poniedziałek, 26 lutego 2018

Atsah - ROZDZIAŁ 1 - Odliczanie czas zacząć

Witam. Pierwszy rozdział nowego opowiadania, który jest teraz moim naczelnym projektem. Jest on trochę powiązany z "Life is Cheap", więc Santa Boy i Sasza gdzieś tam się przewiną, ale nie będą grać głównych skrzypiec. Miejsce akcji to dalej USA, ale tym razem inny kraniec kraju. Rozdział wprowadzający, a jego zdanie przewodnie to: "Johnny to kawał chuja, Santa Boy naprawdę jest gejem, a życie jest do dupy". Czyli drama, jak zwykle. 


Do domu ze szpitala wrócił trzy tygodnie po pogrzebie, w którym oczywiście nie uczestniczył. Samochód prowadziła matka. Do tej pory nawet nie wiedział, że ma prawo jazdy. Dotąd wszędzie jeździła na rowerze, a ich drugie auto, najzwyczajniejszy w świecie, dziesięcioletni Passat, było do użytku dziadków. Oprócz Volkswagena w ich garażu stał także pick-up ojca. Właśnie przez to wielkie bydlę, jak nazywała Toyotę Tundrę matka, nie mogli urządzić tam sobie pralni.  Teraz nic nie stało na przeszkodzie, ponieważ nie było już ani samochodu, ani jego upartego właściciela, który nie chciał nawet słyszeć o rozbudowie garażu.

Toyota skończyła na złomowisku, a ojciec… Ojciec był teraz trzy metry pod ziemią. Ryan zacisnął usta i przełknął ślinę. Odwrócił głowę w stronę drzwi, aby matka nie widziała, jak do oczu napływają mu łzy. Nie potrzebowała więcej problemów. A nawet nie lubił tego człowieka, przemknęło mu przez myśl. Źle, on go nawet nie znał.
Ojciec większość życia przepracował jako górnik w odkrywkowej kopalni złota. Ryan nie był nawet pewien, czy skończył jakąś szkołę. Był prostym jak cep, twardym gościem, który niedziele spędzał na bluzganiu do telewizora, na ekranie którego biegali futboliści, piciu piwa i obżeraniu się tłustym żarciem. Ryan zawsze uważał, że nic ich nie łączyło i to nie była jego wina. Teraz, gdy było już za późno, łapał się na myśleniu, że on też nic nie zrobił, aby to zmienić.
Z zamyślenia ocknął się, gdy stanęli przed bramą do ich posesji i matka wystawiła rękę przez otwarte okno, aby otworzyć ją pilotem. Należeli do niewielu rodzin, których posesje były ogrodzone, nie był to jednak ich wymysł, a poprzedniego właściciela, od którego kupili dom. Zaparkowali na betonowym podjeździe obok rosłego klonu. Ryan wychylił się do tyłu, aby zabrać z tylnego siedzenia torbę ze swoimi rzeczami, ale wtedy jego pokiereszowany bark dał o sobie znać.
– Ja to zrobię – powiedziała jego matka i sama sięgnęła po bagaż. – Babcia ugotowała dla ciebie coś specjalnego.
– Nie jestem głodny – odparł po zatrzaśnięciu drzwi od samochodu. – Wiesz… nie musisz się silić, aby… Sama wiesz.
Jego matka włączyła jeszcze alarm od samochodu i uśmiechnęła się do syna. Była ładną, szczupłą i zadbaną blondynką. Po niej syn odziedziczył szaro-niebieskie oczy o chłodnym, przejrzystym odcieniu.
– Pozwól mi być matką, a sobie pozwól być dzieckiem – odparła.
Kiwnął tylko głową. Nie wiedział, jak rozmawiać teraz z mamą. Coś banalnego, jak „Hej, ładna dziś pogoda”, wydawało się nie na miejscu. Na wspominanie ojca było zaś za wcześnie. Tak samo będzie z dziadkami, oni przecież stracili już drugiego syna.
Gdy pchnął jak zwykle niezakluczone drzwi, ich górny kant uderzył o zawieszone pod sufitem dzwonki. Puste, metalowe rurki uderzyły o siebie, oznajmiając domownikom, że ktoś wszedł do domu. To też wydawało się Ryanowi w jakiś sposób niewłaściwie. Ten dźwięk był zbyt radosny.
Tak, jak i niski, męski śmiech, który doszedł do jego uszu. Ryan spojrzał w stronę kuchni zaskoczony. Z holu nie mógł dojrzeć jej wnętrza. Gdy odkładał buty na drewnianą buciarkę, w oczy rzuciły mu się też brudne, zniszczone adidasy. Nie należały do niego, ani do ojca.
– Ach, zapomniałam ci powiedzieć. – Matka wyminęła Ryana w korytarzu. – Przyjechał twój wujek, Johnny.
Słyszał to imię wielokrotnie z ust dziadków. Widział też je napisane na pocztówkach, które rzadko do nich przychodziły z najróżniejszych zakątków świata. Raz na rok albo nawet rzadziej. Zawsze była też tylko krótka, lakoniczna notka w stylu „Wciąż żyję”. Dziadkowie nazywali drugiego syna wędrowcem, ojciec w ogóle nie wspominał o swoim młodszym bracie. Chyba nie byli zbyt blisko. Zresztą, nawet pocztówki były zaadresowane tylko do dziadków.
W kuchni, przy stole, nad talerzami z zupą pomidorową siedzieli babcia z dziadkiem oraz wysoki facet koło trzydziestki. Był podobny do ojca, a jednocześnie zupełnie inny. Szczupły, bez śladu piwnego brzucha, a jego skóra była spalona przez słońce południowych krajów. Długie do ramion, falowane włosy, które dawno nie widziały fryzjera, komponowały się z niewyprasowaną hawajską koszulą. Tak, Johnny zupełnie nie przypominał swojego starszego brata, a jednocześnie był do niego łudząco podobny. Mieli takie same lekko orle nosy, mocno zarysowane szczęki i szerokie usta. Nawet ich brwi układały się w taką samą, ostrą linię.
Wyglądało na to, że Johnny jednocześnie jadł pomidorową zupę, którą babcia ugotowała dla wnuka, bo to była jego ulubiona, oraz palił papierosa. A dziadek przecież nienawidził dymu papierosowego. Ojciec zawsze musiał wychodzić z domu na ganek, żeby zapalić. Teraz dziadkom wydawało się to zupełnie nie przeszkadzać. Oboje patrzyli na swojego marnotrawnego syna jak na jakąś świętość. Nawet dziadek lekko się uśmiechał, mimo że na co dzień był zrzędliwym gburem.
„Hej, jeszcze nie minął miesiąc odkąd zmarł wasz pierwszy syn. Ten, który cały czas przy was był” – pomyślał z goryczą Ryan, nic jednak nie powiedział. Już nienawidził tego faceta. Jego farbowanych na blond włosów, niechlujnego zarostu, tatuażu węża oplatającego jego lewe przedramię i tego pobłażającego uśmiechu.
– Och, więc to gówniak Teda – powiedział mężczyzna, nawet nie kwapiąc się, aby się przedstawić. – Ciesz się, dzieciaku, że więcej odziedziczyłeś po mamie.
– Johnny! – ofuknęła go babcia Ryana i klepnęła dłonią w tył głowy.
– No, co? – mruknął mężczyzna, pocierając obolałe miejsce. – Przecież mówię prawdę. Słodki dzieciak, udał ci się, Jennifer.
– Cały ty – parsknęła kobieta, która stanęła za swoim synem w progu kuchni. Ucałowała go z zaskoczenia w policzek. – Ale to mój skarb. Och, patrz Ryan, wujek chyba zjadł ci całą zupę.
Podeszła do mężczyzny i poklepała go po ramieniu, jakby mówiła „Dobrze, że jesteś”. Ryan nadal stał w progu, przyglądając się całej scenie z rosnącą złością i zaciśniętymi ustami.
– Może chcesz zapiekanki? Ze szczypiorkiem, hmm? – spytała Jennifer.
– Ja chcę! – Johnny uniósł rękę do góry, jakby zgłaszał się do odpowiedzi. – Ta zupa to chyba na wodzie była.
Ryan zacisnął dłonie schowane w kieszeniach, wbijając paznokcie w skórę.
– Niczego od was nie chcę! – syknął i wyszedł z kuchni, nie czekając na niczyją odpowiedź.
Szybko wbiegł na pierwsze piętro i pokonał korytarz, na końcu którego było wejście na poddasze. Aby schody się wysunęły, trzeba było pociągnąć za sznurek. Wspiął się na górę i zamknął się w swojej jaskini. Rzucił się na łóżku nie bacząc na swój stłuczony bark. Po chwili przypomniał sobie, że nie zabrał swojej torby z rzeczami, ale nie zamierzał po nią wrócić. Nie po przedstawieniu, które przed momentem odstawił.
– Johnny – syknął, zakrywając oczy przedramieniem. – Pieprzony Johnny.
Ostatnie, co pamiętał, to jak wsiadał do auta, gdy ojciec odbierał go z imprezy. Pomyślał, że to miłe i niecodzienne jak na niego. Zaraz jednak w głowie Ryana pojawiła się myśl, że to pewnie mama go zmusiła. Później ocknął się w szpitalu. W ogóle nie pamiętał momentu wypadku. Od obsługi szpitala dowiedział się jednak, że to najprawdopodobniej jego ojciec zjechał na drugi pas, przez co czoło zderzyli się z ciężarówką. On zmarł na miejscu, a Ryan jakimś cudem skończył jedynie z wstrząśnieniem mózgu, rozciętym czołem i kilkoma poważniejszymi stłuczeniami.
Podobno ojciec w momencie wypadku był pijany. Matka nigdy nie pozwoliłaby mu jechać nawet po piwie, więc pewnie przed odebraniem Ryana zatrzymał się na stacji. Co za idiotyczna śmierć, pomyślał chłopak. Co za idiotyczny sposób na spieprzenie kilku osobom życia.
– Idiota – powiedział na głos przez łzy.
Dłońmi przejechał po swojej twarzy, a potem znieruchomiał. Trwał tak chwilę, niewidzącymi oczami patrząc się przed siebie, aż nie dobiegł do niego głos z matki z dołu.
– Ryan! Zejdź do nas! Proszę cię, nie zachowuj się jak…
– Daj mi spokój!
Wiedział, że matka nie wejdzie do góry po drabince, bo ma lęk wysokości. Tu mógł mieć święty spokój od wszystkiego i od wszystkich. Zdziwił się więc, gdy po chwili klapa się otworzyła i ukazała się w nich głowa Johnny’ego.
– Co ty tu robisz?! To mój pokój!
– Taa? – Mężczyzna posłał Ryanowi pobłażający uśmieszek, stając na podłodze poddasza. – A ja sądziłem, że ten dom kupili twoi rodzice na spółkę z dziadkami. No popatrz, tak się pomylić.
Trzymając klapę otwartą, machnął ręką Jennifer, która czekała na dole i właśnie chciała coś powiedzieć.
– Poradzę sobie – zapewnił i zatrzasnął wejście.
Ręce zaplótł na piersi i spojrzał na chłopaka, który w między czasie zdążył unieść się do siadu.
– Co powiesz na małą pogawędkę? – spytał.
– Nic.
Johnny zaśmiał się lekko. Mrużył przy tym oczy.
– Elokwencję masz jednak po ojcu.
– Wal się! – syknął chłopak.
– Ułaa, zabolało – parsknął Johnny, po czym zbliżył się do łóżka. Nagle chwycił Ryana za włosy i nachylił się do niego, zmuszając chłopaka, aby popatrzył mu w oczy. – Słuchaj, szczeniaku. Będę tu przez jakiś czas, czy ci się to podoba, czy nie. Zagryź więc te swoje piękne usteczka i nie przysparzaj swojej mamie więcej zmartwień. Ja tam się mogę nie znać, ale coś mi mówi, że powinieneś być dla niej podporą, a nie zachowywać się jak rozkapryszony bachor. Twoja babcia nazywa mnie wędrowcem, ale ja sam wolę określenie włóczęga. Nigdzie nie zagrzewam na dłużej miejsca, więc w końcu odejdę i będziesz mógł odetchnąć z ulgą. Do tej pory będziesz musiał ze mną wytrzymać. Otrzyj więc łezki, zejdź na dół i przeproś mamę i dziadków. Weź przykład z ojca i zachowaj się jak mężczyzna.
Puścił włosy chłopaka i poprawił wisiorek, który uwolnił się spod jego koszuli, gdy się pochylił. Rozglądnął się przy tym po pokoju chłopaka. Na ścianach wisiało sporo plakatów z zespołami muzycznymi. Jeden przykuł jego uwagę.
– Lubisz High Death? – spytał, jak gdyby nigdy nic i scena sprzed chwili nie miała miejsca. – Byłem niedawno na koncercie w Meksyku. Dobra dupa jednak potrafi odmłodzić człowieka o dwadzieścia lat.
Ryan mimowolnie spojrzał na plakat.
– Że co? – spytał, nim zdążył się powstrzymać.
Johnny popukał zgiętym palcem w miejsce, gdzie na zdjęciu zespołu znajdował się basista.
– Myślałem, że to tylko plotki – przyznał niechętnie chłopak. Dlaczego w ogóle z nim rozmawiał?
– Ja w sumie też, aż nie dostałem się na backstage po koncercie. Pewnych rzeczy nie da się odzobaczyć.
Mężczyzna uśmiechnął się jeszcze w taki sposób, aby nie było wątpliwości, o jakie rzeczy chodzi, po czym zszedł na dół.
– Nie daj za długo na siebie czekać – rzucił jeszcze na odchodnym.

Ryan znów przetarł twarz dłońmi, wciąż siedząc na brzegu łóżka. Oto trzy rzeczy, jakich się dzisiaj dowiedział: Johnny to kawał chuja, Santa Boy naprawdę jest gejem, a życie jest do dupy. Po chwili jednak zwlókł się z łóżka i udał się do kuchni na te nieszczęsne zapiekanki ze szczypiorkiem.
***
W domu przesiedział jeszcze kilka dni. Na szczęście Johnny nie przebywał w nim zbyt często. Znikał gdzieś w dzień i w nocy, ale codziennie wracał, by dać dziadkom Ryana nacieszyć się swoją obecność chociaż przez kilka godzin. Jednocześnie był w domu całkowicie bezużyteczny. Generował tylko więcej prania, zmuszał babcię do gotowania większych ilości jedzenia i pożyczał jedyne auto, jakie im zostało. Bez pytania oczywiście.
Johnny, aka Karaluch, nie był jednak głównym powodem, dlaczego zdecydował się we wtorek iść po raz pierwszy od wypadku do szkoły. Dzisiaj wypadał czternasty lutego. To idiotyczne, komercyjne święto. Większość ludzi, podobnie jak Ryan, uważało to za głupotę, ale i tak płynęli z nurtem różowych serduszek. Nawet ojciec w ten dzień wstawał sprzed telewizora, zakładał najlepszą koszulę i golił się dokładnie. Co roku zapraszał swoją żonę do restauracji, gdzie się poznali. Matka Ryana w liceum dorabiała w niej jako kelnerka.
Gdy chłopak zszedł na dół, do kuchni na śniadanie, od razu zobaczył to w jej oczach. Jennifer jak zwykle uśmiechnęła się pogodnie do syna i udawała, że wszystko jest w porządku. On wiedział, że dzisiaj było jeszcze mniej „okej” niż zwykle. I po prostu stchórzył. Wolał już iść do szkoły, znosić próbujących pocieszyć go kolegów i walentynkową atmosferę, niż patrzeć na jej cierpienie. Takim był tchórzem. Zupełnie nie jak ojciec, pomyślał, parafrazując słowa Johnny’ego sprzed kilku dni.
Postanowił więc iść, mimo próśb matki, aby jeszcze się wstrzymał.
– Już nic mi nie jest. Większość siniaków już mi zeszła – powiedział, gdy jedli razem jajecznicę. – I nie chcę sobie zrobić więcej zaległości.
– Wszyscy zrozumieją – stwierdziła Jennifer.
– Co zrozumieją? Nie chcę, by patrzyli na mnie ze współczuciem.
Matka w końcu dała się przekonać, więc wrzucił do plecaka parę zeszytów, nawet nie sprawdzając, czy ma dzisiaj takie przedmioty. Ubrał się ciepło, bo pomimo braku śniegu, temperatura utrzymywała się na poziomie kilku stopni poniżej zera. Szkoła było blisko, więc zwykle chodził na nogach. Teraz nie miał nawet innej opcji, bo Johnny znów zabrał samochód.
Gdy Ryan przeszedł już przez bramę posesji, coś rzuciło mu się w oczy. Na ceglanym murze widniał napis zrobiony białą kredą. To było ledwie kilka linijek. Nie umiał odczytać jednak ani słowa, bo tekst nie był po angielsku. Nie wyglądało to też na niemiecki, ani hiszpański, których także się uczył. Litery należały do alfabetu łacińskiego, ale wiele z nich miało u góry i u dołu, a nawet z boku dodatkowe kreski i kropki. Ryanowi przypominało to jakiś elficki albo krasnoludzki język, jak w grach i książkach. Odczytać mógł tylko jeden wyraz. W środku tekstu znajdowała się liczba 179.
– Jeśli to żart, to nieśmieszny – mruknął i nachylił się, aby zmazać bazgroły rękawem kurtki.
Rozglądnął się też wokoło, poszukując żartownisia, ale nie zauważył nikogo podejrzanego, jedynie paru sąsiadów. Jeśli to był jakiś żart, to bardzo niesmaczny. Przecież wszyscy w okolicy wiedzieli o niedawnej śmierci Teda Nortona.
W szkole było dokładnie tak, jak się spodziewał. Koledzy z klasy wygłaszali swoje formułki: „Tak bardzo mi przykro” i „Jeśli tylko czegoś byś potrzebował…”. To co? – pytał w myślach Ryan. Przecież nikt tak naprawdę nie chciał mu pomóc. To były tylko puste frazesy. Przynajmniej jego koledzy z klasy mogli poczuć, że zrobili, co do nich należało i odetchnąć z ulgą.
Jednak nie ta pusta paplanina był najgorsza, a wzrok tych ludzi. Żałowali go. Nawet nauczyciele. Facet od geografii powiedział, że Ryan nie musi przejmować się zbliżającym się sprawdzianem, ponieważ jest w tej sytuacji.
Kolejny dzień zapowiadał się dokładnie tak samo. Na śniadanie znów były jajka, chociaż tym razem na bekonie, na dworze nadal panowała niska temperatura, chociaż dalej nie padał śnieg, a na murze znów pojawił się napis. Ryanowi wydawało się, że był taki sam, jak wcześniej, ale nie mógł stwierdzić tego z całą pewnością, bo nie rozumiał ani słowa. Tym razem przed zmazaniem zrobił zdjęcie. Gdy patrzył na nie na ekranie telefonu, coś rzuciło mu się w oczy. Liczba chyba się zmieniła. Dziś było to 178, czyli zmalała o jeden.
– Dziwne – mruknął Ryan. Równie dobrze mógł po prostu źle zapamiętać.
Ten dziwaczny napis absorbował jego myśli do tego stopnia, że zamiast skupić się na lekcji, próbował rozwikłać zagadkę. Miał przecież tyle materiału do nadrobienia, a teraz przez myślenie o głupotach, dokładał sobie jeszcze więcej. Były jednak też pozytywy całej sytuacji. Przynajmniej jego głowa była czymś zajęta.
Kolejnego poranka miał już pewność. Bazgroły znów widniały na murze. Ryan porównał go ze zdjęciem i stwierdził, że napis jest taki sam, a zmienia się jedynie liczba. To było odliczanie. Tylko do czego? – zastanawiał się. To był jedyny ceglany mur w okolicy. Może jakieś uliczne gangi zostawiały tu sobie wiadomości? Widział już wcześniej na ścianach budynków takie bazgroły – pełne wygrażania, przekleństw i błędów ortograficznych. Te jednak robione były sprejem, a przede wszystkim w języku angielskim.
Podczas lekcji wpadł na pomysł, aby zapytać o napis szkolnego bibliotekarza. Wiedział, że mężczyzna ukończył lingwistykę na jakimś dobrym uniwersytecie. Oprócz ścierania kurzu z bibliotecznych półek, uczył także łaciny. Był młody, dość przystojny, wykształcony i nawet według innych nauczycieli marnował się na tym zadupiu. Ryan nie miał na ten temat zdania. Niech sobie facet robi, co chce.
Do biblioteki poszedł podczas przerwy obiadowej. W środku było kilku uczniów, którzy korzystali z komputerów. Tak, szkolna biblioteka byłaby zupełnie martwa, gdyby nie darmowy dostęp do Internetu. Bibliotekarz siedział za ladą z nosem w jakimś niebotycznie grubym tomie. Ryan musiał powiedzieć „Przepraszam” dwa razy, zanim mężczyzna na niego spojrzał.
– Ach, tak – powiedział bibliotekarz, poprawiając wąskie okulary na nosie. – W czym mogę pomóc?
– Cóż… Znalazłem coś takiego na murze. – Ryan pokazał mężczyźnie zdjęcie na telefonie. – Chciałbym się dowiedzieć, co to za język.
– Hmm… to transkrypcja opierająca się głównie na łacińskich literach. Ze względu na to, że znajdujemy się w pobliżu rezerwatu, stawiam na język nawaho.
– Indiański? – zdziwił się Ryan. – I jest do tego jakiś słownik?
– Z pewnością. Jednak nie w naszej bibliotece. W księgarni także będzie ciężko go zdobyć. Jeśli jesteś bardzo zainteresowany odczytaniem tego, spróbuj poszukać w Internecie.
– A pan by nie potrafił?
– Przykro mi, specjalizuję się jedynie w łacinie i grece.

Bibliotekarz nie był tak pomocny, jak spodziewał się Ryan, ale przynajmniej dowiedział się, co to za język. Dzięki temu miał już plan na resztę dnia. Wieczorem spróbuje rozszyfrować napis, a w nocy złapać jego autora. Gdy sprawdzał wczoraj o dwudziestej trzeciej, mur wciąż był czysty. Rano jednak bazgroły znowu się pojawiły.
Gdy wracał po lekcjach do domu, spotkał koło przystanku swoją mamę. Kobieta właśnie wysiadła z autobusu z dwiema siatkami pełnymi zakupów. Teraz więc szli ulicą razem, dzierżąc po jednej reklamówce.
– Czemu tak się ubrałaś, żeby zrobić zakupy? – zapytał Ryan.
Jennifer miała na sobie elegancki komplet z granatowym żakietem, dokładny makijaż i zgrabnego koka na szczycie głowy.
– Byłam na rozmowie o pracę – odparła. – Poszło bardzo dobrze. Pewnie dlatego, że to firma mojego znajomego z liceum, ale wciąż… Będę mogła zacząć od przyszłego tygodnia.
Ryan aż przystanął w miejscu ze zdziwienia.
– No ale jak to?
Do tej pory mama pracowała sklepie, który na leżał do dziadków Ryana. Jako jeden z nielicznych rodzinnych biznesów przetrwał budowę centrum handlowego. Może dlatego, że był całodobowy i skupiał się na sprzedaży alkoholu i papierosów. Może dlatego, że przy wejściu stały automaty ze słodyczami, a może dlatego, że ludzie się do niego przyzwyczaili.
– Ryan, teraz, kiedy nie ma twojego taty, potrzebujemy pieniędzy jak nigdy przedtem. Dziadkowie zajmą się sklepem w dzień, a Johnny weźmie nocne zmiany.
– Johnny? – powtórzył Ryan, marszcząc brwi. To wydawała mu się zbyt odpowiedzialna praca dla tego faceta. – A co z Markiem?
Jennifer westchnęła.
– Niestety musimy go zwolnić – przyznała. – Nie stać nas na dodatkową pensję.
– A co z polisą? Przecież ojciec był ubezpieczony, prawda? Pamiętam, że go zmusiłaś.
Doszli już do domu, więc Jennifer otworzyła bramę. Samochód nie stał na podjeździe, więc Johnny znów musiał gdzieś wybyć. Kobieta zatrzasnęła za nimi furtkę i spojrzała na syna.
– Ryan… – zaczęła. – Prawda jest taka, że to twój tata był winny wypadku. Nie wypłacą nam w takiej sytuacji odszkodowania.
– Więc naprawdę był pijany? Co za beznadziejny człowiek – prychnął chłopak i ruszył szybciej w stronę domu, zostawiając matkę za sobą.
– Ryan…

Zjedli obiad razem z dziadkami w niemal całkowitej ciszy, a potem Ryan zamknął się na swoim poddaszu. Wydrukował zdjęcie z napisem i przykleił je na szafce wiszącej nad biurkiem. Po bardzo głębokim przekopaniu Internetu dowiedział się, że językiem nawaho posługuje się jakieś sto tysięcy Indian w USA, którzy zamieszkują głównie rezerwatay. Rdzenny język wśród młodszych pokoleń z miast niemal zanikł. Pierwszy słownik powstał jeszcze przed drugą wojną światową, ale nie był on w późniejszych latach zbyt rozwijany. Dobre translatory także nie istniały.
Po kolejnych męczarniach i godzinach spędzonych w Internecie Ryanowi udało się zainstalować wirtualną klawiaturę ze specjalnymi znakami języka nawaho. Gdy spróbował przepisać tekst ze zdjęcia odkrył, że litery są napisane bardzo niedokładnie i często nie miał pewności, jaki to znak. Gdy wczytał się w zasady gramatyki, jego nadzieja na odczytanie napisu jeszcze zmalała. Układ zdania był zupełnie inny niż w angielskim, dodatkowo w nawaho w ogóle nie istniały przymiotniki, a ich funkcję pełniły czasowniki.
Spróbował wpisać cały tekst w translator, będący w „fazie rozwoju” chyba od lat dziewięćdziesiątych, ale nie uzyskał żadnych wyników. Wpisywanie wyrazów pojedynczo także nie dało efektów. Nie mógł się też w pełni skupić, bo co chwilę wyglądał przez okno. Ulica przy jego domu była słabo oświecona, ale liczył, że uda mu się dojrzeć, gdy ktoś podejdzie pod mur. Zbliżała się dwudziesta czwarta, ale nadal nikogo nie zauważył, a jutro musiał wstać wcześnie do szkoły. Postanowił więc iść spać, a polowanie urządzić w weekend. Zrezygnowany wklepał jeszcze jeden wyraz w translator, zmieniając jedną samogłoskę, której odczytania nie był pewien, i nagle wszystko potoczyło się błyskawicznie.
„Zabiję” – to słowo pojawiło się na ekranie jego laptopa. W tym samym momencie wyłapał kątem oka ruch na ulicy. Przy ogrodzeniu posesji przystanął jakiś zakapturzony osobnik. Musiał być wysoki, bo jego głowa wystawała wyraźnie zza muru. Ryan zerwał się z miejsca i niewiele myśląc, zszedł z poddasza, a potem wybiegł z domu.
– Hej, ty!

6 komentarzy:

  1. Pracujesz jak mrówka.Dlatego między innymi dzięki za pdf z Life is Cheap.Zostało czekać na dalszy ciąg rozwiązywania tej zagadki z napisemXD oczywista sprawa, a teraz napiszę, że nawet ten wujek to spoko postać.Ryana na chwilę obecną też lubię-sam początek, ale mógł być jakimś wkurzającym nastolatkiem.Lubię Twoje lubienie klimatycznych kultur-kit z tym, że każda taka w jakimś stopniu jest.Spoko jakby udało mu się to rozwiązać w 178 dni albo czegoś innego.Akcja i ‘dzianie się’ jest wskazane aczkolwiek: zostawcie młodego nie zabijajcie goXDDD Ten przemycony Santa Boy z rybką haha dobry pomysł zdecydowanie :D to w sumie zabawne jak bardzo nie można ich ‘odstawić’.SB i S to narkotyki normalnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pracowałam jak mrówka, bo się rozchorowałam i siedziałam w domu :) -> Że tak zarymuję: Nie trza iść do roboty, można pisać głupoty xD No cóż mogę powiedzieć, SB i rybka chyba zostaną ze mną na zawsze xD Johnny to będzie ważna postać. I co mogę powiedzieć, musiałam stworzyć kolejnego, sarkastycznego gnojka, bo inaczej to bym nie była ja ;)
      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam!

      Usuń
  2. Super klimat.chyba nawet bardziej będzie mi pasowało niż LiCh.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dobrze zapowiada :) Ja też poczułam jakiś powiew świeżości.
      Pozdrawiam!

      Usuń