środa, 31 sierpnia 2016

ROZDZIAŁ 4 - Były punkowiec i jego odbicie

asza stroszył swojego irokeza, stojąc przed pionowym lustrem w przedpokoju. Skrócił go wczoraj niemal o połowę i pofarbował na czarno. Wyciągnął także kolczyki z brwi, zostawiając tylko trzy okrągłe w dolnej wardze. Gdy jego irokez stał już na baczność, w przeciwieństwie do niego samego, przyglądnął się swojej postaci w lustrze. Lekkie zgarbienie nie rzucało się tak bardzo w oczy, w porównaniu do cieni pod oczami. Był pewien, że mu zejdą, gdy na dobre rzuci ćpanie, ale tak się nie stało. Jak przez mgłę skojarzył, że w dzieciństwie miał przecież niedoczynność tarczycy, na którą się nawet leczył. Niewiele w ogóle pamiętał z tamtego okresu, gdy był buntującym się szczylem, który stawiał swojego irokeza za pomocą wody z cukrem. Później nadszedł okres, gdy często nie miał cukru, a nawet wody. Gdyby nie Santa, pewnie zdechłby w jakieś norze, dławiąc się własnymi wymiocinami. Tak, rockman go uratował, przywrócił mu jakąś część godności, ale jednocześnie odebrał inną. Sasza na odchodnym zerknął jeszcze raz w lustro, na wychudzoną postać o nudnych, szarych i dość wyłupiastych oczach. Skarcił się za to w duchu. Przecież on nigdy nie był przystojny i to, że przestał brać, nie odmieni go w jakiś cudowny sposób. Odrzucił grzebyk oraz krem stylizujący do włosów na stolik i udał się do kuchni. Tam, na blacie leżała już przygotowana kamera. Santa uznał, że zoom w komórce Saszy może być jednak za mały. Właśnie dzisiaj nadszedł dzień, w którym mieli zrealizować jego szatański plan. Dość szybko namierzyli najstarszego syna Benjamina Hetfielda, Jacka, który był teraz menadżerem jednego z salonów samochodowych należących do jego rodziny. Santa zadzwonił do niego i powiedział, że chciałby sprzedać swojego deVille, ale zależy mu na zachowaniu dyskrecji.

Umówili się w ustronnym miejscu na dzisiaj, żeby obejrzeć samochód. Saszę cały czas nurtowało, dlaczego Santa zapamiętał jakiegoś chłopaczka, którego pieprzył dekadę temu. Odpowiedzi poszukał więc na Facebooku. Profil Jacka Hetfielda był tak ubogi, że niemal wyglądał na fałszywy, ale na jego podstawie można było stwierdzić jedno. Mianowice, że facet był niesamowicie przystojny, niczym model bielizny od Calvina Kleina. Najwyraźniej Santa Boy zapamiętywał kochanków tego godnych, a nawet ich nagrywał. Tak, kamera, którą Sasza miał teraz w rękach, do tej pory spoczywała na statywie obok łóżka gwiazdora. Santa miał w zwyczaju nakręcać swoje łóżkowe ekscesy z kobietami i mężczyznami. Nie przestał tego robić, nawet gdy Sasza zajął materac położony na podłodze w gościnnym pokoju. Robił to zazwyczaj, gdy punkowiec chodził grać do klubów. Swoje filmiki Santa pokazywał znajomym z muzycznego świadka. Był to ich rytuał. Podczas wydzielania ścieżek kartami kredytowymi oceniali, kto w danym miesiącu wyhaczył lepszą dupę i co z nią zrobił. Oczywiście Sasza nigdy nie znalazł się na jednym z tych filmików. Najwidoczniej nie było, czym się chwalić.
Zrobił kawę dla siebie oraz Santy i poszedł do jego sypialni. Mężczyzna jeszcze spał. Sasza przypatrzył mu się z góry. Dużo w mediach mówiono o tym, jak się stoczył. Że nie jest już ikoną seksu. Cóż, mężczyzna miał już swoje lata, ale i tak trzymał się lepiej niż przeciętny, zapasły czterdziestolatek. Jednak do Amerykanów, którym popkultura na stałe wbiła do głów kult ciała i młodości, nie mogło dotrzeć, że każdy się kiedyś starzeje. Sasza na według siebie o wiele za długą chwilę zapatrzył się na twarz mężczyzny, a później jego wzrok padł na statyw stojący przy łóżku.
Nienawidzę cię – szepnął.
***
W Teksasie nietrudno o miejsce, w którym można załatwiać interesy bez udziału gapiów. Jeśli miejscowy wspominał tu o swoim bliskim sąsiedzie, to zapewne miał na myśli człowieka, do którego można dojechać w dziesięć minut. Ogromna powierzchnia stanu skutkowała zaludnionymi miastami i rozległymi obszarami konkretnej pustki. Santa Boy oparł się przedramieniem o swojego czarnego deVille i czekał. Amerykańskie filmy podpowiadają, że w takim momencie należy zapalić papierosa, ale wiedział, że to źle wpływa na głos. Więc tylko czekał, wystukując palcami rytm o dach samochodu. Za to Sasza czuł się jak ostatni lamus, kryjąc się w zaroślach z kamerą. W końcu nadjechał Viper i zatrzymał się obok Cadillaca. Sasza widział, jak wysiada z niego wysoki mężczyzna w garniturze, z blond włosami zaczesanymi w kucyk. Nie słyszał, o czym rozmawiają z Santa Boy'em. Na razie rzeczywiście wyglądało to na wycenę samochodu. Jack Hetfield stuknął butem w chromowany, nieoryginalny zderzak i wskazał na felgi. Jednak później zupełnie stracił zainteresowanie samochodem i skupił się na muzyku, który stanął bardzo blisko niego. Mówili coś do siebie i nie minęła dłuższa chwila, a Jack już klęczał przed Santa Boy'em. Saszy drgnęła lekko ręka, jednak obraz powinien być wyraźny. Gdy Viper zniknął z pola widzenia, wyszedł z zarośli. Santa przejechał dłonią po pasie włosów na szczycie podgolonej głowy i wzruszył ramionami, jakby mówił „Takie rzeczy to dla mnie codzienność” i rzeczywiście tak było.
Sfilmowało się? – spytał po prostu, gdy po chwili zauważył Saszę.
No.
To spoko. W drodze powrotnej zatrzymamy się w jakieś knajpce – oznajmił Santa, najwyraźniej przechodząc nad niedawnym wydarzeniem do porządku dziennego. – Głodny jestem.
Jechali z powrotem do Austin w zupełnym milczeniu. Santa nie lubił słuchać radia, bo nawet w rockowych stacjach puszczali tę współczesną tandetę. W końcu, po długiej chwili krępującej dla Saszy ciszy odezwał się pierwszy:
Hej, chcesz gdzieś pojechać? W jakieś specjalne miejsce? – zapytał, nie odrywając wzroku od drogi. – Będę miał ten samochód jeszcze tylko tydzień.
Na te słowa Sasza zacisnął mocniej palce na kamerze, którą trzymał między nogami. Znowu dał zrobić z siebie naiwnego durnia i własnymi rękami nakręcił film, którym Santa będzie mógł pochwalić się przed kolegami ze światka muzycznego.
A co z filmem? Nie zamierzasz go szantażować? – zapytał, przełykając gorycz.
Taki był na początku plan. Nie chciałem sprzedawać swojego deVille, ale zaproponował naprawdę duże pieniądze. A my przecież potrzebujemy dużych pieniędzy, żeby samodzielnie nagrać płytę. Film będzie dodatkowym zabezpieczeniem, jakby nam się zwiększyły koszty. Dlatego dobrze go pilnuj.
Sasza z zaskoczeniem popatrzył na mężczyznę i rozluźnił palce zaciśnięte na kamerze. Jeszcze przed momentem miał ochotę zgnieść obudowę.
Może nad ocean? – zaproponował po chwili.
To zbankrutujemy na benzynie. – Zaśmiał się Santa.
Później znów zapadła cisza, mącona jedynie porykiwaniem silnika i szumem opon toczących się po asfalcie. Było jeszcze wcześnie, więc letnie Słońce wdzierało się przez okna samochodu. Sasza odchylił się, przysłaniając oczy dłonią, aż zetknął się czołem z ramieniem Santy Boy'a. Poczuł jego zapach zmącony chemiczną wonią pralni. Wciąż z pochyloną głową zapytał przez ściśnięte gardło:
Dobry był?
Przeciętny. Bardzo.
Sasza uniósł na Santę zdziwione spojrzenie.
Co? Nie jest gejem? – spytał.
Jest. Może te dziesięć lat temu wyglądał jak androgeniczny, blond aniołek, ale teraz... To jeden z tych typów, którzy tylko posuwają, a jak już komuś obciągną, to z wielkiej łaski. Wiesz, żeby nie wyjść na zbyt pedalskiego – prychnął. – Wtedy też był tylko kolejną dziurą, może tylko ładniej opakowaną.
To dlaczego go zapamiętałeś? – dopytywał Sasza.
Santa Boy zatrzymał auto na poboczu i westchnął głęboko jak przed spowiedzią. Pomimo że już nie prowadził, dalej patrzył przed siebie, a nie na Saszę.
Właściwie to bardziej w pamięci utknął mi ten jego azjatycki brat – wyznał po chwili. – To było na jakimś festiwalu. Posuwałem jego starszego braciszka, a gdy odwróciłem głowę, zauważyłem, że chłopak ukrywa się pomiędzy sprzętem muzycznym. Skojarzyłem wtedy, że to rodzeństwo, bo blondyn wspominał o tym, że przyjechał z przyrodnim bratem. Heh, dzieciak ganiał za mną przez cały czas trwania festiwalu. Strasznie był nieustępliwy. W końcu dopiął swego. I jak go tak posuwałem, to się w końcu znudziłem. Odwróciłem głowę, zauważyłem, jak przerażonymi oczami przygląda się wszystkiemu jego mały, chiński braciszek. I wtedy zacząłem posuwać go z większym zaangażowaniem. Ale nie dlatego, że był to piękny, młody chłopak o ciele antycznego bożka, ale dlatego, że patrzył na nas jego brat. Czułem perwersyjną przyjemność na myśl o tym, co to zrobi z umysłem tego dzieciaka. I, kurwa, jak później popatrzyłem w lustro, to miałem taką samą minę jak ty teraz. I wtedy zrozumiałem.
Co zrozumiałeś? – zapytał Sasza, czując jak jego i tak wyłupiaste oczy starają się opuścić oczodoły. Nawet nie zauważył, kiedy chwycił mężczyznę za ramię.
Że spieprzyłem w wieku piętnastu lat z patologicznego domu, żeby nie stać się taki sam jak oni – odpowiedział Santa. – A robię dokładnie to samo. Nie pamiętam nagrywania żadnej z płyt, dużej części koncertów, ani nawet twarzy i imion ludzi, z którymi uprawiałem seks. Oczywiści dwie pierwsze rzeczy były spowodowane tym, że ciągle byłem najebany. Do ostatniej dokłada się jeszcze to, że nie zależało mi na poznaniu tych ludzi. I w końcu zaliczyłem już tyle pięknych kobiet i mężczyzn, że już nie wystarczało mi to, żeby się podniecić. I wtedy postanowiłem rzucić.
I już było dobrze? – zapytał cicho Sasza, nie wychodząc z szoku.
Zawsze uważał Santę Boy'a za pewnego siebie pyszałka bez zdolności do autorefleksji i nie spodziewał się po nim takich zwierzeń. Oczywiście ich treść także miała swój udział w uczuciu, które ogarnęło chłopaka.
Nic nie było dobrze – zaprzeczył gorzko Santa. – Wielokrotnie rzucałem i wracałem do narkotyków. A do tego okazało się, że bez nich nie umiem tworzyć. Pisać tekstów ani komponować. Bezużyteczny zostałem wywalony z własnego zespołu. I minęło dziesięć pierdolonych lat i co? Nie wydałem przez ten czas żadnej sensownej płyty, która nie byłaby komercyjnym gównem.
Sasza nigdy nie uważał się za szczególnie elokwentnego. Teraz do głowy też nie przychodziły mu żadne sensowne słowa, więc tylko bardziej kurczowo trzymał się ramienia Santy, który patrzył przed siebie, gdzieś na horyzont, a może nawet dalej. Siedzieli tak w ciszy niemierzalną chwilę, bo dla Saszy czas się zatrzymał. W głowie zaczęło kotłować mu się wiele myśli. Czy Santa kiedykolwiek komukolwiek powiedział to, co jemu? Czy tylko on był jego powiernikiem? Czuł, że tak właśnie było i to czyniło go ważnym. To oddawało mu tę część godności, którą Santa sam mu odebrał. To czyniło ich równymi.
W końcu Santa Boy odwrócił się do niego, a na jego zagościł słaby uśmiech. Gdy mrużył swoje piwne oczy, pojawiały się wokół nich kurze łapki.
Ładnie dziś wyglądasz – stwierdził głosem na granicy szeptu, dotykając wolną dłonią policzka Saszy.
Sasza płakał ostatni raz, gdy matka odsunęła go od piersi. Później jego ból nie znajdował żadnej drogi uzewnętrznienia, więc często pomagał mu żyletką. Krwawe łzy zastępowały mu te prawdziwe. Teraz też nie płakał, chociaż pierwszy raz od bardzo dawna czuł się szczęśliwy. Może jego łzy czekały na jeszcze intensywniejsze uczucie? Nie wiedział tylko, czy dobre, czy złe.
Jedźmy nad Zatokę Meksykańską – zaproponował po chwili. – Chcę się wreszcie wyspać w wygodnym łóżku, a nie materacu położonym na podłodze.
Hmm. To się wykosztujemy. Chcesz jednak wykorzystać ten film? – zapytał Santa, którego twarz zdobił już szerszy i typowy dla niego, zawadiacki uśmiech.
Nie wiem – odparł Sasza. – Będziemy musieli sprawdzić, czy uczeń poszedł drogą mistrza. Jeśli blondi zabawia się z ciałami i duszami jakiś niewinnych chłopców, to wymierzymy mu odpowiednią karę. Tak profilaktycznie, by nie poszedł twoją drogą.
To mi się podoba – stwierdził ze śmiechem Santa i odpalił samochód. – Ale póki co, Highway to Hell.
***
Liama wypuści ze szpitala po czterech dniach, więc w piątek mógł się pojawić w szkole. Nawet się z tego cieszył, bo nie musiał dzięki temu odwiedzać żadnego z kolegów w internacie lub domu, aby pożyczyć notatki. Wychowanie fizyczne niestety znajdowało się w środku zajęć, więc nie mógł się wcześniej urwać. Gdy pozostali uczniowie biegali wokół boiska w ramach rozgrzewki, on podszedł do starego dębu, aby ochronić się pod jego rozłożystą koroną przed Słońcem. Miniatura tego bardzo starego drzewa widniała w herbie szkoły, a do jego pnia przypięta była tabliczka z napisem „Oto dąb, który zasadzili tu pierwsi osadnicy w roku 1691, kontynuujący misję eksploatatora Teksasu, Alonso Álvareza de Pinedy”. Ilekroć Liam czytał ten napis, śmieszył go tak samo. Pierwszymi mieszkańcami tych terenów byli oczywiści Indiane, a odkrywcami Ameryki prawdopodobnie Wikingowie. Ale może właśnie tej próżności biali zawdzięczają swój sukces? Usiadł pod drzewem z twarzą skierowaną na boisko, by widzieć, kiedy zakończą się zajęcia. Miejsce to było dość oddalone od budynku szkoły i dzwonek nie był dobrze słyszalny. Zeszyty pożyczył od jednego gościa znajdującego się jeszcze niżej w hierarchii. Z niesmakiem odkrył na marginesach podobizny kapitan cheerleaderek. Na każdej następnej stronie dziewczyna była pozbawiona kolejnej części garderoby. Oczywiści autor mógł tylko domyślać się, jak dziewczyna wyglądała nago. Cóż, albo natrafił w sieci na filmik nekręcony przez kapitana drużyny baseballowej. Jak na zwołanie usłyszał za plecami głos trenera i jednego z zawodników, Felixa Stinsona. Chłopak był niebotycznie wysoki, przy czym szczupły, ale nie chuderlawy jak Liam. Włosy w kolorze miodowego brązu zwykle wiązał w mały koczek na czubku głowy. Miał bardzo szczupłą twarz z wystającymi kośćmi policzkowymi, wąskimi ustami i ostrym nosem. Nawet Liam musiał przyznać, że chłopak był bardzo przystojny, a z rozpuszczonymi włosami wygląda nawet trochę jak Depp z Co gryzie Gilberta Grape'a. Dodatkowo był najlepszym pałkarzem w zespole, co czyniło go jednym: wielkim dupkiem.
Ty może za mocno te włosy ściągasz, aż ci mózg zniekształca i dlatego nie dotarło do ciebie, co ci powiedziałem miesiąc temu?! – Do uszu Liama dobiegł podenerwowany głos trenera.
Nie no, z moim mózgiem jest wszystko w porządku – zapewnił Felix. – Ale pański przekaz byłby dla mnie klarowniejszy, gdyby moja uwaga nie była rozpraszana śliną opryskującą mi twarz. Polecić panu dobrego dentystę? Ta szpara...
Stinson! Boże, przysięgam, że kiedyś przefasonuję ci tę piękną buźkę. I może pójdę siedzieć, ale warto będzie! – Głos trenera stał się jeszcze donośniejszy.
No, niech się pan nie denerwuje! Jeszcze pan bardziej ołysieje i z jeziora Sam Rayburn zrobi się panu Ocean Atlantycki.
Stinson! – Głos trenera przeszedł w ton ostrzegawczy, a Liam był pewien, że na jego wysokim czole pulsuje żyła.
Spokojnie, spokojnie. Robiłem, jak pan kazał. Białko i pakowanie, białko i pakowanie... Ale czego się pan spodziewał po miesiącu? Hulka Hogana?
Gdybyś naprawdę ćwiczył, to by było widać – stwierdził trener. – Niedługo przyjeżdżają rekruterzy z uniwerku, a ty się wydurniasz! Ominie cię ogromna szansa z twojej własnej winy!
No ale oni przychodzą oglądać trzecioklasistów – odpowiedział Felix cierpiętniczym głosem. – Co to ma niby do mnie? Jestem dopiero w drugiej klasie.
A to, że zobaczą świetnego pałkarza chudego prawie jak jego kij. I pomyślą, że kimś, kto nie potrafił wypracować odpowiedniej sylwetki, nawet nie warto się przejmować. Nawet pomimo jego umiejętności. Uznają, że jesteś leniwy albo chory, albo nie masz genów na baseballistę. A oboje wiemy, że to nieprawda!
Najwidoczniej wreszcie komuś udało się zgasić Felixa Stinsona, bo zamiast ciętej riposty Liam usłyszał:
No dobra. Czyli białko i pakowanie.
Dokładnie.
Po tym do uszu Liama doszły odgłosy oddalających się kroków. Zapewne trener wrócił do szkoły. Felix najprawdopodobniej wciąż stał po drugiej stronie drzewa, więc Liam skulił się jeszcze mocniej, aby nie było go widać. Sarkazm Stinsona kuł dotkliwiej niż igły wenflonów, a po opierdzielu od trenera chłopak na pewno będzie chciał się na kimś wyżyć. Na szczęście po chwili do uszu Liama znów dobiegł szum dawno niekoszonej trawy, więc Felix zapewne też wrócił do szkoły. Wychylił się jeszcze, aby sprawdzić, czy na pewno jest „czysto”. Z ulgą zauważył brak Stinsona. Gdy wyprostował się, by kontynuować przepisywanie, czekała już na niego uśmiechnięta twarz Felixa. Chłopak kucał teraz z jego drugiej strony w pełni zadowolony z udanej podpuchy.
Jak tam, Liam? – zapytał słodkim głosem. – Ptaszki w klasie świergotały, że jesteś chory. Ale już widzę, że z tobą w porządku.
Jakby cię to naprawdę interesowało – burknął chłopak i podciągnął kolana.
No przecież pytam. To chyba interesuje, nie?
Ale nie z tych powodów, co trzeba. Ty szukasz tylko kolejnej szpili, aby uczynić malutkich jeszcze mniejszymi – odparł chłopak.
Sugerujesz, że mam manię wielkości? – zapytał Felix i wstał, rozkładając na boki ręce. Jego wzrost rzeczywiście był przytłaczający, szczególnie że Liam siedział na ziemi.
No co ty – zaprzeczył kpiącym tonem chłopak. – Ja tylko sugeruję, że jesteś dupkiem.
Uśmiech momentalnie zszedł z twarzy Felixa. Liam już czuł, że przesadził i nie skończy się to dla niego dobrze. Powinien wiedzieć, że w hierarchii szkolnej watahy zajmował miejsce gdzieś koło ipsylonu, a Felix był betą. Jednak zaraz baseballista się roześmiał, ponownie ukucnął obok Liama i poczochrał go po włosach.
Masz rację, jestem dupkiem – stwierdził rozbawiony.
Liam odepchnął jego dłoń i zaczął poprawiać swoje długie do ramion włosy. Czarne odrosty były widoczne z daleka i wielokrotnie miał zamiar coś z nimi zrobić, ale jednak nie robił. Natrętna i, jak zauważył, bardzo duża dłoń Felixa nie ustąpiła na długo i chwyciła go za twarz.
Wyciągnąłeś kolczyki – zauważył chłopak. – W szpitalu ci kazali?
Tak – odparł Liam, wyrywając mu się. Nie była to prawda, bo wyjął je sam, gdy Matt uprzedził go o przyjeździe ojca.
Nieoczekiwanie Felix wyciągnął swoje długie ciało na trawie, a głowę ułożył w zagłębieniu pomiędzy udami i brzuchem Liam, który wciąż siedział oparty o pień z podciągniętymi kolanami.
Co ty wyprawiasz?! – zawołał zszokowany tym nagłym spoufalaniem chłopak.
Leżę i lepiej się tak nie wierć, bo ocierasz się chujem o moją głowę.
Liam poddał się bez walki, bo wiedział, że są bardzo dobrze widoczni z boiska. I gdyby zaczęli się szarpać, to pewnie wyglądałoby jeszcze bardziej pedalsko. I pomimo tego, że to Stinson się na nim uwalił i tak oberwałoby się jemu. Jeszcze nigdy nie widział twarzy Felixa z tak bliska z racji jakieś dwudziestocentymetrowej różnicy wzrostu. Chochliki piwnych oczach uśmiechały się do niego przekornie, a do jego nozdrzy dotarł cytrusowy aromat perfum baseballisty.
Nie uważasz, że to trochę pedalskie? – zapytał jednak Liam. – Jeszcze twoi koledzy z drużyny będą bali się upuścić przy tobie mydło.
Felix do tej pory zajęty był przeglądaniem zeszytu z rysunkami roznegliżowanej cheerleaderki. Wyjrzał zza niego w górę, na twarz Liama, a chochliki w jego oczach zatańczyły.
Nikt już nie używa mydła, tylko żeli do ciała – odparł ze śmiechem. – Więc nie ma spiny. A w ogóle patrzą się na nas z boiska? Musiałbyś rozłożyć nogi, żebym zobaczył.
Boże, powaliło cię? – oburzył się Liam i tym razem na poważnie próbował go zrzucić.
Felix w końcu zrobił mu tę łaskę i usiadł obok niego po turecku. Dłonią sprawdził, czy wszystko w porządku z jego fryzurą. Miał na sobie prosty, biały bezrękawnik oraz krótkie, beżowe bojówki. Na szyi wisiały mu czerwone koraliki, a wokół nadgarstka miał zawiązane rzemyki.
Strasznie sztywny jesteś – stwierdził. – Niedosłownie, bo to zbadałem własną potylicą.
A ty nazbyt rozluźniony – odgryzł się Liam. – Serio, nie przejmujesz się miejscem w drużynie i tak dalej?
Był nawet ciekawy podejścia tego chłopaka do członkostwa w drużynie baseballowej. Jego imaż współczesnego hipisa trochę kłócił się z zaangażowaniem, jakie wkładał w ten sport.
O, i już zepsułeś mi humor, Liam – jęknął Felix. – Dbam o statystyki, a home runy to już moja specjalność!
Ale pakować nie chcesz – zauważył uszczypliwie Liam.
No jasne, że nie chcę! I tak ich już wystarczająco odstraszam moim wzrostem. Jakbym jeszcze przypakował, to by była katastrofa!
Kogo niby odstraszasz? – dopytywał Liam.
No facetów, rzecz jasna! – odparł Felix. – Czy ty podbiłbyś do laski wyższej od siebie? Oczywiście zakładając, że w ogóle miałbyś na tyle odwagi, aby jakąkolwiek laskę poderwać. A jakby jeszcze miała większe muły? No totalna porażka.
Liam najpierw zdębiał, a potem się wzdrygnął, gdy po chwili dotarło do niego, że naprawdę gej zrobił sobie z niego poduszkę. Pomyślał o tym, co ojciec chciałby, aby zrobił w takiej sytuacji. I szybko doszedł do wniosku, że nie jest w stanie i dobrze, bo pewnie dostałby zawieszenie albo kuratora. A już na pewno po mordzie, bo był najzupełniej pewien, że nie miałby z Felixem żadnych szans. Z osłupienia wyrwał go migający przed oczami kształt.
Hej, żyjesz tam? – dopytywał Felix, machając dłonią przed jego twarzą. – Zszokowało cię, że ktoś tak zajebisty, jak ja może być ciotą? No sam niekiedy jestem zdziwiony.
Liam w tempie ekspresowym zebrał się z ziemi i wrzucił zeszyty do plecaka z zamiarem powrotu do budynku szkoły.
To cześć czy coś – mruknął.
Felix popatrzył na niego pokpiwającym wzrokiem i rzucił za odchodzącym w pośpiechu chłopakiem:
No, Liam! Ja ci się tu uzewnętrzniam, a ty nic? Żadnej rady?
To sam ich zacznij podrywać czy coś – odparł wyraźnie zmieszany chłopak i jeszcze przyśpieszył kroku.

Liam, ty to nic nie rozumiesz – powiedział już do siebie Felix i wyłożył się wygodnie na trawie.
  

7 komentarzy:

  1. Czemu nie ma Jamesa?! 😢 uwielbiam go! No i Liam jest taki uroczy 😻 słodki i cały czas nie wiem, czemu Liam był w tym szpitalu, co mu dolega? Hmmm mam nadzieje, że to się wyjaśni. Mata i tego punkowca nie polubie, odraża mnie takie coś bleeeee, ale czekam na jamsa. Do następnego rozdziału, pozdrawiam i dużo wennnnny.
    Autorka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. James->Jack xD Nie martw się, będzie w następnym rozdziale i jak zwykle odwali coś w swoim stylu :) A tutaj też miał mały epizodzik,można by rzec aktorski, jak klękał przed Santa Boy'em xD Haha, każda emocja nawet "odraża mnie takie coś bleeeee" mnie cieszy jako autora. No z Liama to taki słodziak, w ogóle nie podobny do najstarszego brata. Dzięki za wenę i wzajemnie :)

      Usuń
  2. Relacja Santy i Saszy jest wg mnie bardzo interesująca, jak i same postacie, jedyne co mnie razi to ten pseudonim "Santa Boy" xD Mam nadzieję, że jeszcze o nich poczytam, zwłaszcza interesuje mnie przeszłość Saszy, to jak się poznali. Liam i Felix są uroczy :3 Aż mi się przypomniały czasy liceum, ech stare dzieje. Teraz czekam na Jacka i Matta. Matta w ogóle widzę z jakimś ciemnoskórym, który wyleczy go z jego fobii~~
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oba człony w pseudonimie rockmana mają mają być antagonizmami do jego teraźniejszego "ja". Santa, bo na pewno nie jest święty i ma wiele za uszami i Boy, bo nie jest już młodą ikoną seksu. Wiem, że to śmiesznie brzmi (nawet dla mnie), ale metalowcy i rockmani w ogóle mają często dziwne ksywki i nazwy zespołów, choćby rodzimy Acid Drinkers. Liam i Felix to taka odskocznia od dość ponurego klimatu opowiadania. A co spotka Matta - na to przyjdzie jeszcze trochę poczekać.
      Dzięki za komentarz i pozdrawiam :)

      Usuń
  3. Właśnie się kapnęłam, że coś mi się popierdzieliło z tym Mattem odnośnie ciemnoskórego xD Chodziło mi o Liama, ale już mu dałaś Felixa, wiec przepadło ;P Teraz lepiej rozumiem skąd ten pseudonim Santa Boya. Fakt, rockmani mają różne odjazdy, by the way podobało mi się, jak w poprzednim bodajże rozdziale pokazałaś festiwal rockowy. Jak dla mnie opowiadanie nie ma ponurego klimatu, co prawda pachnie dramatem społecznym, ale nie jest to przytłaczające, raczej intrygujące, przynajmniej dla mnie. Lecę czytać nowy rozdział :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcale ci się nie dziwię, że ci się pokiciało, bo bohaterów jest po prostu fura i wszyscy pojawiają się na raz. Początkowo głównym bohaterem miał być właśnie Matt i ktoś (nie będę spojlerować), a oprócz tego występować mieli jeszcze Sasza i Santa Boy. Ale jak zaczęłam opracowywać świat opowiadania, to pojawił się Jack jako jeden z głównych źródeł kompleksów Matta i pomyślałam, że jest takim fajnym bohaterem (czyt. chamem xD), że zasługuje na rolę pierwszoplanową. Doszedł jeszcze Liam i ich historie zaczęły mi się tak zajeb*ście przeplatać ze sobą, iż wyszło mi jakieś monstrum xD Mam nadzieję, że jest to do ogarnięcia przy większym skupieniu xD

      Usuń
  4. Nie przeczę, masz tych bohaterów trochę i rzucasz czytelnika na głęboką wodę, ale spoko, po kilku rozdziałach można nauczyć się pływać ;) Dobrze, że objawił Ci się Jack i że niejako uczyniłaś go postacią pierwszoplanową, bo jak dla mnie nadaje ton całej historii, jest prowokatorem najciekawszych zdarzeń i pcha akcję do przodu.

    OdpowiedzUsuń