środa, 3 sierpnia 2016

ROZDZIAŁ 1 – Młody dziedzic i jego miłość do Cadillaców

ack, najstarszy syn właściciela największej sieci salonów samochodowych na południe od Kansas, przejechał pomiędzy rzędami Cadillaców, wzburzając przy tym tumany pyłu. Zatrzymał swojego Vipera, którego najchętniej wymieniłby na jakieś BMW klasy S, na betonowym podjeździe przed rodzinną willą i dał sobie jeszcze czas na głęboki oddech. W końcu, z ociąganiem wykaraskał się z, jak to mawiał ojciec, dumy współczesnej amerykańskiej motoryzacji i pomasował się po karku. Był zbyt wysoki na to, aby trzygodzinna podróż w tym szpanerskim wozie nie dała mu się we znaki. Poprawił jeszcze nisko upięty blond kucyk i nacisnął klamkę drzwi wejściowych do piętrowej willi z dwóch rodzajów czerwonej cegły. Przywitał go uśmiech jego macochy, córki japońskich imigrantów, która krzątała się po kuchni. Miała stamtąd dobry widok na salon, do którego bezpośrednio prowadziły frontowe drzwi.

Cześć, mamo – przywitał się Jack po wejściu do kuchni i pocałował ją w policzek. Z racji dużej różnicy wzrostu mógł jej łatwo zajrzeć przez ramię do garnków na piecyku. – O, zupa z batatów. Wiesz, jak dopieścić swoich mężczyzn.
Oczywiście! – Zaśmiała się kobieta, mrużąc przy tym swoje skośne oczy. – Boję się, że jak nie będę idealną amerykańską panią domu, to mi cofną obywatelstwo! – zażartowała.
Ojciec nigdy by na to nie pozwolił – odparł Jack. – No właśnie. Zwołał tą całą tajemniczą naradę rodzinną, a nie ma go w domu?
 Misaki nabrała łyżką zupy, podmuchała i podstawiła pod nos Jackowi.
Pojechał rano do starego Johnsona. Chyba znów się wykłócać o cenę transportu lawetą, ale mówił, że wróci na obiad.
Jack pokiwał ze zrozumieniem głową i posmakował zupy.
Pyszna. Mam wrażenie, że lepiej rozumiesz amerykańską kuchnię niż nie jedna blond pani domu – pochwalił. – A gdzie Matt i Liam? Widziałem samochód Matta na podjeździe.
Och, Matt przyjechał niedługo przed tobą – odparła Misaki. – Bierze prysznic na górze. A Liam... Cóż, nie wiem, czy będzie. Nie daje znaków życia ostatnio.
Kobieta widocznie posmutniała, a Jack pomyślał, że wypada ją pocieszyć. Jednak był już zmęczony całą tą szopką, którą musiał odstawiać, ilekroć przyjeżdżał do domu, no i nie przepadał za swoimi przyrodnimi braćmi, więc tylko powiesił swoją marynarkę na krześle.
Skoro nie ma jeszcze ojca i Liama, to idę się przejść – oznajmił i wyszedł z domu.
***
Flagowy salon Hetfielda sprzedający nowe i używane samochody jedynie amerykańskich marek znajdował się przy Route 66 w pobliżu Amarillo w Teksasie. Południowe słońce odbijało się od wypolerowanych przez mniej lub bardziej legalnych imigrantów karoserii rzędów nowiutkich Cadillaców, Chevroletów i Pontiaców poustawianych na parkingu przed budynkiem. Za to za oszkloną bryłą salonu rozciągało się niemal bezkresne pole używanych samochodów, poczynając od tych z zaledwie kilkoma tysiącami kilometrów na liczniku, a kończąc na zerdzewiałych szkieletach. I właśnie tam, za dającą się policzyć w tysiącach sztuk flotą samochodów, znajdowała się willa właściciela tych majętności, Benjamina Hetfielda. Jack, pierworodny syn z pierwszego małżeństwa zatrzasnął drzwi wejściowe i sięgnął do kieszeni szarych, garniturowych spodni po paczkę papierosów. Już z zapalonym papierosem w swoich szerokich ustach podwinął rękawy czarnej koszuli i ruszył wzdłuż rzędu starych samochodów przeznaczonych na części. Ustawienie i kolejność aut wciąż się zmieniała, choć starano się zachować segregacje na starsze i nowsze sztuki. Jack szukał konkretnego auta, mianowicie czerwonego Cadillaca deVille z siedemdziesiątego trzeciego, z charakterystycznymi pasami wzdłuż maski. Był pewien, że akurat ten samochód będzie stał w tym samym miejscu, co zawsze. Znalazł go dość prędko i uśmiechnął się na jego widok. Samochód został przeznaczony na części. Nie miał już silnika, przednich siedzeń i szyby, a jednak jego karoseria była wypucowana woskiem na błysk. Oparł się tyłkiem o lewy reflektor i w spokoju kontemplował papierosa. Spojrzał jeszcze w dół, na swoje pokryte pyłem buty i się skrzywił. Nienawidził tego zadupia, tych ograniczonych ludzi i ich głupoty. Uniósł głowę, dopiero gdy na jego skórzane buty padł cień. Rudy, piegowaty chłopiec w ciemnoniebieskim kombinezonie mechanika wlepiał w niego swoje błękitne oczy. Jack przyjrzał mu się krytycznie bez słowa. Długie, miedziane wręcz włosy miał nieuczesane, a całą jego twarz pokrywały piegi. Na szczęście nie wyglądało to tak tragicznie, jak u siostry bliźniaczki chłopaka. Ona miała tak dużo piegów, że aż zlewały się w większe plamy. Przypominało to jakieś chorobowe wybroczyny i było obrzydliwe zdaniem Jacka. Na szczęście u chłopaka większość piegów znajdowała się na nosie i pod oczami, a reszta twarzy była nimi rzadziej usiana.
Kombinezon? – spytał po chwili Jack. – Nigdy wcześniej tego nie nosiłeś.
Pan Hetfield kazał – odpowiedział Josh, bo tak miał na imię chłopak i z zagubieniem wymalowanym na twarzy popatrzył po sobie. – Ma być... reprezentacyjnie.
Jack zaśmiał się pod nosem na tę odpowiedź i przyglądnął się Joshowi. Jednoczęściowy kombinezon z masą kieszeni był rozpięty niemal do pępka, ukazując piegowatą, lekko zapadniętą klatkę piersiową chłopaka. 
Nie nosisz pod tym podkoszulka? – zapytał Jack i skinął na niego, aby się zbliżył. – Nie masz od tego podrażnionych sutków?
Gdy tylko mógł sięgnąć ręką, odchylił połę kombinezonu i ścisnął między dwoma palcami lekko zaczerwienioną brodawkę. Josh zasyczał przez zęby, ale się nie odsunął.
W podkoszulku jest mi za gorąco.
To może spróbuj plastrów – zaproponował Jack, masując jego sutek. Mina chłopaka podpowiedziała mu, że musi wytłumaczyć: – Maratończycy tak robią, aby im się nie ocierały o przepoconą koszulkę podczas biegu. Inaczej można nawet zacząć krwawić. No ale nie ważne. Nie mam zbyt wiele czasu do obiadu.
Josh przełknął ślinę i pierwszy wsiadł do samochodu. Usunięte przednie siedzenia dawały dużo przestrzeni. Jack wsiadł od drugiej strony i usiadł na kanapie obok widocznie spiętego chłopaka. Wyciągnął dłoń do jego twarzy i pogładził kciukiem jego piegowaty policzek. Błękitne oczy zwęziły się z przyjemności, a głowa schyliła w stronę dłoni.
Jack – wreszcie wypowiedział jego imię. Nie potrafił zrobić tego poza wnętrzem tego konkretnego Cadillaca. Blondyn dotknął jeszcze wydatnych ust chłopaka i cofnął rękę.
Teraz będziesz musiał się rozebrać cały – stwierdził mężczyzna z uśmiechem.
Tak naprawdę to lubił te jego piegi pokrywające niemal całe ciało. Tyłeczek chłopaka był przez nie szczególnie rozkoszny. Co najśmieszniejsze wiedział, że Josh ma na nim piegi, ale nie był pewien, czy także na brzuchu. Za chwilę miał się o tym przekonać, bo chłopak nieporadnie wygramolił się z kombinezonu. Gdy był już tylko w bokserkach i schodzonych trampkach, wlepił wyczekujący wzrok w Jacka. Czekał na to już od wczoraj, gdy pan Hetfield powiadomił o przyjeździe synów. Od tej pory czuł ściskanie w brzuchu, który mimowolnie wciągał. No i tam niżej też to czuł. Na swoim wielkim penisie, na którym co niezwykłe także można było dojrzeć piegi, o ile nie był pobudzony. Jack tylko potarł jeszcze swój wymodelowany zarost w typie hollywoodzkim i sięgnął do kieszeni po saszetkę z nawilżeniem i prezerwatywę. Miał tylko jedną, a nie wszystkie aspekty seksu analnego mu odpowiadały.
Wiedziałeś, że przyjadę, prawda? – spytał i otrzymał potwierdzające kiwnięcie głową. – Więc przygotowałeś się jakoś na tę chwilę? Pytam, czy robiłeś sobie palcówkę. No, żeby się umyć tam i rozciągnąć – zakończył już płasko.
Co robiłem?
No tak, pomyślał z rezygnacją Jack. Przecież chłopak jechał na czystym instynkcie. Jack nie był nawet pewien, czy rudzielec umiałby określić słowami to, co za chwilę zrobią. Albo czy był świadomy swojej orientacji. Wychował się przecież na tym zakompleksionym, konserwatywnym zadupiu praktycznie sam, no i nie należał do najbystrzejszych. Tak jak w tym filmie, gdy dyrektor szkoły pokazuje na wykresie matce Forresta Gumpa poziom inteligencji jej syna. Josh był po prostu trochę pod kreską.
Pytam, czy wsadzałeś sobie tam palce – zapytał już dobitniej i tym razem otrzymał w odpowiedzi przeczący ruch głową.
No i po sprawie – mruknął jeszcze Jack, nim ucałował wydatne usta chłopaka.
Josh przesunął się do końca siedzenia, aby móc opierać się o szybę. Jedną nogę spuścił na podłogę, a drugą wyprostował wzdłuż oparcia. Jack skwapliwie skorzystał z tego niemego zaproszenia i pochylił się nad chłopakiem. Z pocałunkami zszedł z szyi chłopca na jego umięśniony, lecz chudy tors, a dłońmi przesuwał po jego bokach. Odpowiadały mu nosowe sapnięcia i uściski piegowatych dłoni na koszuli. W tej pozycji bez sięgał tylko do klatki piersiowej Josha i może do jego pobudzonego penisa, ale nie miał zamiaru się nim teraz zajmować. Ten kutas był dla Jacka wyzwaniem. Tak duży i kształtny, że można by z niego odlać formę do produkcji dildo i to trochę onieśmielało mężczyznę. Nie był pewien, czy wziąłby go całego, a nie mógł stracić twarzy przed chłoptasiem patrzącym na niego jak ciele w malowane wrota. Potrzebował do tego czasu i warunków, których nie miał. I odpowiedniego nastroju, którego także brakowało. Dlatego tylko kazał się chłopakowi odwrócić. Josh miał ładne, harmonijne ciało. Jego mięśnie zbudowane na pracy popychadła w zakładzie mechanicznym wyglądały zupełnie inaczej niż te wyrobione na siłowni. Jack ścisnął jego okrągły pośladek, by wyczuć jego twardość. O tak. Był nabuzowany. Z namaszczeniem przejechał językiem wzdłuż kręgosłupa, od pośladków po sam kark, zbierając słony pot. Lewą ręką przytrzymał Joshowi włosy, by móc go całować po karku. Przyssał się do piegowatej skóry, by z premedytacją zostawić na niej malinkę. Tylko on będzie wiedział, że tam jest.
Josh trzymał oczy zamknięte. Czuł to, ten dreszcz powodujący kurczenie się mięśni. Od sztywnych sutków aż do sztywnego penisa. Uwielbiał słyszeć przy uchu chrzęst włosów, gdy Jack palcami masował jego głowę. I czuć gorące powietrze na karku, gdy go po nim lizał. Był gotowy i spragniony. Czekał.
W końcu Jack puścił rude włosy i nałożył prezerwatywę na dwa place prawej dłoni. Nasmarował ją nawilżeniem z saszetki. Lewą dłonią sięgnął za pośladki Josha i ścisnął miejsce pomiędzy napiętymi jądrami a odbytem. To zawsze pozwalało się chłopakowi rozluźnić.
Jack.
Z tego kąta nie widział dobrze malutkiej szparki, ale pod opuszkami palców czuł jej pulsowanie. Niecierpliwiła się, czekała tylko na niego. Jack uśmiechnął się w duchu. Rozjechane dupy z darkroomów mogły się tylko schować. Josh głośniej sapnął przez nos i postarał się jeszcze szerzej rozstawić nogi. Było to trudne, bo na jednej klęczał na siedzisku, a drugą miał spuszczoną na podłogę.
Dwa palce Jacka skrzyżowały się po sforsowaniu zwieracza. Chłopak był ciasny. Z frustracją wypuścił powietrze i oparł czoło o plecy Josha. To trochę zajmie, ale on nie zamierzał się śpieszyć. Nie chciał mu sprawiać bólu. Chłopak miał już wystarczająco przesrane w życiu. Zachichotał na to adekwatne do sytuacji określenie i drugą ręką uwolnił swojego zmaltretowanego w spodniach penisa.
Dreszcz przeszedł ciało Josha na uczucie zarostu Jacka i gorącego powietrza przez niego wydychanego. Był już na skraju, tak bardzo chciał! Przecież tak długo czekał! Tak jak kazał mu Jack! Palce mężczyzny masowały go tam z wyczuciem, a on z premedytacją się na nim zaciskał. Potrzebował więcej i głębiej! Pieprz mnie, pieprz...
Jack – zaskomlał płaczliwie. – Jack! Jack!
Mężczyzna zamarł z palcami w tyłku chłopaka. Zrobił coś nie tak? Może i nie miał doktoratu z palcówki, ale laikiem też nie był. To było dziwne. Chłopak zazwyczaj w ogóle się nie odzywał w takich sytuacjach. 
Spokojnie – powiedział i pomasował go po plecach. Jego penis domagał się już atencji, ale musiał go zignorować. Jeśli chłopak dostanie ataku histerii... – Wyciągnę teraz powoli palce, okej?
Na te słowa Josh gwałtownie otworzył oczy. Nie, nie, nie... Przekręcił tułów i z całej siły odepchnął Jacka. Zaskoczony mężczyzna zwalił na podłogę. Ból spowodowany gwałtownym wyszarpnięciem palców w dziurki rozszedł się falą aż po udach Josha, które zadrżały. Chłopak zsunął się na leżącego na podłodze Jacka. Obaj jęknęli, gdy ich członki się zetknęły. Josh wlazł jeszcze dalej, by poczuć, jak penis Jacka przesuwa się po jego jądrach, skórze, by dotrzeć do drgającej szparki. Chwycił go, by móc się nabić, ale powstrzymała go dłoń Jacka na nadgarstku.
Nawilżenie... jest na siedzeniu. Nasmaruj mojego penisa.
Wciąż nie był pewien tego, co się dzieje. Ale cokolwiek to było, było... fantastyczne. Josh pochylał się nad nim, jedną ręką podpierał się obok głowy Jacka. Rude włosy zasłaniały całą twarz chłopaka, więc Jack widział tylko jego błękitne oczy. Szeroko otwarte i głodne. Poczuł chłodną dłoń na penisie, który, co wydawało się niemożliwe, jeszcze stwardniał.
Jack? – Usłyszał pytające skomlenie, gdy jego penis był już nawilżony.
Mnie się nie pytaj. Ty tu teraz rządzisz – odparł i uśmiechnął się szelmowsko.
Josh dość ostrożnie nabił się na główkę, co dało nadzieję Jackowi, że nie stanie się nic złego. Już było cudownie, ciasno i ciepło. Położył dłonie na biodrach chłopaka, by nim pokierować w razie potrzeby, ale zamiast tego przejechał paznokciami po jego udach. Josh nabił się gwałtownie na resztę penisa, aż siadając na Jacku. Krzyknął przy tym głośno.
O kurwa... Josh! – Najpierw to bolesne tarcie, a potem niemiłosierny ścisk. Odurzające doznanie. – O Boże...
Josh też to czuł. Penis Jacka dokładnie wypełniał jego wnętrze, tak głęboko... I sięgał do tego dobrego miejsca. Pokręcił jeszcze tyłkiem, by się lepiej umościć, co znowu wydarło z niego stęknięcie. Cały się naprężył, jego brzuch pozostawał wciągnięty. Nigdy nie robił tego z Jackiem w takiej pozycji, ale już nie mógł czekać. Nie mógł się zastanawiać. Popatrzył jeszcze na twarz Jacka przez pasma rudych włosów. W oczach zebrały mu się łzy.
Jack...
Mężczyzna w odpowiedzi chwycił jego penisa i pogładził kciukiem, wzbudzając w chłopcu nowe sensacje. Drugą dłonią sięgnął do jego policzka i odgarnął mu włosy za ucho, które od razu ponownie opadły.
Yhmm... Wiem. Wszystko jest dobrze, Josh. Jesteś wspaniały.
Wszystko trwało bardzo krótko, ale było niezwykle intensywne. Jack wychodził naprzeciw desperackim ruchom Josha, by mu trochę pomóc. Uczucie tarcia w gorącym tyłku było niesamowite, ale też trochę bolesne. Doszedł pierwszy głęboko w Joshu. Jęknął przy tym chrapliwie i zacisnął na moment oczy. Przyciągnął Josha do pocałunku i chwycił za jego dużego penisa, który do tej pory wręcz hipnotycznie dyndał między nogami.
Josh był tak rozpalony, że niemal nie poczuł, gdy Jack się w nim spuścił. Na moment zwolnił, bo nie był pewien, czy powinien kontynuować. Chciał jeszcze wykorzystać powoli mięknącego penisa Jacka. Rozpychał go tak niemiłosiernie. Tak dobrze. Zacisnął się na nim desperacko, nie chcąc utracić tego uczucia. Na szczęście wprawna ręka Jacka pozwoliła mu uzyskać spełnienie. Krzycząc jego imię, doszedł w jego dłoń i trochę na czarną koszulę.
Jack!
Później to już starszy z mężczyzn panował nad sytuacją. Pomógł Joshowi z siebie zejść. Wytarł chusteczkami swojego penisa i dłoń, a resztę podał chłopakowi, by mógł się doprowadzić do porządku i nie skończył z plamą z tyłu kombinezonu. Ściągnął też poplamioną koszulę, o której wczesnej całkiem zapomniał. Uśmiechnął się, gdy ujrzał wgapiającego się w jego klatkę piersiową Josha. Sporo ćwiczył. Był dobrze zbudowany, ale nie do przesady. Między jego głową i karkiem była także szyja.
Koszulę zwinął w kulkę i włożył pod pachę. Wyszli z samochodu. Jack pomiętosił włosy Josha, które były w jeszcze większym nieładzie niż wcześniej. Chłopak przymknął oczy i charakterystycznie dla niego odchylił głowę w stronę dłoni. Trochę jak kot. 
Zaskoczyłeś mnie, Josh. To było... Uch – powiedział Jack na odchodne i ucałował go jeszcze krótko w usta. – Do następnego.
Udał się z powrotem do domu na ten nieszczęsny obiad. Ściągnięcie koszuli wytłumaczy ubrudzeniem olejem albo jakimś smarem, jakby ktoś pytał. Uch, jeszcze to czuł na penisie. Kto by pomyślał, że ten rudy szczurek ma w sobie coś takiego.
Josh niemrawo podreptał w stronę serwisu samochodów. Znów dostanie burę i ścierą po głowie, bo powiedział, że idzie się tylko odlać. Nieważne. Czuł to nie tylko w tyłku, ale też na pośladkach i udach. Dziurka trochę bolała, ale to był ten inny ból. Ten dobry. Nie jak dostanie mokrą szmatą. Czuł też przyjemne mrowienie na głowie. Uwielbiał, gdy ktoś przeczesywał mu dłonią włosy. Siostra czasami tak robiła... no i Jack. Uśmiechnął się jeszcze do siebie i przyśpieszył kroku. Jack.
Macocha tym razem świadomie nie zwróciła na niego uwagi, co było mu bardzo na rękę. Poszedł na górę i bez pukania wszedł do pokoju Matta. Musiał od niego pożyczyć koszulę, bo nie zabrał ze sobą ubrań na zmianę. Był trochę wyższy od młodszego brata i mocniej zbudowany, ale nie była to wielka różnica.
Fajnie, że zapukałeś – mruknął Matt i poprawił jeszcze szelki.
W duchu ucieszył się, że zdążył się ubrać, nim do jego pokoju wparował brat. Nie chciał, by ten widział go nago. Aby go oceniał. Jack uśmiechnął się na jego widok, ale nie dlatego, że za nim tęsknił. Bynajmniej. Byli po prostu dość podobnie ubrani w szare spodnie i czarne koszule, ale Matt miał dodatkowo brązowe szelki. Mimo różnych matek nie można im było odmówić podobieństwa. Mieli mocno zarysowane szczęki i kształtne usta. Jednak nos Matta był trochę orli, a po matce odziedziczył czarne włosy i oczy. Nie były one charakterystycznie skośne, ale za to bardzo wąskie, co w połączeniu z wysoko usytuowanymi brwiami i orlim nosem nadawało jego twarzy nieprzyjemnego, pogardliwego wyrazu. Matt nie był klasycznie przystojny jak Jack, ale jego wygląd na pewno intrygował.
Nie zachowuj się jak cnotka – zakpił Jack i ruszył ramieniem, którym przyciskał do boku brudną koszulę. – Pożycz mi coś do przebrania.
Nie zachowuję się jak cnotka – odburknął Matt i już bez słowa podał mu z szafy granatową koszulę w prążki. – Czym się ubrudziłeś? Nigdy nie lubiłeś się babrać w olejach napędowych.
Może i nie, ale nietrudno na tym złomowisku się czymś upieprzyć.
Zwłaszcza wewnątrz samochodu, takie deVille to miejsce szczególnego ryzyka. – Gdy się wiedziało, gdzie patrzeć, można było naprawdę wiele ujrzeć z pierwszego piętra willi. – Mylę się?
Jack zaklął w duchu. To oczywiste, że by się kiedyś wydało. Trudno mu było ocenić, czy to dobrze, że akurat Matt go nakrył. Ciężko było rozgryźć tego introwertycznego pupilka tatusia. Pan student prawa na UT Austin. Gnojek.
Zamierzasz z tego zrobić swoją kartę przetargową?
Och, myślę, że to trochę za mały kaliber na takiego dupka jak ty – odparł Matt. Popatrzył jeszcze w okno i powiedział: – Nigdy nie obchodziło mnie, co i z kim robisz, ale ten chłopak...
Ten chłopak co?! – przerwał mu gwałtownie Jack, bo już był pewien, dokąd zmierza ta rozmowa. – Myślisz, że go zmuszam, tak?
Może i nie zmuszasz, ale na pewno wykorzystujesz – syknął Matt ciszej od brata. Gdyby matka to usłyszała... – To wiejski głupek. Gdyby dostał ankietę z pytaniem o preferencje seksualne, pewnie nie wiedziałby, co zaznaczyć. 
To, że nie potrafi zwerbalizować pewnych rzeczy, nie znaczy, że ich nie odczuwa. Małpy też się pieprzą. Niski poziom inteligencji nie oznacza od razu aseksualizmu. Ale jak na ciebie patrzę, to wysoki chyba już tak.
Matt skrzywił się na tą odpowiedź. Czego innego mógł się po nim spodziewać? 
Mnie nie musisz, ale przynajmniej okazałbyś szacunek swojemu... partnerowi seksualnemu – ostatnie słowa przemielił w ustach, zanim je wypowiedział. – Nie zgrywaj idioty, którym akurat ty nie jesteś. Wiesz, o co mi chodzi. On może nawet nie być gejem.
Jack miał już dość tej rozmowy. Obrońca uciśnionych się znalazł. Rozłożył swoją poplamioną koszulę i pomachał przed Mattem.
Nie ma słów, ale są dowody.
Boże, schowaj to! – jęknął Matt i odwrócił głowę. Teraz to dopiero się zbłaźnił. Dał tylko bratu nowy powód do naśmiewania się. – To jeszcze o niczym nie świadczy i ty o tym dobrze wiesz. 
Nie rozumiem, co masz na myśli. Może wytłumaczysz? – Jack jawnie z niego kpił. Wiedział, że już wygrał. – Chociaż taka cnotka jak ty może nie znać odpowiednich słów. Powiedz „penis”. Penis.
Matt przez całą rozmowę trzymał dłonie w kieszeniach i teraz bardzo się z tego cieszył. Czuł, że są spocone.
Nie zachowuj się jak dziecko, Jack – syknął. – Dobrze wiesz, co mam na myśli. W więzieniach albo wojsku...
Dalej nie rozumiem. Proszę jaśniej. Co w więzieniach albo w wojsku? – Świetnie się bawił, więc zamierzał to dłużej pociągnąć. Mały Matt się rumienił. Słodko. – Poranne apele, jednakowe stroje czy słabe żarcie? O co chodzi?
Mówię o tym, że stosunek analny może być przyjemny także dla osób heteroseksualnych – wydusił w końcu Matt.
To wiedza książkowa czy doświadczalna?
Matt zacisnął pięści. Nienawidził z nim dyskutować. Za każdym razem Jack zadeptywał jego pewność siebie, którą później musiał mozolnie odbudowywać. To głównie przez brata miał wątpliwości, czy nadaje się na prawnika. Jack przeczesał swoje długie włosy i sapnął ciężko.
Dobra, słuchaj. On jest gejem. Wiem to, widzę, jak na mnie patrzy, reaguje na moje ciało. I zarzekam się, że nie nagabuję go i do niczego nie zmuszam. Nie robimy niczego poza standardowym seksem. Musisz się tym zadowolić, okej?
Niech będzie – zgodził się Matt z ociąganiem. – Powiedz mi tylko jedno. Zabezpieczasz się przynajmniej?
Boisz się, żebym go czymś nie zaraził? – spytał Jack. – Nie mam żadnego syfa. Badam się regularnie.
Nie przeleciałby nikogo z klubów bez gumki, nawet by mu nie obciągnął. Nie był głupi, a do tego oglądnął „Filadelfię”, gdy miał piętnaście lat. Uwielbiał Toma Hanksa.
To też – przyznał Matt. – Ale dlatego dopytywałem się o to, czy on jest gejem, bo podobno wdowa Hanson często odwiedza bliźniaki w ich przyczepie.
Ta stara kurwa? – zapytał z jawnym niedowierzaniem Jack. – Pieprzyła się ze wszystkim, nawet gdy stary Hanson jeszcze zipał.
Dlatego ci o tym mówię. – Zmieszanie na twarzy brata od razu poprawiło Mattowi humor. – I raczej nie chodzi tam zaplatać warkocze piegowatej Tracy.
Jack szybko na powrót przykleił uśmiech do twarzy.
Nie martw się braciszku, szybko się mnie nie pozbędziesz – zapewnił i z jedną zmiętą koszulą pod pachą, a drugą na wieszaku wyszedł z pokoju. Kurwa, tym razem dał ciała. Ten mały, rudy szczur jeszcze go popamięta.
***
Rodzinny obiad odbywał się w salonie. Byli na nim wszyscy oprócz najmłodszego syna, Liama. Benjamin Hetfield, siwy i wąsaty mężczyzna po sześćdziesiątce, z wyraźnie zaznaczonym pod kraciastą koszulą brzuszkiem zajął centralne miejsce przy masywnym, dębowym stole. Po jego prawej siedziała jego druga żona, Misaki. Była bardzo drobną kobietą o typowo azjatyckiej urodzie. Oczywiście wyglądała znacznie młodziej niż na swoje czterdzieści cztery lata. Po lewej kolejno siedzieli Jack i Matt w garniturowych spodniach i koszulach, ale bez marynarek i krawatów. Obiad nie ograniczał się do dwóch dań, a stół był przyozdobiony bukietem wykonanym zgodnie z ikebaną przez Misaki. Jack musiał przyznać, że macocha miała świetne wyczucie i zachowała odpowiednie proporcje rodzinnej sielankowości i formalizmu. Jednak na niewiele się to zdało. Flaga konfederatów na ścianie oraz szabla oficerska, a także liczne trofea myśliwskie jasno wskazywały, w jakim jest się domu i kto jest jego panem.
A gdzie Liam? – zapytał swoim ochrypłym, a nawet trochę gulgoczącym głosem Benjamin. – Mieli być wszyscy.
W szpitalu – odpowiedział Matt.
Misaki, wiedziałaś o tym? – zapytał Benjamin żonę, a ta tylko pokręciła przecząco głową.
To skąd masz takie informacje, Matt? – dopytywał ojciec. – Do rodziców nie zadzwonił, a do ciebie już tak? Co ja mam z tym dzieckiem.
Matt jednak zaprzeczył:
Do mnie oczywiście też nie zadzwonił. Sprawdziłem Facebooka tego jego szkolnego kółka. Była informacja, że nie będzie uczestniczył w kolejnym spotkaniu. A później już do niego zadzwoniłem i wydusiłem, gdzie leży. Standardowo w Mercy.
Benjamin wytarł serwetką zupę z twarzy, by dać sobie czas do przeanalizowania sytuacji. Nie chciał pokazać po sobie emocji.
Dobrze. Pojedziesz do niego z rana – zadecydował.
Ale tato – zaprotestował Matt – jechałem tu dziewięć godzin i mam następne cztery spędzić w samochodzie? Niech Jack jedzie do Oklahomy.
Chyba żartujesz. Ten gbur tylko pogorszy jego stan. – Benjamin poklepał Jacka po ramieniu. – Jest między wami mniejsza różnica wieku. Zawsze lepiej się dogadywaliście. Masz całą noc na regenerację.
Pominął już fakt, że Jack był tylko przyrodnim bratem Liama. Nie chciał dodatkowo zasmucać Misaki.
Niech będzie – zgodził się Matt, a jego brat odetchnął z ulgą. Jeszcze tego mu brakowało.
Benjamin zastanowił się chwilę, jak powinien postąpić ze swoim najmłodszym synem. Nie był taki jak Jack, musiał się z nim obejść delikatniej.
Tak, pojedziesz do niego jutro i porozmawiasz z nim. Jeśli to nic nie da, pojadę ja. Możesz go tym nawet zastraszyć.
Nie sądzę, żeby to coś dało. Rozmawiałem z nim wielokrotnie, ale mogę spróbować jeszcze raz.
Misaki przez całą rozmowę się nie odzywała. Martwiła się o syna, ale wiedziała, że danie upustu emocjom w niczym nie pomoże.
Misaki. – Głos męża wyrwał ją z zamyślenia. – Pojedziesz ze mną, dobrze? Ktoś musi pilnować mojego ciśnienia.
Oczywiście.
Jack przyglądał się wszystkiemu ze zblazowaną miną. Znowu to samo. Liam był głupkiem i nie zmienił się przez ostatnie miesiące. Dobrze, że on nie musi brać w tym udziału.
No, a jaki był powód zwołania tego obiadu? – spytał po chwili.
Matt tylko pokręcił głową na jego brak taktu i popatrzył na matkę. Na pewno przeżywała chorobę Liama najmocniej z całej rodziny, choć nie pokazywała tego po sobie. A Jack jak zwykle popisał się swoją gruboskórnością.
A tak, oczywiście – pochwycił ojciec. Złapał Misaki za dłoń i położył ich ręce na blacie. – Będziemy musieli odłożyć to w czasie, ale postanowiliśmy z waszą matką odnowić przysięgę małżeńską. Poprzedni ślub nie był najlepszy, więc teraz wszystko będzie, jak być powinno. I na co zasługuje Misaki.
No pewnie, że nie był „najlepszy”, pomyślał Jack. Czego można się spodziewać po ślubie w wiejskiej kaplicy na ostatnią chwilę z dwudziestolatką w ósmym miesiącu ciąży? Że też musiał tylko po to jechać trzy godziny.
Wspaniale – pochwalił Matt. – To na pewno będzie piękna uroczystość.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz