sobota, 24 grudnia 2016

ROZDZIAŁ 18 - Bliźniacze embriony i jeden fiut

Dziękuję wszystkim za komentarze pod poprzednim rozdziałem. Bardzo pomogły, bo miałam jeszcze ochotę na klecenie nowego rozdziału pomiędzy pieczeniem, gotowaniem i sprzątaniem. Życzę wszystkim wesołych Świąt spędzonych tak, jak wam się marzy, bo wiem, że niekiedy z tym ciężko. Kto już usłyszał od ciotki/wujka "A kiedy znajdziesz sobie żonę/męża, bo już najwyższy czas?", ręka w górę :)
anta Boy przysunął stopą krzesło, które stało przy stoliku obok. Starsza pani przy nim siedząca obrzuciła muzyka przestraszonym spojrzeniem, ale zaraz spuściła głowę i skupiła się na swojej herbacie. Wszyscy klienci szpitalnej kawiarni zaprzestali swoich dotychczasowych czynności i popatrzyli w stronę pary mężczyzn, gdy rozległ się pisk drewnianych nóg przesuwających się po parkiecie. Niezrażony niczym Santa Boy poklepał siedzenie i uśmiechnął się do stojącego w progu Matta. Ten przełknął, miał nadzieję, dyskretnie ślinę i kiwnął głową. Przy stoliku było tylko jedno wolne miejsce, więc postanowił nie przeszkadzać i po prostu udać się do domu, ale najwidoczniej Santa Boy miał względem niego inne plany.

– I jak? – spytał Sasza, gdy podeszli do stolika z Joshem.
– Dobrze – odparł chłopak i usiadł przy nim. – Chyba... Nie wiem.
Matt, chcąc nie chcąc, usiadł obok, czyli bliżej Santy Boy'a. Znów czuł podenerwowanie w jego towarzystwie, szczególnie że był tu także jego chłopak, partner, kochanek, czy kimkolwiek był szczupły mężczyzna, który patrzył teraz na niego z ukosa. Przecież nie mógł wiedzieć, myślał gorączkowo Matt. Boże, on sam chciałby nie wiedzieć. Chciałby tego nie czuć.
Sasza miał właśnie złożyć kondolencje, ale uprzedził go Santa Boy:
– Wyglądasz jak żywy trup, więc zaproponowałbym ci kawę, ale to gówno stąd jedynie by cię dobiło. Może herbaty?
– Tak, herbata byłaby w sam raz – odparł Matt, siląc się na uprzejmy uśmiech.
Popatrzył trochę pewniej na mężczyznę z wdzięcznością w oczach. Wreszcie ktoś się nad nim nie użalał. Wszyscy mówili mu, jaka to niepowetowana strata, że żal na pewno rozrywa mu serce, nie dając mu żadnego wyboru w tej kwestii. A on nie czuł niczego takiego. Czuł strach i ulgę, bo jego świat miał zostać napisany na nowo. I wzgardę wobec ojca. Bo Benjamin Hetfield był żałosny i był tchórzem.
Santa Boy kiwnął głową na Josha, a ten wstał i poszedł do baru złożyć zamówienie, odbierając jeszcze od mężczyzny banknot. Sasza rzucił muzykowi krótkie, karcące spojrzenie i na powrót przylepił uśmiech do twarzy.
– Kto by się spodziewał, że spotkamy się w takich okolicznościach? – Santa zmrużył oczy w uśmiechu. – Prawda, Matt?
– Nie sądziłem, że w ogóle się jeszcze spotkamy – przyznał chłopak. Był zaskoczony, że muzyk pamięta jego imię. I mile tym połechtany w jakiś sposób.
– Hm? Dlaczego? Przecież cię zaprosiłem na nagrania. Trochę to się przeciąga, ale startujemy lada dzień. – Santa wyciągnął z kieszeni wizytówkę i przesunął ją po blacie w stronę Matta. – Nagrywamy w Austin. Blisko uniwerku.
– To bardzo miłe – odparł Matt. – Ale teraz, cóż, wiele się zmieni. Nie sądzę, żebym miał czas na przyjemności. Muszę zając się rodziną, szkołą i firmą.
Był skonfundowany. Nie wiedział, co począć z tym, że ktoś poświęca mu tyle uwagi. Czuł się osaczony przez mężczyznę i jego pewny siebie krzywy uśmieszek.
– Myślę, że właśnie teraz potrzeba ci trochę oderwania od świata z grupką społecznych wykolejeńców. Popatrz na tych ludzi wokoło. – Santa Boy omiótł dłonią wnętrze kawiarni. – Wszyscy są smutni. Już w szkole ich tego uczono. Że mają być smutni. Robić coś, co każe im ktoś inny. Bo twoi poprzednicy też robili i ktoś po tobie też będzie to robił. Więc będziesz człowiekiem robiącym to, co należy i umrzesz smutny. I kiedy władzę nad twoim martwym, zimnym ciałem obejmie anarchia i entropia, w ostatnim przebłysku świadomości pojmiesz, że twoje bycie smutnym nie miało żadnego sensu. Bo teraz jesteś tu, trzy metry pod ziemią i wpieprzają się robaki. To jak, przyjdziesz?
Rozmowy w kawiarni i ogólny rumor przycichły nagle. Zachrypnięty, gardłowy głos Santy Boy'a z natury był bardzo donośny, a on nawet nie starał się mówić ciszej. Wszyscy smutni ludzie zebrani wokół okrągłych stolików, z nosami zwieszonymi nad filiżankami kwaśnej kawy, słyszeli jego słowa wyraźnie.
– Tak... może masz rację – przyznał niepewnie Matt. – Ale nie rozumiem, jaki ty masz w tym cel.
Santa Boy odchylił się na krześle zadowolony. Łatwo poszło.
– Cóż, potrzebuję kogoś do oceny, czy to, co nagramy, jest dobre. Kogoś, kto rozumie, o co chodzi, ale jednocześnie wyda obiektywną opinię. Myślę, że jesteś taką osobą.
Matt popatrzył ukradkiem na towarzysza mężczyzny. Ten starał się zachować kamienną twarz, ale niezbyt mu to wychodziło.
– Nie wiem, czy jestem do tego odpowiedni. Nie znamy się. Twój towarzysz... – Matt zawahał się. – Przepraszam, nie wiem, jak masz na imię. Chyba lepiej sprawdzi się w tej roli.
– Sasza – burknął chłopak. – Mam na imię Sasza.
– On? – Santa Boy przejechał dłonią po irokezie swojego kochanka. – On pała do mnie tak wielką miłością, że gładko łyknie, cokolwiek ze mnie wyjdzie.
Sasza zakrył dłońmi twarz, łypiąc na Santę spomiędzy palców.
– Musiałeś, co? – syknął. – Nie mogłeś sobie odpuścić.
Santa w odpowiedzi uśmiechnął się szeroko, mrużąc przy tym swoje piwne, głęboko osadzone oczy. Drobne zmarszczki, które powstały wokół nich, tylko dodały wyrazu jego pociągłej twarzy. Nie patrzył jednak na Saszę, ale na Matta, który zsunął się lekko na krześle. Chłopak miał wrażenie, że mimowolnie jest uczestnikiem jakieś gry i na pewno nie on rozdaje tu karty. Ani nie Sasza. Z widoczną na pierwszy rzut oka ulgą sięgnął do kieszeni w spodniach po telefon, gdy poczuł na udzie wibracje.
– Matka – stwierdził po pobieżnym spojrzeniu na ekran. – Muszę się już zbierać.
– Jasne – odparł Santa Boy i popukał palcem w wizytówkę leżącą na stoliku przy Macie. – Nie zapomnij.
Matt wstał od stolika. Pomasował się jeszcze po podgolonym karku. Kątem oka popatrzył na Saszę, który starał się zapaść pod ziemię. Nie miał odwagi spojrzeć na Santę Boy'a.
– Do widzenia – rzucił jeszcze i skierował się ku wyjściu kawiarni.
Czuł na plecach odprowadzające go spojrzenie ciemnych oczów. Znów zamrowił go kark. Nie miał złudzeń, że to przez szorstką metkę białej koszuli. Gdy zapinał marynarkę, sprawdził, czy mały, prostokątny kartonik jest na swoim miejscu w wewnętrznej kieszeni. To jakieś szaleństwo, pomyślał.
– Mam przeczucie, że jeszcze nikt w życiu go nie przeruchał. – Zaśmiał się Santa, gdy Matt wyszedł już z kawiarni.
– Skończ już.
Przy stoliku pojawił się Josh z kubkiem w jednej dłoni i garścią drobniaków w drugiej.
– Spóźniłeś się, już poszedł. My też powinniśmy się zbierać.
– Okej. – Josh odstawił kubek na stolik wraz z resztą. – To ja jeszcze skoczę do łazienki.
Santa Boy spojrzał na kilkadziesiąt centów leżące na blacie okrytym pomarańczowym obrusem. Śmieszny chłopak. Podniósł się z krzesła, co nie uszło uwadze klientów kawiarni. Kiwnął na Saszę, który także wstał. Opuścili szpital i przeszli na parking, kierując się ku czerwonemu Ferrari Fat Moose'a.
– Przydałoby się je już oddać – stwierdził Santa, gdy stanęli przy samochodzie.
Naraz poczuł, jak Sasza obejmuje go w pasie rękoma, a głowę przytula do jego pleców okrytych czarną, skórzaną kurtką. Santa splótł ich palce na swoim brzuchu.
– Hm? Co jest?
– Nic.
– Myślisz, że go rwałem? – spytał Santa, masując dłonie chłopaka.
– Nie. Totalnie nie – odmruknął Sasza. – Ale jemu to nie zrobiło żadnej różnicy.
Muzyk zaśmiał się gardłowo. Wyplątał się z objęcia, nie puszczając dłoni Saszy i oparł o maskę samochodu. Przyciągnął do siebie chłopaka. Znów do przylgnęli do siebie, tym razem obróceni ku sobie twarzami.
– Dzieciak ma wszystkie moje płyty. Jak ty byś się zachował, gdybyś spotkał Wattie Buchana?
– Zapewne jak debil – przyznał Sasza. – Ale nie chciałbym, żeby mnie przeleciał. W ogóle ohyda.
Santa zaśmiał się krótko. Odchylił głowę Saszy do góry za irokeza i przypatrzył się jego szarym oczom. Zobaczył w nich coś nowego, co dane mu było ujrzeć już kilkakrotnie ostatnimi razy. Jakiś rodzaj zadziornego błysku. Rozkazującego i proszącego zarazem. Potrzebującego. Podobało mu się to. Odpowiedział mu krzywym uśmiechem. Sasza oblizał się powoli po dolnej wardze z trzema kolczykami. Objął Santę Boy'a z kark, przyciągając go do swojego poziomu. Przejechał językiem po jego stożkowych kolczykach poniżej lewego kącika ust, by zaraz wtulić nos w jego szorstki, niedogolony policzek. Mężczyzna zjechał dłonią z jego głowy na szyję, by włożyć mu zimne palce pod kołnierz kurtki. Sasza napiął się na to uczucie i wcisnął się bardziej pomiędzy jego uda. Przymknął oczy, gdy poczuł, jak Santa drugą, równie zimną dłoń wkłada mu pod kurtkę na plecach i przeciska palce pod paskiem.
– Yhm – sapnął i uniósł się bardziej na palcach.
Santa Boy chwycił go mocniej za kark i w końcu wpił się w jego wargi. Sasza przesunął dłonie na jego pierś i zacisnął je na materiale kurtki. Żarliwie oddawał pocałunek. Sapnął nosowo, gdy poczuł język mężczyzny przejeżdżający po jego podniebieniu. Mocniej docisnął swoje krocze do ciała kochanka, który dwoma palcami ugniatał jego rowek. Był spragniony mężczyzny.
– Ostatnio masz straszną chcicę, co? – spytał Santa, gdy oderwali się od siebie.
– Tak – odparł Sasza szczerze, nawet nie próbując zaprzeczać. Wcisnął się bardziej w mężczyznę, szukając swojego miejsca pomiędzy jego nogami. – Regularnie budzę się sztywny.
– To akurat chyba nic dziwnego. – Santa Boy wsunął dłoń pomiędzy ich ciała, aby ścisnąć przez spodnie penisa chłopaka i stymulować go z obu stron.
– Nie dla mnie – sapnął Sasza. Wtulił policzek w pierś mężczyzny i przymknął oczy. – Miałem taki czas... Jak brałem i później też. Myślałem, że, jak to ująłeś, jestem nieruchalny. A teraz, Boże, mam jeszcze te sny.
Santa Boy zachichotał szczerze rozbawiony. Sasza był niekiedy taki pocieszny. Chciał zobaczyć sztywniejącego penisa chłopaka i wsunąć głębiej palce, które miał teraz pomiędzy jego szczupłymi pośladkami, ale postanowił przystopować z ekshibicjonistycznymi akcjami. A Ferrari pomimo swoich niepodważalnych zalet miało też ograniczenia, szczególnie gdy jest się facetem z metrem dziewięćdziesiąt wzrostu. Wziął więc dłoń z krocza chłopaka, aby nie postawić go w sytuacji bez wyjścia.
– I kto jest w tych snach? – spytał szczerze zaciekawiony. – Hugh Jackman, Chris Cornell, Marlon Brando?
– Dlaczego zakładasz, że lubuję się w staruchach? – prychnął Sasza. Odsunął się trochę od mężczyzny, aby się uspokoić. – I Marlon Brando? Serio?
– No co? Młody był całkiem, całkiem.
– Może i tak – przyznał Sasza – ale za ten gwałt na aktorce z „Tramwaju zwanego pożądaniem” spada na mojej liście do samych otchłani piekła.
– W sumie racja – zgodził się Santa.
– A nie zapytasz, czy ty jesteś w tych snach?
– Nie będę sobie strzępić języka, by pytać o oczywistość – prychnął Santa Boy.
Sasza przewrócił oczami i poprawił swoją kurtkę, bo zaczęło doskwierać mu zimno. Oparł się bokiem o Santę Boy'a, który objął go ramieniem i przycisnął policzek do jego głowy. Byłoby cudownie, gdyby mogli być na tym świecie tylko we dwoje, pomyślał Sasza. I z Joshem.
– Gdzie on jest? – spytał, przypominając sobie o chłopaku. – Powinien już wrócić z ubikacji.
Santa Boy wzruszył ramionami.
– Pewnie uciekł – stwierdził po prostu.
– Uciekł? – Sasza rozejrzał się po parkingu, ale nigdzie nie zobaczył chłopaka. – Ale po co?
– Żeby zrobić coś głupiego. – Widząc minę Saszy, dodał: – Wróci, jak dostanie po dupie.
To wcale nie uspokoiło Saszy, a wywołało wręcz przeciwny efekt. Odsunął się od Santy Boy'a i zaczął krążyć w miejscu.
– Trzeba go znaleźć, zanim rzeczywiście zrobi coś głupiego!
Muzyk westchnął i splótł ręce na piersi.
– I co? Zamkniesz go w klatce? – spytał z powątpiewaniem w głosie. – Tylko go tym podjudzisz. Jak będzie chciał, to wróci. Póki co, jedźmy już do Austin.
Sasza rozglądnął się jeszcze bezradnie po parkingu. Spróbował zadzwonić do Josha, ale ten miał wyłączony telefon. Oczywiście.
***
Gdy wrócili do domu, był już wieczór. Santa Boy zniknął w kuchni, a Sasza udał się do jego sypialni. W małym pokoju na ścianie naprzeciwko łóżka wisiały oprawione w ramki pamiątkowe winyle High Death. To on co jakiś czas ścierał z nich kurz. Santa Boy zdawał się w ogóle nie przykładać wagi do takich rzeczy. Zresztą, zawsze mówił, że jak już się przekręci, to wszystko, co zrobił za życia, przestanie mieć jakiejkolwiek znaczenie. Dlatego nigdy nie stał się uczestnikiem amerykańskiego wyścigu szczurów, ale inni pamiętali. To, kim był, miało dla nich większe znaczenie niż to, jaki był Santa Boy. Sasza zawsze czuł się wyróżniony tym, że jako jednemu z nielicznych mężczyzna, choć może nadal nie w pełni, pozwolił poznać prawdziwego siebie. Poznać Marshalla Biela. Kochał go i może naiwnie, ale czuł, że ma do tego większe prawo niż ktokolwiek inny. W pewnym momencie przestał widzieć postać, a zaczął człowieka. I to napawało go strachem. Bo co jeśli mężczyzna nie szukał u swoich kochanków oddania, a uwielbienia, które tak łatwo można było wyłapać w spojrzeniu obu braci Hetfieldów? Sasza nie umiał już tak na niego patrzeć.
Znowu myślał o jakiś bezsensownych pierdołach. Pewnie miała na to wpływ sytuacja z Joshem. Nic nie umiał poradzić na to, że się martwił. Może pochopnie. Oby. Przyszedł do sypialni Santy Boy'a po swoje rzeczy. Skoro chłopak zniknął, nie było powodu do tego, aby tu dłużej rezydował. Miał przecież swój pokój. Spod poduszki wyciągnął spodnie dresowe i rozciągnięty podkoszulek, w których sypiał. Ubrania, które upchał do jednej z szuflad czarnej komody, zabierze jutro. Wrócił do swojego pokoju, trochę mniejszego niż sypialnia Santy i umeblowanego niepasującymi do siebie, przypadkowymi meblami. Na krześle pod ścianą zobaczył równo złożony w kostkę dres, w którym spał Josh. Chłopak był strasznie porządnicki jak na kogoś mieszkającego w przyczepie.
Sasza usiadł na brzegu łóżka i zaczął bębnić palcami w uda. Zaraz poderwał się i poszedł znów do pokoju Santy, by po chwili wrócić z laptopem. Postanowił wreszcie przeczytać, co wykryło dziennikarskie dochodzenie w sprawie Hetfieldów. Minęło dopiero parę dni, policyjne śledztwo wciąż było w toku, więc nie spodziewał się szczegółów. Wszedł na najpopularniejszy lokalny portal informacyjny i wpisał odpowiednie hasło w polu wyszukiwania. Znalazł kilka notek, w których co drugie zdanie zaczynało się od „prawdopodobnie”.
Jednak znajdowały się tam też informacje pewne, potwierdzone przez naocznych świadków. Kilkuset świadków. Sasza gwałtownie zatrzasnął klapę i odsunął do siebie laptopa. To wszystko jego wina. Zabił Benjamina Hetfielda. Posłał ukochanego Josha do szpitala, z którego może już nigdy nie wyjść. A wszystko to zrobił z jakieś głupiej zazdrości o jedną dupę spośród tysięcy, które Santa Boy kiedykolwiek obrabiał. Jeden spośród tysięcy. Nic nieznaczący. Mieszczący się w błędzie statystycznym. Poczuł, że robi mu się niedobrze. Parę razy wciągnął głośno powietrze przez nos zakryty dłońmi, ale niewiele to dało. Zabił kogoś. Był mordercą.
Santa Boy włożył pizzę do piekarnika. Nie lubił używać mikrofalówki, która zabijała smak potraw. Po chwili zastanowienia postanowił zrobić sałatkę. Sam mógł jeść cokolwiek i nie zwracał na to większej uwagi, ale Sasza był na dobrej drodze, aby przestać wyglądać jak więzień z łagru. Oprócz mięsa musiał też jeść jakieś jarzyny. Tak podpowiadała ta cała piramida żywieniowa, czy inne chujostwo. Gdy umieścił już pokrojone warzywa w misce i polał sosem, sprawdził pizzę. Była ciepła, więc wyciągnął ją z piekarnika i przełożył na duży talerz. Zawołał Saszę, ale ten nie przyszedł, ani nic nie odkrzyknął. Zły, że jego wysiłek nie został doceniony, ze ścierką wciśnięta za pasek spodni niczym fartuszek przeszedł do swojej sypialni, ale nie zastał tam chłopaka. Światło w łazience było zgaszone.
– Po co tam polazł? – mruknął i przeszedł przez salon do mniejszej z sypialń.
Zastał nam Saszę siedzącego na skraju łóżka z łokciami wspartymi o szczupłe uda. Twarz trzymał schowaną w dłoniach.
– Co? – spytał zaskoczony.
Sasza bez słowa wskazał komputer, który leżał po drugiej stronie łóżka. Muzyk usiadł na materacu i otworzył laptopa. Przez chwilę czytał w milczeniu, krzywiąc usta i lekko kiwając głową.
– Cóż. Nie powiem, żeby mnie to nie zaskoczyło – przyznał, gdy już odłożył komputer. – Jednak nie rozumiem, o co robisz takie aj–waj.
Sasza, który w napięciu obserwował kątem oka mężczyznę, gdy ten czytał, potrząsnął nerwowo głową.
– Zabiłem go – jęknął.
– Nie ty go postrzeliłeś i nie ty napchałeś jego ojcu do głowy tych bzdur. Nie ma w tym w ogóle twojej winy – odparł stanowczym głosem Santa. – Słyszysz? Żadnej.
– Nieprawda. To ja zrobiłem to Joshowi. Zabrałem mu szczęście.
Santa Boy prychnął i przysunął się do Saszy. Złapał go za nadgarstki i odsunął jego dłonie od twarzy.
– Jakie szczęście? – spytał. – Gdyby ten dziad nadal żył, Jack Hetfield dalej byłby na jego smyczy. Robiłby to, co wypada synowi białego, zamożnego magnata z katolickiej rodziny z tradycjami. A ruchanie chłopców z przyczepy się do tego nie zalicza. Więc jeśli Jack Hetfield przeżyje, to dopiero teraz mają jakieś tam szanse, ale się nie czarujmy. Nasza dwójka wyczerpała już limit baśniowych historii na tę dekadę.
Na twarzy Saszy pojawił się słaby uśmiech. Wciąż trzymany za nadgarstki zbliżył się do mężczyzny i oparł się o jego tors.
– Próbujesz mi powiedzieć, że nie zrobiłem nic złego?
– O nie – zaprzeczył Santa. – Spierdoliłeś na całego. Dobrze, że nie było widać mojej twarzy.
– No.
– Chociaż... – Santa pomasował się po podbródku w udawanym geście zastanowienia. – Promocja płyty oparta na skandalu, to mogłoby się udać.
– Nie zrobiłbyś tego. To byłoby poniżej twojego poziomu.
Santa Boy uśmiechnął się i pogłaskał Saszę po głowie. Więc miał jakiś poziom. A to nowość. Położył się na plecach, ciągnąc za sobą chłopaka, który przytulił się do jego boku.
– Pizza już pewnie wystygła – stwierdził, przypominając sobie o kolacji.
– Przepraszam.
– Skąd mi się dostał taki dobry chłopiec?
– To dar od losu – odparł chłopak i się uśmiechnął. – Powinieneś być wdzięczny.
Santa przytulił mocniej chłopaka do siebie.
– Jestem – odparł, patrząc na sufit. – Każdego dnia.
***
Szeryf uniósł głowę znad plastikowego pudełka, w którym miał obiad zrobiony przez żonę. Dopiero teraz miał czas go zjeść i, jak miał w zwyczaju od kilku tygodni, dzisiaj też robił to w samotności, w swoim biurze. Lekarz zalecił mu zmianę diety. Gotowany indyk i marchewka na pewno miały swoje zalety zdrowotne, ale mniej śmiesznym byłoby już publiczne zjedzenie donata z lukrem. Dlatego, zanim pozwolił wejść osobie pukającej do drzwi, schował pudełko do szuflady biurka.
Do biura wszedł jeden z młodszych policjantów. W ręce trzymał kilka zadrukowanych kartek.
– Ja w sprawie Hetfielda – oznajmił. – Chodzi o komputer znaleziony w pokoju Mike'a Garetta.
– A tak. Macie to... nagranie?
Policjant podrapał się za uchem. Był najmłodszy stażem, dlatego zawsze wysyłali go ze złymi wieściami.
– Właśnie... Informatyk niczego nie znalazł. Ten dzieciak to był jakiś mózgowiec. Wiedział, co robić. Na wszystkich innych znalezionych u niego w domu nośnikach także nie było filmu. Goście weselni nie potrafią też podać żadnych znaczących szczegółów. Nawet nie było widać twarzy drugiego mężczyzny. Wszystko działo się na tle czarnego samochodu, jednak zbliżenie było na tyle duże, że nie było widać jakiś charakterystycznych elementów, które wskazałyby model. Cóż... nikt nie zwrócił też na niego uwagi w tej sytuacji.
Szeryf westchnął i przemielił w ustach resztki indyka.
– Powiedz mi, Dennis, dlaczego my się w ogóle tym zajmujemy? Ojciec postrzelił syna, a potem zabił siebie. Wszystko jest jasne. A osobie, która to nakręciła, czy rozesłała, nawet trudno postawić jakieś zarzuty. Nie namówiła bezpośrednio Benjamina Hetfielda do popełnienia zbrodni.
– Tak, ale ludzie będą niezadowoleni, jeśli nie wyjaśniliśmy wszystkich wątków.
– Jacy ludzie? Mieszkańcy Amarillo? Czy sądzisz, że naprawdę interesuje ich to, komu nadstawiał się Jack Hetfield? – Szeryf sięgnął do półki w biurku. Wyciągnął z niej białą teczkę, którą rzucił na blat. – Maile. Głównie od kobiet i organizacji. – Otworzył teczkę i zaczął przekartkowywać strony. – Jakieś loga. Różowe, tęczowe, a nawet chrześcijańskie. O co tu, do jasnej cholery, chodzi?!
– Ludzie się przejmują, bo ojciec chciał zabić syna za bycie gejem... – spróbował Dennis.
– Bycie gejem?! – powtórzył szeryf, wstając zza biurka. – Chyba za zhańbienie rodziny!
– Nie, żebym nie rozumiał pańskiego podejścia, szeryfie... Ale niech pan nie mówi tego prasie.
Szeryf odetchnął ciężko i chwycił swój kapelusz, wiszący na wieszaku.
– Coś jeszcze? – spytał spokojniej. – Mów szybko, bo muszę się przewietrzyć.
– Tak... z listu pożegnalnego wynika, że Mike Garett zrobił to dla jakiejś kobiety, z którą utrzymywał stosunki intymne. Jednak ani rodzice, ani uczniowie z jego szkoły nie potrafią wskazać, kto to. Zmarły był raczej samotnikiem.
– A przyjaciele?
– Nie miał przyjaciół.
Szeryf otworzył drzwi i przepuścił w nich policjanta. Miał je właśnie zamknąć, ale zastygł z kluczem w połowie drogi do zamka.
– Nie czujesz czasem, że to coś głębszego? – spytał. – Ten spalony Cadillac też był czarny.
– Tak jak i połowa samochodów w Ameryce.
– Tak, ale wyobraź sobie, że nie było aktu sprzedaży. Jack Hetfield utrzymywał, że mu się zawieruszył, a teraz już nie pamięta danych osobowych tej osoby. Natomiast mechanik zeznał, iż Hetfield i ten mężczyzna wyglądali na zaznajomionych. Na pewno też nie był z okolic. Nie drążyłem, bo nikomu nic się nie stało, a straty poniósł jedynie Hetfield. Pomyślałem, że to może coś osobistego i zapewne przeczucie mnie nie myliło. Hetfieldowie też chcieli jak najszybszego zakończenia. Sprawdź to jeszcze raz.
– Tak, szeryfie.
***
Josh Young przeszedł przez wyjeżdżone przez setki opon pole na przedmieściach Amarillo. Kiedyś było tu tak wiele przyczep, że mógł się bawić w chowanego z Tracy pomiędzy nimi. Teraz zostali tu już tylko oni i weteran wojny w Iraku, który zamiast łydki miał protezę z włókna węglowego. To nią zawsze kopał kundla przywiązanego łańcuchem, nie obawiając się jego kłów. Ciekawe co się stało z tym psem? – zastanawiał się Josh, gdy mijał przyczepę. Wszedł do siebie, bo drzwi jak zwykle były otwarte. W środku zastał siostrę myjącą naczynia. Rzadki widok. We wnętrzu było nieprzyjemnie chłodno, mimo włączonego grzejnika elektrycznego, a ona i tak miała na sobie tylko kuse spodenki i szarą bluzę w różowe gwiazdki.
– Josh? – spytała, gdy go zauważyła, a talerz wypadł jej z rąk do zlewu. – Josh!
Rzuciła się bratu na szyję, ale ten odsunął ją od siebie. Może w domu Santy Boy'a panował bałagan, ale nie było to nic, czego nie dałoby się zniwelować w kwadrans głównie przez odłożenie przedmiotów na ich miejsce. Natomiast w przyczepie było po prostu brudno. Po całym dniu pracy w warsztacie starczało mu siły jedynie na ogarnięcie swojej przestrzeni osobistej. Zresztą i tak wszystkie jego wysiłki były zaprzepaszczane przez siostrę. Przez kilka ostatnich dni przekonał się, że można żyć inaczej, dlatego to miejsce zaczęło go jeszcze bardziej odrzucać.
– Gdzieś ty w ogóle był, co?! Zostawiłeś mnie!
– Byłem, gdzie byłem – odparł Josh. – Przecież wysyłałem ci pieniądze. Dwa miesiące byłaś sama, a syf tutaj jak nigdy.
Tracy spojrzała na brata zdziwiona. Nigdy wcześniej się tak do niej nie odezwał.
– Bo nie miałam głowy do sprzątania! Tak nagle zniknąłeś! – odparła oskarżycielskim tonem. – I Jack Hetfield tu znowu był. Gdyby nie jego brat, pewnie by znowu mi przyjebał!
Josh przygryzł dolną wargę na wzmiance o Jacku. Już pewnie nie wpuszczą go do szpitala.
– A pamiętasz, jak przyszedł tu kiedyś i kazał ci posprzątać? – spytał. – Może tydzień było czysto, a potem znowu to samo.
– I co?! – Tracy pchnęła brata w pierś. – Tak za nim tęsknisz? Najlepszy fiut w mieście, co? To powiadomię cię, że Jacka Hetfielda już nie ma. Zdycha w szpitalu i oby zdechł szybko!
Syknęła i chwyciła się za policzek, gdy została uderzona przez brata otwartą dłonią na tyle mocno, że głowa lekko odskoczyła jej w bok. Spojrzała na niego zdezorientowana. To nie był Josh, którego znała. Którym mogła manipulować.
– Już ci mówiłem kiedyś, żebyś nie wyrażała się o nim źle. Masz strasznie krótką pamięć.
Wyminął siostrę i położył się na jej krzywo, ale jednak zaścielonym łóżku. Musiał pomyśleć.
– To moje miejsce – burknęła Tracy z pretensją, ale bez przekonania. – I... i nawet jak ten pedał przeżyje, to sam się powiesi! Wszyscy widzieli, jak ssał komuś fiuta!
– A może to ty za tym stoisz, co? – spytał Josh, patrząc jej prosto w oczy wzrokiem, w którym nie było niepewności, czy wahania. Było w nim za to coś, czego Tracy nie umiała określić i co napawało ją trwogą.
Cofnęła się instynktownie do tyłu, wpadając na szafkę. Może w brzuchu matki byli przez jakiś czas bliźniaczo podobnymi embrionami, ale potem każde zaczęło rozwijać się na swój sposób. Tracy nigdy, poniewierając bratem, nie zastanawiała się nad tym, że Josh jest od niej większy i silniejszy. Aż dotąd.
– A widzisz tutaj fiuta? – spytała, po czym zsunęła z bioder spodnie, odsłaniając swoje wygolone łono.
Josh zamknął oczy i odwrócił głowę.
– Jesteś obrzydliwa.

5 komentarzy:

  1. Ech a tak troche optymizmu na święta by się przydało...

    OdpowiedzUsuń
  2. Smutny ten rozdział, chociaż dość ważny. No i popieram Safirę, przydałoby się coś weselszego. :D Ale nie narzekam; podobało mi się, głównie przez to, że było sporo naprawdę zgrabnych opisów. :) Pomimo niezbyt optymistycznej treści, czytało się więc przyjemnie. No a Santa i Sasza przekochani (nic nowego :D).
    Cały czas mam jednak gdzieś tam z tyłu głowy Jacka w stanie śpiączki. Trochę boję się, że postanowisz go uśmiercić. Nie wiem, jakbym to przeżyła. Ale pomimo mojego wielkiego uwielbienia do Jacka, nie mam jakiegoś wielkiego żalu do Saszy. Chyba wciąż nie potrafię do końca zdecydować, której parze kibicuję mocniej. ;)

    Tak na zakończenie - wesołych świąt, Mo! Wora weny, cierpliwości i pomysłów. :) Postępów w pisaniu, zadowolenia ze swoich tekstów, no i oczywiście jak najwięcej spokoju w życiu, bo bez tego ani rusz.

    PS. Kiedy dodatek o Joshu i Jacku? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli o chodzi o bonus, to miałam zacząć pisać dzisiaj, ale mi się przypomniało, że nie przeczytałam jeszcze "Akademika", także ten. Aż mi się przypomniały moje czasy w takim przybytku. I tak, był tam prysznic na 4 pokoje osłonięty jedynie kotarą. Niezapomniane chwile :) Więc, jakiś tydzień, może dwa.
      Chciałam zrobić tak, żeby żadnego z bohaterów nie dało się zakwalifikować jednoznacznie jako złego (oprócz Benjamina) i z Saszą pomimo jego występku poszło łatwo, co sama potwierdzasz, bo jest taki milutki i tak beznadziejnie zakochany. Dziwię się za to, że Jack nie zebrał niepochlebnych opinii. W końcu wiele dobrego to on nie narobił, a wręcz przeciwnie. Dziwi mnie jego fenomen tak w ogóle.
      Dziękuję za życzenia i oczywiście także je przesyłam - wszystkiego naj, naj i oczywiście tej Weny przez duże "W" jak najwięcej :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. O tak, stare akademiki i te ich łazienki. <3 Chociaż ostatnio dowiedziałam się, że akademik, w którym dzieje się akcja tego opowiadania, został odremontowany. Nie wiem jak to wygląda teraz, ale może kotary w prysznicach, rozpadające się szafki i krzywe ściany poszły w zapomnienie. ;D

      Jack jest dość specyficzną postacią. To ten zły typ, którego lubi się mimo wszystko. Moim zdaniem wielki plus dla Ciebie, ciężko jest stworzyć nieprzyjemną postać, którą czytelnicy i tak uwielbiają. :)

      Usuń
  3. Świetny rozdział. Dylematy Saszy na temat Santy bardzo ciekawe, choć myślę, że Santa zdążył się już nacieszyć uwielbieniem fanów i jest już na tyle dojrzały, że raczej szuka oddania niż zachwytów. W ogóle podoba mi się bardzo, że poruszasz różne życiowe kwestie w TB, które najczęściej przemycasz w dygresjach Santy, albo rozmyślaniach Jacka, przez co nie brzmią pretensjonalnie, ale dają do myślenia i sprawiają, że cała historia ma głębszy wymiar. Czasem może tylko przy Liamie te dygresję brzmią bardziej jak odautorskie poglądy, ale nie narzucasz się z nimi zbyt mocno, więc przymykam oko. W każdym razie, cenię sobie filozoficzną warstwę opowiadania.
    Co do akcji – interesująca sytuacja w szpitalu. Matt wciągnięty w dziwną grę, napięcie na linii Sasza i Matt tez fajne, Snta, który rozdaje karty jak zwykle wygrywa i ugrywa, co chce. Saszka chyba się obwinia za całe zło świata (jest w tym uroczy do bólu), ale dobrze, że Santa ma trzeźwy umysł i przemawia mu do rozsądku. A Josh i Tracy... Przyznam, że strasznie smutno się o nich czyta. Zawsze jest mi ich strasznie żal, bo oboje są w chujowiej sytuacji, ale nie potrafią się dogadać, tylko próbują się wykorzystywać i żywią wobec siebie wrogość. Smutne to, ale i prawdziwe.
    I cieszę się, że nie siliłaś się na żadne wymuszone milusie scenki z okazji świąt, tylko prowadzisz fabułę zgodnie z własnym planem, choć może przyjemniej byłoby poczytać o początkach znajomości Jacka i Josha w ten czas, no ale Ty tu rządzisz ;)

    OdpowiedzUsuń