzrokowy. – W końcu cały pokój miałem zalepiony plakatami z High Death. – Tak naprawdę plakaty trzymał za szafą, żeby ojciec ich nie zobaczył. – Gorący był ze mnie fan.
– Nie zaprzeczę.
Sasza czuł się całkowicie pominięty i bardziej niż nie na miejscu. Gorący fan, sarknął w duchu. Gorąca to była twoja dupa. Nie wiedząc, co począć ze swoim marnym jestestwem, zaczął rozglądać się po parkingu. Na drugim końcu, za latarnią dojrzał rudowłosego chłopca w niebieskim kombinezonie. Wyraźnie patrzył się na nich i Sasza był pewien, że ich wzrok wyraża to samo. Heh, pewnie pan blondi super mister zabawia się dzieciakiem, czytaj, jego dupą, jak te dziesięć lat temu Santa Boy nim. Sasza sięgnął do kieszeni potarganych dżinsów i wyczuł pod palcami kanciasty kształt pendrive'a.
Hetfield i Santa wymienili ze sobą jeszcze kilka zdań, po których Saszy chciało się rzygać bardziej niż na detoksie, aż podszedł do nich młody mechanik z blizną na policzku.
– Więc to ta fura? Pan Hetfield będzie zadowolony. To co? Bierem go na warsztat, sprawdzić, czy wszystko cyka. Później rudy go odkurzy i wypoleruje i będzie cacy.
– To trochę zajmie. Może pójdziesz ze mną do salonu? Popijemy whisky na kanapie – zwrócił się Jack do Santy Boy'a, ponownie ignorując wychudzonego gostka z irokezem.
– Pewnie – pochwycił muzyk. – Skoro nie mam już auta, mogę sobie golnąć.
– Taa, jakby picie kiedykolwiek przeszkadzało ci w prowadzeniu – mruknął Sasza niby do siebie i powlókł się za nimi w kierunku oszklonych drzwi salonu. Przedtem jednak wrzucił pendrive'a z filmem przez okno na podłogę deVille. Wcale nie musiał go znaleźć rudy chłopak. Może byłoby nawet lepiej, oczywiście nie dla Jacka Hetfielda, gdyby film wpadł do rąk jednego z mechaników.

9 komentarzy:

  1. Bloga śledzę już od jakiegoś czasu, ale czytanie go zostawiłam sobie na później, żebyś opublikowała już trochę rozdziałów. Lubię czytać hurtowo. I teraz niestety żałuję, że nie poczekałam trochę dłużej, bo miałabym więcej rozdziałów.

    Wciągnęłam się, naprawdę. Dawno już żadne opowiadanie tak mnie nie porwało, po prostu na dwie godziny zniknęłam z życia. Jestem pod ogromnym wrażeniem, długo szukałam takiego tekstu. Nie wiem czy pamiętasz K.A.Merikan i ich opowiadania typu Black Rebel Motorcycle Boys, czy Guns'n'Boys. Autorki już nie piszą po polsku, ale ich opowiadania były jedynymi, które czytałam z wypiekami na twarzy i jedynymi z tak dobrze zarysowanymi realiami amerykańskimi. Texas Brothers śmiało może konkurować. Ten Teksas po prostu się czuło, miałam wrażenie, że wysłałaś mnie na jakąś wiochę w tym stanie, widziałam willę Hetfieldów, ich ogromny komis, palące słońce, suchą, popękaną od ciągłego żaru ziemię... no wszystko.
    Przy tym opowiadanie jest tak gejowskie, jak tylko może być. Seks jest seksem, a nie głaskaniem po pleckach. Nie jestem już w wieku, w którym mogłabym czerwienić się na opisy aktów, ale u Ciebie kilka razy mi się zdarzyło! :D
    Oprócz tego mnogość wątków, postaci, przy jednoczesnym niegubieniu się w nich - naprawdę Ci zazdroszczę. Nigdy nie potrafiłam czegoś takiego ze sobą połączyć. Sama nie wiem kto tu jest moją ulubioną parą, lubię wszystkich. A w Sancie Boyu i Saszy podoba mi się to, że nie są idealni. Santa jest podstarzałym metalowcem - i bardzo dobrze. Świat nie składa się tylko z wypacynkowanych modeli, taki Santa i Sasza też się zdarzają.

    Co się tyczy jednak Josha, jego lubię najmniej. Nie przepadam za delikatnymi, gamoniowymi postaciami, ale... coś mi podpowiada, że wcale takim gamoniem nie jest. Aż jestem ciekawa, co wymyśliłaś!

    Płaczę, że kolejny rozdział dopiero za ponad tydzień.

    Pozdrawiam i mnóstwa (naprawdę ogromu!) weny życzę.
    To najlepsze opowiadanie jakie czytałam od kilku lat. Dziękuję! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz :) Jasne, że pamiętam K.A.Merikan. Dla mnie póki co żadne polskie opowiadanie BL osadzone w realiach amerykańskich nie pobije właśnie "Guns'n'Boys". Chociaż przyznam się bez bicia, że nie przepadałam za "American High", a głównego bohatera, imienia już nie pamiętam, i jego koturn wręcz nienawidziłam. I chyba łatwiej przychodzi mi opisywanie miejsca, w którym oczywiście nigdy nie byłam, na podstawie książek, filmów i własnej wyobraźni niż świata, który mnie otacza, co znowu ty robisz doskonale. Co do seksu - tu miałam zagwozdkę, jak bardzo dosadnie go opisywać. Ale skoro Jack w 2 rozdziale bije 2 kobiety, a później podpala dom, to jakaś pruderia w scenach erotycznych byłaby po prostu śmieszna. Jak już jechać z grubej rury, to po całości xD Mnie dopiero zawstydzały sceny z "Igrając z ogniem" K.A. Merikan - tam to ostro jechali i to chyba kilka razy na jeden rozdział, oraz ze "Skóry Judasza", gdy Raul przyjmował wilczą formę i jeszcze robili to przy innych wilkołakach, śpiących na tym samym łóżku. To były dopiero hardcory xD 40-letni metalowiec na pewno nie przysporzy mi czytelników, bo raczej ludzie czytać chcą o pięknych i gładkich, ale cóż... Chciałam właśnie, żeby to opowiadanie było o brzydkich, bądź w jakiś sposób skrzywionych i wypaczonych. Żeby ludzie byli ludźmi, a nie lalkami. Co do wielowątkowości - już gdzieś tam wspominałam, że w planach było inaczej i Santa oraz Jack pojawiać się mieli sporadycznie, ale rockman z kryzysem wieku średniego oraz naczelny perwers i cham sami mi się pchają w worda. Na razie udaje mi się to wszystko ujarzmić. Zobaczymy, jak będzie :)
      Dzięki raz jeszcze za komentarz, szczególnie tak pozytywny. Dzisiaj mam wolne i wenę, to się zabieram za pisanie :)
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
    2. American High też jakoś nie lubiłam. :) Ale fakt, sceny w Skórze Judasza były naprawdę mocne, już chyba wiem dlaczego to było moje drugie ulubione opowiadanie u dziewczyn. Pierwszym było BRMB, za te wspaniałe klimaty lat 50/60.

      Bardzo dobrze, że Santa i Sasza wpychają się do tego opowiadania. To naprawdę ciekawie zarysowane postacie. W moim przypadku im ktoś jest brzydszy, tym jakoś lepiej go odbieram, a tekst zyskuje na realności. Mam więc nadzieję, że trochę bardziej ich nam odsłonisz. :D Opisywanie takiego podstarzałego ćpuna, seksoholika i byłą gwiazdę rockową musi być naprawdę ciekawe. A Sasza... on jest po prostu słodki. :) Zakompleksiony i zakochany po uszy. Po dłuższym namyśle to moja ulubiona postać w Texas Brothers.

      Trzymam kciuki, żebyś spędziła ten dzień jak najbardziej produktywnie!

      Usuń
  2. Świetny rozdział, chociaż błędy trochę utrudniały mi czytanie, ale nie będę narzekać, bo był seks xD I to jaki~~ Uwielbiam takie niuanse jak te "czułości" po ;) Sasza i Santa Boy tworzą interesujący układ, podoba mi się jak Sasza go obserwuje i opisuje, osobiście zawsze lubiłam relacje: straszy i młodszy mężczyzna. By the way znam kilku bardzo gorących 40latków o wiele bardziej seksownych niż niejeden dwudziestokilkulatek, także ten ;) Chociaż Santa jest zniszczony stylem życia, który prowadził: alko, narkotyki itp. i myślę, że bardziej niż jego wiek, odstręcza jego podejście do życia.

    Tak jak myślałam Jack nie chce odpowiedzialności, dlatego nie wyciąga Josha z szamba, w którym żyje i to podejście bardzo do niego pasuje, podoba mi się, że jest takim draniem, nie udaje dobrego samarytanina. Sam Josh wydaje się lekko upośledzony umysłowo i strasznie bezwolny, ale podejrzewam, że rozpęta małe piekło, w końcu cicha woda brzegi rwie, a przynajmniej na to liczę. Jestem ciekawa kto znajdzie nagranie, w ogóle bardzo podoba mi się to zakończenie, gdzie Sasza wrzuca pendriva do samochodu :)
    Czekam na kolejny rozdział i pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się w całej rozciągłości, że faceci są jak wino, niestety w przeciwieństwie do kobiet :( Ale trzeba o siebie dbać, bo inaczej pojawia się mięsień piwny - może i praktyczny, filiżankę z herbatą można postawić, ale jednak bleee. Tak, oczywiście Sante przygniotło życie, przeżuło i wypluło. Trochę o tym w następnym rozdziale.

      Josh w zamyśle moim, rzeczywiście miał być lekko upośledzony. I, kurde, mam problem z nim. Bo przy dialogach zastanawiam się, czy to czuć, czy on po prostu w oczach czytelników wychodzi na takie miękkie kluchy. A nie chcę go robić mocniej upośledzonego.

      No, seksy fajnie wyszły xD Mam ochotę na jakąś taką czystą perwerchę, ale to chyba jeszcze nie czas... I nie wiem, czy mam odwagę xD

      Pozdrowienia!
      Pozdrowienia!

      Usuń
  3. Może faceci są jak wino, ale kobiety mają wielokrotny orgazm ;P Ci 40latkowie, których znam to biegacze, a więc sport konserwuje.
    Co do Josha, to czuć w dialogach, zwłaszcza jak powtarza "Jack.. Jack..." Mógłby rzadziej to robić. No i to, że dał się wykorzystywać seksualnie tamtej babce za zupę xD

    Poproszę tę perwerchę! Odwagi, pisz śmiało i się nie ograniczaj~~ Sama bym coś takiego stworzyła, ale u mnie też jeszcze nie czas. Ale chodzi mi po głowie piękny trójkąt AsuraxSuenxReva, ale póki co, jako mokry sen jednego z bohaterów haha ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, akcja z zupą w sama sobie była już taką perwerchą... Lol, jak patrzę na to z perspektywy czasu - skąd mi to w ogóle przyszło do głowy? Ha, ha. Myślę o jakimś takim ultra dziwnym miejscu (chociaż nic nie pobije wypchanego jednorożca z Wiedźmina xD)... Zobaczymy xD U ciebie to pewnie jeszcze dużo rozdziałów zanim dotrą do celu. Zawsze możesz napisać jakiś extra dodatek z mokrym snem Asury.

      Usuń
  4. To naprawdę świetne opowiadanie. Opis mnie szczerze mówiąc nie zachęcił, pomyślałam- że to będzie kolejne nudne gejowskie opowiadanie. Trzech braci i ich życie codzienne, nic co by mnie porwało (preferuję fantastyczne klimaty). A tymczasem wchłonęło mnie całkowicie, nie mogłam się oderwać. Zgodzę się z Dream Winchester, że przypomina trochę opowiadania na stronie american high(byłam zagorzałą fanką tej strony). Twój styl pisania jest trochę podobny do pisania tamtych dziewczyn. I to jest z mojej strony duży komplement,bo były niezrównane w opowiadaniach gejowskich. Ty też masz ten talent i mam nadzieję, że będziesz go rozwijać, bo nie mogę się doczekać następnego rozdziału:)

    Co do postaci to polubiłam wszystkie, co jest u mnie niezwykle rzadkie, bo zazwyczaj zawsze mnie ktoś wkurza, a już zawsze w opowiadaniach tego typu. Są wyraziści i pełnokrwiści. Nawet Josh pomimo braku bystrosci i zdecydowania plusuje u mnie. Tak sobie wyobrażam zachowanie nie najinteligentniejszego, młodego geja wychowanego w jakiejś dziurze w Texasie. Wpatruje się w swoje borzyszcze, jak mój pies we mnie kiedy kroję sobie salami i nawet nie czaji, że jest coś nie tak bo jest młody i głupi :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nareszcie ktoś zrozumiał moją koncepcję Josha - półgłówka z konserwatywnej dziury w Teksasie i nie narzeka, że jest taką miękką kluchą.Jupi! Mój pies ma 15 lat, a dalej się wpatruje we mnie ślipiami kota ze Shreka, gdy robię sobie kanapki. Niektórzy nie uczą się z czasem :)
      Dzięki za komentarz!

      Usuń