środa, 7 września 2016

ROZDZIAŁ 5 - Zakała rodziny i as boiska + SŁÓW KILKA

Tak się zastałam przy garach xD (warto było dla roladek z kurkami, serem i pietruszką), że prawie zapomniałam o aktualce. To już miesiąc istnienia bloga (Jupi!), który zaliczył ponad 2 000 wyświetleń. Dziękuję Wam za to serdecznie (się nie spodziewałam). Jeszcze bardziej dziękuję za komentarze pod rozdziałami - i za te analizujące i wspierające (Leśny Ptaku :*) i te bardziej emocjonalne.  A oto nowy rozdział - chyba najdłuższy ze wszystkich. Miłego czytania :)

ażdy przeciętny nastolatek o siódmej rano w sobotę powinien odsypiać całonocne granie, chlanie lub pieprzenie. Tymczasem tak wczesną porą Liam już mościł się w swoim zielonym Dodge'u Challengerze zaparkowanym na wyznaczonym placu przed internatem. Ojciec kazał pojawiać mu się na sobotnim obiedzie, a jego słowa były czymś więcej niż zwykłym rozkazem. Były jak imperatyw, jak przykazania wyryte w kamiennych tablicach.
Po posiłku, na którym miała pojawić się cała rodzina, co wprawiało Liama w jeszcze bardziej posępny nastrój, synowie wraz z ojcem wybiorą się na przymiarkę garniturów na ślub Benjamina i Misaki. Gdy chłopak z narastającą frustracją próbował stabilnie ulokować w uchwycie na napoje kubek z kawą z automatu, znajoma twarz przechyliła się przez otwarte okno w drzwiach pasażera.
Liam, ty to anioł jesteś – wysapał Felix, łapiąc oddech. – Z nieba mi spadłeś! Gdzie jedziesz? Zresztą nieważne. Zabiorę się z tobą, dobra?
O czym ty mówisz? – zapytał zdezorientowany chłopak. – Jadę do rodziców i nie możesz się ze mną zabrać!
Błagam cię, człowieku! Miejże serce – jęknął Felix. – Trener gania mnie po całym internacie!
Liam nie pojmował, dlaczego wuefista miałby gonić jednego z uczniów w sobotę rano, ale Felix rzeczywiście wyglądał na kogoś, kto ubierał się w wielkim pośpiechu. Miał na sobie zmiętą, jasnozieloną koszulę z krótkim rękawem, a jego włosy były rozpuszczone.
Zapukał do mnie przed szóstą i powiedział, że mam z nim iść biegać! – kontynuował relację Felix. – Ubrałem byle co i wyszedłem przez okno z pokoju. Ale i tak mnie przydybał, to zacząłem uciekać!
To idź z nim pobiegać – rzucił na odczepnego Liam i zapiął pas.
A chciałem być uprzejmy – oznajmił chłopak i wpakował się do samochodu, ponieważ drzwi nie były zablokowane.
Co ty wyprawiasz?! – obruszył się Liam. – Wypad!
Felix odsunął sobie siedzenie i położył ozute w japonki stopy na desce rozdzielczej.
Zrób to dla mnie ten jeden raz – poprosił. – Swoim starym powiedz, że jestem zainteresowany kupnem nowego samochodu czy coś. Przyrzekam, że dam ci spokój do końca szkoły.
Nie przekonuje mnie to – odparł chłodno Liam.
A chcesz, żeby do znajomych na fejsie zapraszali cię ludzie z tęczowymi avatarami? Mogę ci to zapewnić.
Liam tylko wzdychnął i odpalił silnik. Wyjechał z parkingu i skierował samochód na wschód, aby wyjechać z miasta i autostradą numer czterdzieści dotrzeć na obrzeża Amarillo. Gdy odjechali dość daleko od szkoły, zatrzymał auto w pobliżu przystanku autobusowego.
Tutaj możesz wysiąść. Pojedziesz sobie autobusem, gdzie chcesz. Nawet pożyczę ci drobne.
Czyli niby gdzie? – spytał sceptycznie Felix ani myśląc opuszczać auto.
Nie wiem – odparł Liam. – Do klubu gejowskiego, czy gdzieś.
O siódmej rano? Dajże spokój, Liam. Naprawdę chcę kupić tę furę. Tatuś się ucieszy, że mu zwozisz klientów.
No jasne, szczególnie pederastów – zakpił Liam. – Gdyby to był siedemnasty wiek, to ojciec osobiście wypaliłby ci znak sodomity na czole. Mówi ci coś purytanizm?
Felix popił z kubka przesłodzonej kawy Liama. Po słowach chłopaka pewne rzeczy zaczęły być bardzo klarowne.
Hej, masz może rodzeństwo? – zapytał zaraz.
Owszem – przyznał ostrożnie Liam. – Dwóch braci. I co to ma do tego?
To mam już chyba trzy puzzle, składające się w całość. W twoją całość.
Co? – spytał Liam, nie rozumiejąc.
A to, że twój stary autokrata i zapewne doskonali na ciele i duszy bracia wpuścili cię w niezły kanał. Masz zajebiście zaniżoną samoocenę – stwierdził Felix. – I jeszcze najebane we łbie. Pederasta, kurde. Kto teraz używa takich słów?
Liam zacisnął palce na kierownicy. Przed chwilą psychoanalizę wykonał mu pedał, bojący się przypakować, żeby mniej ciotowaci od niego nadal chcieli go przeruchać. Powinien mu wygarnąć, ale naraz przypomniał sobie swoją wymianę zdań z Mattem w szpitalu. Prawie dwumetrowy gej miał całkowitą rację, ale nie zamierzał mu tego powiedzieć. Przyznał się jednak przed sobą i było to straszne uczucie. I nie miał pojęcia, co z tym zrobić.
Hej, Liam. Co jest? – zaniepokoił się Felix. – Ja nie chciałem... Znaczy, chciałem, ale nie tak. Wiem, że za dużo gadam. Nie powinienem werbalizować wszystkich swoich myśli, ale nie chciałem ci niczego wytykać, czy coś. I nikt nie jest doskonały. Popatrz na mnie: ultra wysoki, ultra przystojny i jeszcze sportowiec, a jednak pederasta.
Felix odetchnął z ulgą, gdy tak, jak planował, Liam zaśmiał się po ostatnim zdaniu.
Możesz pojechać ze mną, ale odcinasz na ten czas ten kawałek po „sportowiec” – powiedział chłopak.
Jasne – zgodził się ochoczo Felix. – Na potrzeby twojego ojca będę ultra hetero sportowcem posuwającym jedynie niebieskookie blondynki i jedynie w pozycji misjonarskiej. Czy to może dopiero po ślubie?
Może być przed – zapewnił Liam. – Ale tylko aryjki lub Azjatki. Zdaniem ojca Azjaci to prawie biali, tylko że gorsi. Chociaż to Azjaci mają najlepsze wyniki w amerykańskich szkołach. Ale o tym cisza. I nie pij mojej kawy, pederasto. Jeszcze mnie zarazisz jakimś syfem.
Spoko. I tak była za słodka – stwierdził Felix i posłał mu swój firmowy uśmiech.
Później zaczął nawijać o baseballu, co akurat odpowiadało Liamowi. W ciągu roku szkolnego chodził nawet oglądać mecze ich drużyny. Oczywiście brał w nich udział także Felix, który Liamowi zawsze jawił się jako zawodnik doskonale grający technicznie, ale o słabej kondycji. Jego opinię najwyraźniej podzielał także trener drużyny, ale sam zainteresowany nie był chętny do zmiany aktualnego stanu rzeczy. Dojechali po ponad czterech godzinach. Przed willą Hetfieldów stał Viper, co było jasnym znakiem, że najstarszy z synów już był na miejscu. Liamowi kompletnie się to nie uśmiechało. Nie lubił Jacka, a nawet za bardzo go nie znał. Idea braterstwa jak z „Hey Brother” Avicii była im kompletnie obca. Czy przyczyniała się do tego duża, bo dziesięcioletnia różnica wieku, różne matki, czy po prostu to, że Jack był zapatrzonym w siebie dupkiem, Liam nie zamierzał roztrząsać. Zapewne wszystko po trochu.
Czyje to auto? – spytał Felix, wskazując na Vipera po opuszczeniu wnętrza Dodge'a.
Mojego brata – odparł Liam.
A twój ojciec czym jeździ?
Liam wskazał na morze samochodów rozciągające się przed domem.
Czym tylko zechce.
No jasne – podchwycił Felix. – Ale twój stary chyba nie uznaje rozdzielania pracy i życia prywatnego, co? Nie boisz się wychodzić po ciemku z domu?
Co?
Trochę przerażające to cmentarzysko – stwierdził Felix. – Zerdzewiałe graty porośnięte trawskiem. Doskonała scenografia dla gościa z piłą mechaniczną, czy czymś. Ale z przodu, gdzie są te nowe fury, można nagrywać raperskie teledyski. Brakuje tylko roznegliżowanych lasek z dużymi tyłkami i rapera z toną złota na szyi i zębach.
Taa, ale musiałby być biały. A drogie auta i tanie laski to chyba nie styl Eminema. – Zaśmiał się Liam. – Dobra, a teraz pamiętaj o naszej umowie. I zwiąż włosy.
Gdy weszli do domu, zastali Misaki układającą kwiaty w wazonie na stole. Odświętna zastawa z europejskiej porcelany była już rozłożona. Kobieta uśmiechnęła się na widok swojego najmłodszego syna, który był najdroższy jej sercu przez swoją chorowitość i nieśmiałość. Szybko jednak jej wzrok padł na znacznie górującego nad nim chłopaka, który stanął za Liamem.
Liam, jak dobrze, że przyjechałeś – powiedziała i zbliżyła się, żeby go uściskać. – I kogo to zabrałeś ze sobą? Przyjaciel?
Tak – przytaknął chłopak i odpowiedział na uścisk – z klasy. Chce kupić nowe auto, to go zabrałem z nami. Najwyżej on będzie się rozglądał za czymś, jak pójdziemy z tatą na zakupy.
No dobrze – odparła niepewnie kobieta. Nie miała pojęcia, jak Benjamin zareaguje na taką ingerencję w ich tradycyjne rodzinne obiady. Chciała też pobyć sam na sam ze swoim najmłodszym synem, o którego nieustannie się martwiła.
To ja pójdę się rozejrzeć – oznajmił Felix, dobrze wyczuwając atmosferę. Nie czekając na niczyją odpowiedź, wyszedł na zewnątrz.
Niemal bezkresna flota amerykańskich samochodów w różnym stopniu rozkładu naprawdę robiła piorunujące wrażenie. Był to obraz tak niesamowity, że aż postanowił uwiecznić siebie na jego tle. Wyruszył więc w poszukiwaniu kogoś, kto zrobi mu zdjęcie, bo cykanie samojebek uznawał za zbyt obciachowe, a w przypadku facetów nawet za zbyt pedalskie. Wszystko ma przecież swoje granice. Salon sprzedaży połączony z zakładem mechanicznym migotał w rozedrganym od gorąca powietrzu gdzieś w oddali i Felix uznał pójście tam za grę niewartą świeczki. Na szczęście, znacznie bliżej, pomiędzy samochodami dostrzegł wysoką postać popalającą papierosa. Postawa mężczyzny była zbyt rozluźniona jak na klienta, wyglądał bardziej jak pan na włościach. Opierał się o maskę czerwonego deVille, wyraźnie na coś czekając. Felix szybko wywnioskował, że musi być to właściciel stojącego na podjeździe Vipera, czyli jeden z braci Liama. Postanowił podejść i zagadać, właściwie nie wiadomo po co. Popchnęła go do tego zwykła ciekawość. I chociaż ta ludzka przywara zwykle prowadzi do piekła, to Felix znalazł się w niebie. Mężczyzna był bardzo przystojny w ten klasyczny sposób i wysoki, chociaż nie tak jak on sam. Jack też zauważył zbliżającego się Felixa i przyglądał mu się z zaciekawieniem, popalając papierosa.
Czegoś tu szukasz, młody? – spytał, nie siląc się na uprzejmość.
Może szczęścia? – zaproponował Felix i schował telefon do kieszeni dżinsów. Gość nie wyglądał na przyjemnego i skorego do pomocy.
Z Liamem? – zapytał Jack kpiarskim tonem. – Widziałem, że z nim przyjechałeś. Przegrałeś jakiś zakład i musisz spędzić dzień ze szkolnym frajerem?
No co ty! – żachnął się Felix, by później wybuchnąć śmiechem. – Liam to mój naj, naj przyjaciel. Po prostu naaajlepszy!
Szerokie usta Jacka wyciągnęły się jeszcze bardziej w uśmiechu. Wystarczyło kilka absurdalnie bezsensownych zdań, aby się wzajemnie przejrzeli. Nie przejmował się tym, że tak szybko został rozpracowany. Był pewien, że nie jest oczywisty. Ale swój swego zawsze pozna. Oboje wiedzieli, zanim się do siebie odezwali, gdy na moment skrzyżowały się ich taksujące spojrzenia. Dwa pedały się zebrały. Jeden duży, drugi... jeszcze większy. Wysoki jak tyczka chłopak był bardzo przystojny w ten najprostszy sposób. Bóg lub natura uczyniły jego ciało bardziej symetryczne niż przeciętnego człowieka. Bliższe nieosiągalnej doskonałości. Jack wykonał podobny gest jak tydzień temu w tym samym miejscu, przywołując wtedy do siebie Josha. Szybko rozejrzał się jeszcze, czy nikt ich nie obserwuje oraz, czy rudy szczurek nie zmierza już w tę stronę. Felix normalnie kazałby facetowi machającemu na niego jak na psa, się gonić, ale był go ciekawy. A doprecyzowując, był ciekawy brata Liama. Samego gościa zdołał już zakwalifikować jako nadętego kutafona. Bardzo seksownego, ale jednak kutafona. Gdy tylko się zbliżył, Jack bezceremonialnie włożył mu dłoń pod koszulę, z pozytywnym zdziwieniem odkrywając wyraźny zarys mięśni na brzuchu.
I co niby robisz z tym swoim najlepszym przyjacielem? – spytał, rozsiadając się wygodniej na masce samochodu. Drugą dłonią zaczął masować szczupłe udo chłopaka. Bardzo wysoko. – Gracie w Pokemon GO? Czy poddajecie się innym wynaturzeniom?
Wynaturzeniom? – powtórzył Felix, dotąd poddający się dotykowi mężczyzny. Zastanawiał się, dokąd ten facet zamierza się posunąć i czy te długie palce w końcu obejmą jego penisa. – Nie ma nic nienaturalnego w tym, co masz na myśli.
Serio tak sądzisz? To chyba nie doszliście do ostatniej bazy.
Tak naprawdę szczerze wątpił, aby Liam cokolwiek robił z tym chłopakiem. Nie dlatego, że był pewny jego orientacji. Właściwie nie obchodziła go ona, jak i cała postać jego najmłodszego brata i wszystko, co się z nim łączyło. Liam był po prostu tchórzem, któremu już dawno złamał się kark pod butem ojca.
Czy można nazwać nienaturalnym coś, co było powszechne już przed tysiącami lat, gdy ludziom było znacznie bliżej do natury? – spytał Felix. Kciukiem podążał wzdłuż żyły na zroszonym potem przedramieniu mężczyzny. – W starożytności seks służył do utrzymania hierarchii. Starszy i bogatszy pieprzył młodszego i biedniejszego. Potężniejszy słabszego. Nawet sam Zeus Gromowładny zatracał się w młodzieńczych wdziękach księcia Ganimedesa.
Więc ja powinien zatracić się w twoich? – zapytał Jack i zamiarował chwycić oburącz chłopaka za biodra, ale ten odskoczył do tyłu.
Nie, nie! – zaprzeczył Felix i uśmiechnął się figlarnie, pozwalając chochlikom w swoich piwnych oczach zatańczyć. – To by było tak, jak powinno być. Zgodnie z naturą i porządkiem rzeczy, czyli nudnie.
Nudnie? – powtórzył Jack i się roześmiał. Boże, co za chłopak. Prawdziwy ewenement. Jak na jego gusta trochę zbyt bardzo wyrazisty i trudny do kontroli, a przez to zbyt niebezpieczny. – To chyba już rozumiem, dlaczego trzymasz się z Liamem. Gdyby zdominował cię mój mały, zakompleksiony braciszek ze szwankującą hydrauliką, to byłoby prawdziwe upodlenie.
Felix odjął wzrok z mężczyzny i popatrzył w bok. Werbalizacja myśli, które nachodziły go już od dłuższego czasu, wprawiła go w stan ekscytacji znacznie bardziej, niż dotyk sprzed chwili. Uczucie spotęgował jeszcze wstyd. Bezmyślnie włożył kciuk do ust i zahaczył paznokciem o górne zęby.
Ale to tylko moje chore sny – przyznał i przyjął pozę jak z antycznego posągu. – Moje walory królewicza trojańskiego chyba na niego nie działają.
Jack prychnął i zamyślił się na chwilę nad słowami chłopaka. Od dłuższego czasu nic nie odwalił, ale ostatnie wydarzenia z tą kurwą Hanson i Santa Boy'em ponownie uruchomiły w nim to coś, co próbował w sobie zdusić. Popukał palcami w maskę deVille i rozglądnął się po składowisku.
Camaro Cabrio z dwatysiącedrugiego, jeśli dopniesz swego do końca roku. Jednoznaczne zdjęcia lub filmik.
Zbity z tropu Felix wgapił się w mężczyznę. Najwyraźniej facet proponował mu zakład, którego celem było dziewictwo jego własnego brata. Jak Liam miał wyrosnąć na normalnego gościa w takim towarzystwie? Oczywiście, że powinien odmówić. Jednak...
Felix nie wierzył w Boga. Uważał, że został wykreowany po to, aby jedni mogli łatwiej sterować drugimi. Ludzie to nie stado wilków, w którym każdy członek jest groźnym drapieżnikiem, mogącym doskonale poradzić sobie w pojedynkę. Ludzie są jak mrowisko. Istnieje kilka wybitnych jednostek odpowiedzialnych za postęp, ale reszta to zwykłe, niezdolne do samodzielnego myślenia robotnice, które potrzebują jasnych rozkazów – „Rób to, nie rób tamtego”. Sam Felix w życiu kierował się swoim własnym przykazaniem „Niech ludzie robią, co chcą, byleby nie krzywdzili tym innych”. Więc oczywiście, że nie powinien się godzić na zakład, w którym Liam byłby półśrodkiem do osiągnięcia celu, czyli smagłego jak gazela i czerwonego jak krew szalejąca w jej żyłach podczas biegu przez sawannę Camaro Cabrio. Z drugiej strony, jaka krzywda może mu się stać, jeśli zanurzy swojego penisa w ciele Felixa? Nawet jeśli Liam nie był gejem, to nic nie jest do końca białe albo czarne. Poza tym zdobycie kogoś tak popularnego i o wysokiej pozycji w szkole tylko podbuduje zdeptane ego Liama niezależnie od płci partnera. Same pozytywy, chyba że Felix przeżyje analny zawał. To by była trauma na całe życie.
Powiedzmy, że się zgadzam – odpowiedział po namyśle Felix. – Ale jaką mam pewność, że rzeczywiście otrzymam nagrodę. I jak zamaskujesz zniknięcie jednego auta? Nie boisz się...
Nikogo się nie boję – przerwał mu Jack. – Moje słowo musi ci wystarczyć. A teraz zmykaj do domu, bo mi przeszkadzasz.
Felix zamierzał jeszcze zapytać, w czym niby przeszkadza, bo nie lubił być lekceważony i jak dotąd facet jedynie opierał się o samochód i popalał papierosa, ale w końcu bez słowa ruszył do domu, puszczając jeszcze mężczyźnie oczko. Jack uśmiechnął się na ten gest i pobłażliwie pokręcił głową.
***
Nie wyglądało na to, że Josh miał zamiar się dziś pokazać. Zdziwiło to trochę Jacka, bo zwykle chłopak lepił się do niego jak mucha do miodu. Trochę go to też rozzłościło. Bo czyż pies nie powinien przychodzić do swego pana, nawet jeśli otrzymał od niego razy? Rozmyślania przerwało Jackowi pojawienie się zarysu przysadzistej sylwetki Benjamina Hetfielda na drodze prowadzącej do willi. Szedł pieszo, więc musiał być wcześniej w salonie lub w przyległym zakładzie mechanicznym. Jack zaklął szpetnie, bo nie chciał go zobaczyć wcześniej niż na obiedzie, na którym ojciec nie poruszał tematów związanych z pracą. Najstarszy syn Benjamina prowadził luksusowy salon w centrum Amarillo, z dala od brudu i plam po oleju. Jego klientelom byli ludzie, dla których głównym aspektem przy wyborze auta nie było niskie spalanie czy bezawaryjność, ale obecność podgrzewanych foteli, aby laski, które polecą na ich fury, nie odmroziły sobie tyłków. Zajmował się też zdobywaniem i sprowadzaniem motoryzacyjnych białych kruków.
Jack! – zawołał do swojego syna Benjamin, gdy tylko go zauważył pomiędzy samochodami. – Co ty tam wyprawiasz? Niedługo obiad.
Czekam na twojego pracownika, aby po raz kolejny go przeruchać, odpowiedział mu w myślach Jack. Gdyby ojciec się o tym dowiedział, to prawdopodobnie zakatrupiłby Josha uderzeniem klucza francuskiego w głowę, ścierwo oddał psu na pożarcie, a jego wysłał na terapię reparatywną. Bo przecież pedalstwo to choroba, a każdą chorobę da się wyleczyć lub przynajmniej zniwelować objawy. Jack uśmiechnął się gorzko do swoich myśli, odlepił od maski deVille i podszedł do ojca.
Jack, sprzedaż w twoim salonie wciąż spada – oznajmił ojciec swoim gulgoczącym głosem. – Doszły mnie też słuchy, że prawie w ogóle w nim nie bywasz.
Znowu kapuś, pomyślał Jack. Dopiero co wyrzucił jednego sprytnego na zbity pysk. I przejechał mu kota.
Wrzesień to nie jest najlepszy...
Jack, synu – przerwał mu Benjamin. – Siedzę w tym biznesie dłużej, niż ty żyjesz i wiem, w którym miesiącu można ile sprzedać. A ty sprzedajesz za mało. Może dlatego, że zamiast być w salonie, robisz... No właśnie, co?
Interesy – odparł hardo Jack. – Zdobyłem odrestaurowanego i to całkiem dobrze poza paroma tandetnymi dodatkami deVille z siedemdziesiątego trzeciego.
Kaprawe oczka Benjamina rozbłysły. Nie mieli na składowisku jeżdżącego modelu z tego roku.
A cena? – spytał podejrzliwie.
Dobra – odparł prosto Jack. – Facet się rozwodzi i nie chce, żeby jego ukochane auto trafiło w ręce żony. Już woli sprzedać – skłamał gładko. Nie chciałby widzieć reakcji ojca, gdyby dowiedział się, że auto należało do lidera zespołu metalowego. Nie był pewien, czy kazałby go poświęcić, czy zezłomować.
Dobrze. – Benjamin wyglądał na widocznie udobruchanego – Jak już będziesz go miał, to przywieź tutaj. I skup się więcej na pracy. Letnie rozleniwienie powinno cię już opuścić.
Oczywiście – przytaknął Jack.
Wspólnie udali się do domu. Po wejściu Benjamin odwiesił swój kowbojski kapelusz z ażurowymi wycięciami wokół ronda na wieszak przy drzwiach. Jego wzrok od razu padł na Liama i Felixa, którzy wspólnie układali sztućce obok porcelanowych talerzy.
Liam, dobrze cię widzieć w dobrym zdrowiu – odezwał się Benjamin, skupiając tym samym uwagę obu chłopców na sobie. Podszedł do Felixa i podał mu rękę. – Benjamin Hetfield.
Felix Stinson – przedstawił się chłopak, wkładając w uścisk dłoni równie dużo siły co Benjamin. – Kolega z klasy pana syna na gwałt potrzebujący nowego samochodu.
To w takim razie nie mogłeś trafić w lepsze miejsce.– Zaśmiał się Benjamin – A teraz siadajmy do stołu.
Felix odsunął sobie najbliższe mu krzesło, czyli drugie po prawej stronie Benjamina, który zasiadł u szczytu stołu. Nieprzychylny wzrok starszego mężczyzny i rozpaczliwy Liama uświadomiły mu, że powinien się przesiąść obok Jacka i Liama po lewej stronie. Misaki przyniosła wazę oraz półmiski z jedzeniem i zasiadła na swoim miejscu. Wszyscy przy stole znieruchomieli, jakby czekając na coś. Benjamin wyciągnął swoje spracowane dłonie, aby chwycili go za nie Misaki i Jack. Drugą dłoń starszego brata ujął Liam i tyrpnął pod stołem Felixa kolanem, aby ten złapał jego. Chłopak początkowo miał odmówić, tłumacząc się swoim ateizmem. Ale szybko doszedł do wniosku, że w tym domu nie powinien się do tego przyznawać. Jack nie wydawał się szczególnie bogobojny, a teraz pokornie schylał głowę i przymykał oczy.
Panie – rozpoczął Benjamin – dziękujemy Ci za te obfite dary, które wydało dla nas łono naszej poświęconej przez ciebie matki, Ameryki. Bądź, Boże, pochwalony za to i za Twą nieskończoną łaskę spływającą na Twój lud wybrany, który przed setkami lat w swej nieskończonej wierze i miłości do Ciebie przybył na te ziemie, by szerzyć Twe słowa i walczyć z pogaństwem, co szpeciło Twe nieskazitelne lico.
Amen – odparli wszyscy chórem.
Felix przez całą modlitwę z trudem dusił chichot, ale nie odpuścił sobie przewróceniem oczami pod przymkniętymi powiekami. Zrozumiał też, dlaczego Liam wybrał liceum z dala od miejsca zamieszkania, pomimo że nie był sportowcem. Chłopak zyskał też trochę w oczach Felixa, bo miał odwagę to zrobić. Właśnie, odwaga. Jakie są jej granice? Czy będzie jej miał na tyle, żeby... Mmm, pyszna zupa z kukurydzy.
Więc chodzisz z moim synem do klasy, tak? – zwrócił się do niego Benjamin. – To liceum chyba słynie z dobrych zawodników w lekkoatletyce. Trenujesz coś?
Owszem – przytaknął Felix. – Ale nie są to skoki we wzwyż. Jestem pałkarzem w drużynie baseballowej.
Naprawdę? – zainteresował się żywo Benjamin. – Twoja postura jest dość myląca.
Wiem. Cóż, zapewne Bóg stworzył mnie do bycia szybkim i precyzyjnym, a nie silnym.
Benjamin powypytywał jeszcze Felixa o szczegóły jego raczkującej kariery baseballisty i o tym, jak radzi sobie jego drużyna w rozgrywkach międzyszkolnych. Po skończonym posiłku powtórnie odmówił modlitwę, w której nie zapomniał podziękować za uczynienie potomków pierwszych osadników namaszczonym ludem.
Dobrze, że znalazłeś sobie takiego przyjaciela – zwrócił się jeszcze do Liama, wstając od stołu.
***
Do krawca Liam jechał razem z ojcem. Jack podążał za nimi swoim Viperem. Po przymiarce miał nadzieję natychmiastowo się zmyć, tłumacząc to oczywiście nawałem pracy. Oczywiste było też to, że wcale nie zamierzał się dzisiaj pojawić w swoim salonie. Miał zupełnie inne plany na ten dzień. Co prawda musiał je trochę zmodyfikować przez tego rudego szczura, który się nie pojawił, ale przecież wiele jest ryb w morzu i wiele szczurów w kanale. Krawcem okazał się stary Włoch, którego najbardziej charakterystyczną częścią wyglądu było kilkanaście igieł przymiętych do kamizelki i metr przewieszony przez szyję. Liam z zaciekawieniem przyglądał się odzianym w garnitury manekinom. Oprócz klasycznych krojów w małym sklepiku można było także zamówić bardziej ekstrawaganckie zestawy ze spodniami w kratę lub haftowanymi marynarkami. Synowie Benjamina zostali drużbami na jego ślubie, ale nie mieli nic do gadania przy wyborze stroju, który zdaniem Liama był po prostu nudny. Składał się na niego popielaty garnitur z białą koszulą i czarnym krawatem. Krawiec nadzwyczaj żywotnie jak na swój zaawansowany wiek obskakiwał z każdej strony Jacka, zapisując zmierzone wymiary w małym notesiku. Benjamin przyglądał się wszystkiemu rozparty w skórzanym fotelu, popalając włoskie cygaro.
Pana syn ma świetną sylwetkę – stwierdził krawiec. – Zupełnie jak gladiator. Dużo zejdzie mi materiału.
Odbije pan sobie na Liamie – odparł z sarkazmem Jack, na powrót zakładając własną marynarkę.
Na te słowa chłopak skurczył się w sobie i wyglądał jeszcze mizerniej. Lata zwolnień z wychowania fizycznego zrobiły swoje. Niepewnie stanął na podwyższeniu i wykonywał polecenia krawca. Najchętniej zamieniłby się miejscami z Felixem, który został u niego w domu.
Będę chyba musiał wszyć jakieś dodatkowe poduszki – zastanawiał się krawiec, gdy zmierzył szerokość jego ramion. Na ten komentarz Jack nie powstrzymał się przed parsknięciem, a Liam zacisnął oczy, czując wpełzający na twarz rumieniec.
Niech pan robi wszystko według własnej woli – orzekł Benjamin. – Nigdy mnie pan nie zawiódł.
Oczywiście. Za dwa tygodnie zapraszam na poprawki.
Jack rzeczywiści wykpił się pracą i pojechał swoim Viperem w odwrotną stronę niż Benjamin z Liamem, którzy wracali do domu. W czasie podróży nie odzywali się do siebie zupełnie, co nie było dla chłopaka zaskoczeniem. Nie łączyła ich żadna wspólna pasja, a Benjamin w przeciwieństwie do starszych synów nie przejmował się postępami w nauce Liama, jakby już spisał go na straty. Gdy weszli do willi, zastali Felixa siedzącego przy stole z nosem w katalogu Chevroletów.
Och, Liam! – ucieszył się na widok kolegi. – Jak było? Chyba nie będziesz miał kamizelki w kolorze kanarkowej żółci?
Nie – odparł krótko chłopak i usiadł obok niego.
Benjamin także po odwieszeniu kapelusza zasiadł w swoim zwyczajowym miejscu przy stole i starł chustką pot z twarzy.
Misaki, zrób mi kawy – zawołał w stronę żony, krzątającej się w kuchni.
Oczywiście – odparła. – A dla ciebie, Liamie?
Może być szklanka soku.
I jak, chłopcze? Zdecydowałeś się na coś? – zwrócił się Benjamin do Felixa.
Jestem trochę rozdarty, proszę pana – przyznał chłopak. – Czasami drużyna ma treningi na boisku uniwersyteckim i fajnie byłoby zabrać wszystkie graty razem, bo na razie to każdy zabiera ze sobą po trochu. Czyli jakiś pick-up. Ale z drugiej strony... Młodość i tak dalej, rozumie pan. Fajnie byłoby mieć coś bardziej sportowego.
Liam słuchał tego z rosnącą złością. Wiedział, że zabranie tego typa ze sobą będzie katastrofą. Felix, który permanentnie olewał drużynę, kreował się teraz przed jego ojcem na oddanego sprawie zawodnika, gotowego do poświęceń. Benjamin Hetfield z pewnością chciałby mieć takiego syna, trenującego czysto amerykański sport.
I w ogóle mnogość aut w pana komisie jest wprost niesamowita – kontynuował Felix. – Niezwykłe, że zdołał je pan wszystkie zgromadzić w ciągu pana życia.
Ciężka praca popłaca – odparł widocznie połechtany Benjamin. – Sam zapewne wiesz o tym najlepiej. Masz jeszcze cały wieczór, żeby pooglądać moje zbiory. Tylko niech to się nie przeciąga, bo tradycyjnie w naszej rodzinie chodzimy na poranne msze.
Tato – zaczął niepewnie Liam – myślałem o tym, żeby ruszyć z powrotem już dzisiaj. Muszę iść jutro na dializę.
W Amarillo nie możesz? – spytał ostrym tonem Benjamin. – Czyżbym nie wpoił ci odpowiednio, jaką wartością jest rodzina i wiara? Skończ z tymi tanimi wykrętami.
Nie wykręcam się – zaprzeczył Liam. – Po prostu nie wiem, gdzie jest stacja dializ otwarta w niedzielę i lepiej jest chodzić do tej samej, żeby ustrzec się zakażenia.
Jeszcze jedno słowo, a nie ustrzeżesz się pasa.
Misaki przyniosła kawę i sok, przerywając swoim pojawieniem się kłótnię. Zresztą, nie pozostało już nic więcej do dyskusji. Liam wiedział, że jego wykręty są słabe, ale miał nadzieję, że zadziałają przez wzgląd na jego niedawny pobyt w szpitalu. Przeliczył się i będzie musiał spędzić jeszcze jeden dzień na oglądaniu Felixa podlizującego się jego ojcu.
A więc zostajesz na noc? – zagadnęła do gościa Misaki. – Dobrze się składa, że Matt nie przyjechał z powodu egzaminu na uczelni, więc będziesz mógł spać w jego pokoju.
Dziękuje bardzo – odparł Felix i posłał matce Liama swój firmowy uśmiech.
W duchu także uśmiechnął się na tę perspektywę. Tej nocy od Liama będzie go dzieliła zaledwie ściana, a nie dwa piętra jak w internacie. Szkoda byłoby zmarnować taką sposobność. Do czego miałaby posłużyć taka okazja, jeszcze nie był pewien.
***
Liam gmerał sobie w oku przed lustrem w łazience w swoim rodzinnym domu. Ściąganie soczewek było sto razy trudniejsze od ich zakładania. Sapnął, gdy po raz któryś delikatna błonka uciekła mu spod palców. Noszenie okularów byłoby znacznie prostszym rozwiązaniem, ale przy jego wrodzonej krótkowzroczności podkręconej jeszcze długimi posiedzeniami przed ekranem komputera miałby szkła grube jak denka od butelek. Był już kujonem z mieszaną krwią i niewydolnością nerek, nie musiał być jeszcze okularnikiem. Jednak życie zawsze rzucało Liamowi Hetfieldowi kłody pod nogi, jakby nie zauważyło, że ma on jeszcze dwóch braci. Z jakichś powodów jego czarnym jak węgiel oczom nie pasowały soczewki jednodniowe, więc był zmuszony nosić dwutygodniowe. Po ściągnięciu wymagały jeszcze przeczyszczenia w płynie antybakteryjnym, który nalewał do zagłębienia dłoni, a następnie umieszczenia w dołkach z tymże specyfikiem. Sfrustrowany uświadomił sobie, że nie zabrał z internatu okularów. Czynności te wykonywał więc głównie na wyczucie. Na szczęście zmysł dotyku jest tak wyostrzony w opuszkach palców, że człowiek może wyczuć nierówność o wysokości kilku nanometrów. Boże, dlaczego ja wiem takie rzeczy, pomyślał Liam. „Naprawdę jestem kujonem”. W końcu z butelką płynu pod pachą i pudełkiem na soczewki w dłoni wyszedł z łazienki. Chciał już iść spać, bo co innego mógł robić na półślepo, odbębnić poranną mszę i wrócić do internatu. A przede wszystkim nie chciał już dzisiaj widzieć Felixa Stinsona. Liam nie byłby zdziwiony, gdyby za jakiś czas dyrektor szkoły oznajmił, że Benjamin Hetfield przekazał spory datek na drużynę baseballową. Felix cały wieczór wchodził jego staremu w dupę z dużą ilością wazeliny. Cóż, pewnie na tym znał się najlepiej.
Wszedł do swojego pokoju, odłożył wszystko na biurko i położył się na łóżku. Przynajmniej tutaj miał pościelone, jak lubił, czyli dwie poduszki i dwa jaśki. Pokój obok zajął na tę noc Felix, który do przebrania otrzymał przykrótkie spodnie dresowe i podkoszulek Matta. Liam rzucił jeszcze niechętne spojrzenie na ścianę, która ich oddzielała. Dojrzał tylko rozmazany wzorek tapety. Zgasił lampkę przy łóżku i spróbował zasnąć.
Felix ubrany jedynie w szare, dresowe spodnie siedział na łóżku w ascetycznym pokoju drugiego z synów Benjamina Hetfielda. Wychodziło na to, że najstarszy był dupkiem, średni sztywniakiem, a najmłodszy... Cóż, najmłodszy był aktualnie wkurwiony za zachowanie Felixa, a on jedynie mówił, co ten stary pierdziel z resztkami obiadu na wąsach chciał usłyszeć. Liam też mógłby od czasu do czasu zastosować ten patent i jego życie byłoby łatwiejsze. Felix wstał z łóżka z klarownym zamiarem w głowie. Nie zamierzał zastanawiać się nad konsekwencjami tego, co za chwilę uczyni. Był piękny i młody, nie musiał myśleć. Na szczęście drzwi do pokoju Liama nie były zamknięte na zamek. Wszedł do środka, przysiadł na brzegu łóżka chłopaka i zaświecił lampkę. Liam, który jeszcze nie zasnął, popatrzył się na niego zaskoczony. Felix był na tyle blisko, że widział dokładnie, jak jego bicepsy się uwydatniają, gdy zaplótł ręce na nagiej klatce piersiowej.
Po co tu przylazłeś? – wyszeptał.
Felix tylko nachylił się nad nim, aż zetknęli się czołami. Jego przydługie włosy, które lekko falowały po całodniowym związaniu, połaskotały twarz Liama. Na razie wymieniali ze sobą jedynie oddechy o tym samym miętowym zapachu pasty do zębów. Liam znów taj jak wczoraj pod dębem spojrzał z bardzo bliska w piwne oczy Felixa. Tym razem były jednak spokojne i jakby wyczekujące. Chochliki musiały zapaść w drzemkę.
Po co tu przyszedłeś? – powtórzył równie cicho.
Felix w odpowiedzi uniósł się, ciągnąc ze sobą dłonie Liama. Położył je sobie na klatce piersiowej i przykrył swoimi, znacznie większymi. Przesunął po swoim ciele, by Liam mógł wyczuć twardość i fakturę jego mięśni. Palce chłopaka zahaczyły o sztywne sutki, wywołując lekkie wzdrygnięcie Felixa.
Trochę tu zimno – stwierdził. – Masz otwarte okno.
Możesz wyjść, jak ci się nie podoba – odmruknął Liam, nie wiedząc, co myśleć o tej sytuacji i jak się zachować.
Pierwszy raz dotykał obcego ciała i nie miał pojęcia, czy zamiast twardych mięśni wolałby poczuć miękkość kobiecych piersi. Zastanawiał się tylko, jak wiele osób przed nim miało okazję czuć pod palcami krzywizny tego harmonijnie zbudowanego torsu. Pewnie nie jedna i nie dziesięć. Spojrzał na twarz Felixa, na której nie było śladu jego zwyczajowej zadziorności. Uśmiechał się bardzo delikatnie i ciepło.
Czego chcesz? – zapytał ponownie.
Felix, który cały czas trzymał jego dłonie w swoich, przejechał po swoim ciele od piersi, aż po pępek z kolczykiem ozdobionym zawieszką, której kształtu Liam nie mógł dojrzeć.
Pytasz o moje najskrytsze marzenia, czy coś bardziej realnego?
Jak chcesz.
Więc... – zastanowił się Felix. – Chciałbym, żebyś czcił do boskie ciało. Chcę, żebyś stał się jego wyznawcą. To z tych bardziej realnych.
Wyznawcą? – powtórzył niepewnie Liam.
Uhm... – potwierdził jękliwie baseballista, bo jego sutki znów znalazły się pomiędzy drobnymi palcami Liama. Nic nie mógł poradzić na to, a nawet nie chciał tego robić, że były bardzo czułe. – A z tych na razie niemożliwych, to chciałbym, żebyś jak każdy poprawny wyznawca złożył w świątyni ofiarę.
Dlaczego ja?
Och, Liam – sapnął sfrustrowany Felix. – Czy gdy ktoś daje ci milion dolców, to pytasz się dlaczego?
Oczywiście – odparł Liam. Czuł, że nagle jego dłonie zaczęły pocić się jeszcze intensywniej. – Jeśli są szemrane, sprowadzą tylko kłopoty.
Felix puścił dłonie Liama, które bezwładnie opadły po jego torsie i zaśmiał się w duchu. Wiedział, że nie będzie łatwo. Dla pocieszenia przełożył nogę przez biodra Liama, przytrzymał go za ramiona i pocałował. Gdy odsuwał głowę, poczuł na czole muśnięcie długich rzęs Liama.
Jak zwykle niesamowity Felix Stinson zdobył pierwszą bazę. – Zaśmiał się. – Niestety nie dowiemy się, co jeszcze ma w zanadrzu, bo czas meczu dobiegł końca.
Nie patrząc na twarz Liama, wyszedł z pokoju i najciszej, jak tylko się dało, zamknął za sobą drzwi. Wrócił do siebie i stanął na środku pokoju. Był tu sam na sam ze swoją wyobraźnią. Przejechał palcami po torsie i włożył je do ust. Poczuł słony smak potu, mieszaniny jego własnego i Liama. Drugą dłonią zaczął pieścić jeden ze swoich różowych sutków. Cóż, nie miał zamiaru walczyć z naturą, która jego najczulszymi miejscami uczyniła sutki i tyłek. Chociaż wszechświat pozostawał w stanie wiecznego chaosu, to jednak niektóre zbiegi okoliczności i rzeczy trudno jest przypisać przypadkowi. No bo co by było, gdyby prostata znajdowała się w innym miejscu? I cojeśli Felix byłby hetero? Ile znalazłoby się lasek gotowych go zaspokoić? Kosmos to niewyobrażalna siła. Tak, gdy skończy karierę baseballisty, powinien zostać filozofem. Wyciągnął obślinione palce z ust i odchylił nimi gumkę od dresów na tyłku. Prześlizgnął się pomiędzy umięśnionymi pośladkami do swojej dziurki. Uklęknął na parkiecie i wypiął się, kładąc głowę na podłodze. Drugą rękę włożył pod siebie, by chwycić się za niecałkowicie miękkiego penisa.
Och, Liam – westchnął z policzkiem przytkniętym do zimnego parkietu.
***
Z chłodem bezgwiezdnej nocy powietrze stało się jakby bardziej rześkie i lekkie. Niosło ze sobą jedynie pieśń cykad i daleki szum samochodów. W ostrym świetle latarni włosy chłopca lejące mu się po plecach i lepiące potem do twarzy i ust przybrały kolor niemal czerwony. Ostre cienie jeszcze podkreśliły chudość jego ciała, zarysy żeber i obojczyków. Na wąskich biodrach kombinezon podtrzymywał mu pas z narzędziami, bo góra stroju swobodnie opadała wzdłuż ud. Chłopiec przemykał pomiędzy samochodami, pod opuszkami palców wyczuwając smukłość ich linii. Zatrzymał się przy czerwonym deVille, po czym położył się na jego masce. Kontrast jeszcze uwypuklił bladość jego szczupłego ciała.
Strzał to jednocześnie bardzo pewna i niepewna metoda pozbawienia życia – powiedział na głos, jakby cytował książkę. – Wiele jest przypadków ludzi żyjących z jedną półkulą mózgu. Wszakże zabieg hemisferektomii był niegdyś bardzo popularny przy leczeniu padaczki. Z drugiej strony pocisk nie musi trafić w serce, aby śmiertelnie je uszkodzić. Wystarczy, że fala uderzeniowa będzie wystarczająco mocna, aby zniszczyć jego tkanki.
Ześlizgnął się z maski samochodu i ją otworzył.
Pompa sodowo-potasowa – powiedział. – Z chemicznego punktu widzenia ciało ludzkie składa się w sześćdziesięciu procentach z wody. Transport każdego składnika na poziomie komórkowym zachodzi poprzez dyfuzję w cieczy. Elektroliza spowodowana przyłożeniem do ciała prądu stałego o odpowiednim natężeniu skutkuje natychmiastową śmiercią. Dodatkowym efektem przy dłuższym kontakcie jest poparzenie skóry i narządów wewnętrznych.
Po paru ruchach wyciągnął z samochodu akumulator i postawił go na ziemi. Popatrzył na okna na pierwszym piętrze willi, w których świeciły się światła. Także w pokoju Matta, co oznaczało, że gość został na noc.

5 komentarzy:

  1. E tam, nic wielkiego nie zrobiłam, ale jeśli Cię zmotywowałam do pisania, to bardzo mnie to cieszy ;) Co do rozdziału – atmosfera robi się duszna i niepokojąca. Felix wydawał się na początku spoko gościem, ale po tym rozdziale widzę go jako zadufanego w sobie buca, w dodatku z pokrętną logiką, którą tłumaczy sobie własne, nieczyste zamiary. Z drugiej strony nie mogę pozbyć się wrażenia, że przebywanie w tym domu, w towarzystwie Jacka i Benjamina tak na niego wpłynęło, jakby ujawniło jego prawdziwą naturę. Za to Liam ewidentnie struchlał w tym domu i w sumie nie rozumiem, czemu zgodził się zabrać ze sobą Felixa, kiedy wcześniej go dość mocno zbywał i trzymał na dystans, nie potrafię go do końca ogarnąć. Najbardziej niezrozumiałe było dla mnie, że potem potulnie pozwolił mu robić ze sobą, co ten chciał.
    Jack to straszny perwers i dupek, ale chyba dlatego najbardziej mnie interesuje. Jest fascynujący w soim zepsuciu i zastanawiam się jak daleko jeszcze może się posunąć. W ogóle bardzo lubię dialogi z nim.
    A Josh mnie zaskoczył. Podejrzewam, że widział jak Jack obłapia Felixa i teraz planuje coś mu zrobić, a właściwie to chyba go zabić (w sensie Felixa). Sposób, w jaki się wypowiadał, sugeruje że nie jest takim prostym chłopaczkiem na jakiego wygląda. Właśnie, wydaje mi się, że ta jego uległość i łatwość, z jaką daje się kontrolować Jackowi to tylko pozory, bo wie że inaczej Jack by się nim nie zainteresował. Po tym rozdziale zaczyna mi tu pachnieć odrobinę thrillerem psychologicznym, co bardzo me gusta.
    A i z jednym się nie zgodzę: w stadzie wilków nie każdy członek jest groźnym drapieżnikiem, mogącym doskonale poradzić sobie w pojedynkę. Są wilki alfa, beta, ale też omega, te najsłabsze, które nie poradzą sobie bez stada. Wilki żyją w watahach właśnie dlatego, że to zwiększa ich szanse na przeżycie, a samotniki to albo wygnańcy albo uciekinierzy, ale to taka dygresja (czytała "Żyjący z wilkami" to się wymądrza ;P)
    Podsumowując, rozdział wzbudził we mnie różne emocje, czasem mieszane, ale to chyba właśnie urok Twojej twórczości, który mnie przyciągnął i sprawia, że mam ochotę na więcej. Także idź tą drogą ;) A i fajnie, że tak często i regularnie dodajesz nowe rozdziały, ja niestety nie mogę się tym pochwalić -_-'

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale epistołę walnęłaś :) Dzięki.
      *Co do Liama: dlaczego zgodził się zabrać Felixa? Bo jest samcem omega i kładzie uszy po sobie w kontakcie z kimś, kogo uważa za lepszego/silniejszego/przystojniejszego od siebie. Jak stwierdził Jack, złamał mu się kręgosłup pod butem ojca. A dlaczego nie odepchnął Felixa? "Bo chciałby, ale się boi", bo nie umie się przeciwstawić i podświadomie czuje się mile połechtany, że kimś takim jak on interesuje się ktoś taki jak Felix.
      *Felix jest oczywiście narcyzem i nie ogląda się na uczucia innych, a dom Hetfieldów wyciąga ze wszystkich (też z Liama) co najgorsze.
      *Co do Josha: W pierwszym rozdziale Jack mówi, że jest trochę pod kreską, mając na myśli inteligencję chłopaka. Tak naprawdę nikt nigdy nie interesował się dzieciakiem z przyczepy i nikt nie wie, co w nim siedzi. Może coś bardzo złego?
      *Wilki: Się oglądało Discovery, to się wie xD Jasne, że podobnie jak lwy żyją w stadzie i są zwierzętami społecznymi. Ale jednak osobnik został sam (był kiedyś taki program o watasze wystrzelanej przez kłusowników. Ostała się tylko jedna samica), to da radę przeżyć sam jakiś czas. Natomiast taka mrówka nie jest indywidualnością, jest jakby tylko częścią "masowego mózgu". Wykonuje to, co jej kazano i nie jest zdolna do samodzielnego przeżycia.
      Rozdziały wychodzą regularnie, bo napisałam kilka do przodu, ale później rozpocznie się rok akademicki i raczej nie będzie już tak wesoło xD Pewnie najlepszym rozwiązaniem byłoby napisać całość i dopiero publikować. Albo pisać z rok, aby mieć duuuży zapas. Ale kto by tyle wytrzymał?
      Dzięki za komentarz :)
      P.S. Za tydzień więcej Jacka i jego odpałów (ja też go uwielbiam) oraz Santy i Saszy.

      Usuń
  2. Czyli Liam jest taką stereotypową kujonką szarą myszką, która leci na przystojnego sportowca, który raczył zwrócić na nią uwagę ;) Miałam nadzieję, że chociaż bardziej będzie się opierał, bo z początku tak ładnie się bronił ;P
    Z tymi wilkami czepiłam się, bo napisałaś, że w stadzie KAŻDY członek jest groźnym drapieżnikiem, mogącym DOSKONALE poradzić sobie w pojedynkę, ale mniejsza o to, rozumiem zamysł. Też oglądałam namiętnie Discovery czy insze Animal Planet ;)
    Taaa, zgadzam się z tym napisaniem całości, trudno się mobilizować bez publikowania, zwłaszcza długiego tekstu. Miałam ambitny plan, żeby zrobić tak z Księgą III, w sensie napisać całość, a potem zamieszczać na blogu, ale raczej daruję sobie ten pomysł.
    To czekam na Jacka i pokręconą parę S&S ;D

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej. Trafiłam tu jakimiś zagmatwanymi ścieżkami i całkowicie wsiąkłam. Historia tak wciągająca, że kilka opowiadań można by nią obdzielic. Na razie Jack jest moim ulubieńcem. Sama mam słabość do takich dupków😊 I taka dygresja mała, z racji moich studiów:moge zapytać, skąd pochodzisz? Ze dwa razy padło w tekście słowo zamiarował, które pochodzi z ludowej gwary Podlaskiej i tylko w jednym miejscu je jak na razie mogłam usłyszeć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz, bezimienna :) Cieszę się, że cię wciągnęło. Jack to nie tylko twój faworyt, ale też mój i kilku innych czytelniczek. Cóż, kobiety lubią chamów i brutali. A jak to się kończy? Wiadomo - płacz i zgrzytanie zębów xD Chyba kompletnie bez zwracania na to uwagi używałam "zamiarować" zamiennie z "zamierzać". Mieszkam w Małopolsce. Jedna strona rodziny mieszka tu od dziada, pradziada, a druga po wojnie przyjechała z Podkarpacia. Także nie wiem, skąd mi się to wzięło. Ha, chyba jedynym regionalizmem, jakiego używam w mowie, jest "wyjść na pole". Znam kilku ludzi z Wawy i mają z tego straszny polew xD
      Dzięki za komentarz :)

      Usuń