niedziela, 18 grudnia 2016

ROZDZIAŁ 17 - Jedno wesele i jeden pogrzeb

Ja wiem, że poprzedni rozdział był, jaki był, bez najgłówniejszych bohaterów i akcji. Ale jeden komentarz? Smuteczek trochę :( I aż się odechciewa. Wyciśnijcie z siebie jakieś "Było okej" albo "Co to za chłam?". Taki prezent świąteczny dla mnie :) I nie zapomnijcie o ankiecie po prawej stronie bloga.

iam wszedł do pomieszczenia z prysznicami w szkolnej przybudówce, którą drużyna baseballowa miała na własny użytek. Przywitał go widok grzyba na suficie i ścianach oraz nagich pleców Felixa przyciskającego torebkę z kruszonym lodem do boku. Liam oparł się o framugę i chrząknął, zwracając tym uwagę na siebie. Felix obrócił się, a gdy ujrzał chłopaka, puścił worek, który upadł na podłogę z głośnym plaskiem. Z przerwanej folii wysypał się lód, który zaczął szybko topnieć.

– Wpadłem, co? – Felix zaśmiał się nerwowo.
– Widziałem, jak Jamairo rzygał pod ścianą z tyłu budynku.
– Serio? To mi się udało. – Felix uśmiechnął się zadowolony, zaraz jednak się zreflektował: – Tak to jest między facetami. Testosteron i tak dalej...
– A tak serio?
Felix pomasował się po karku.
– No, trochę się uwziął po tych derbach – wyznał. – Wyszedłem wtedy na boisko zamiast niego. No i panuje takie przekonanie, że na uniwerek za wyniki biorą dwóch najlepszych zawodników z naszej szkoły w danym roczniku. No, chce, żebym trochę przystopował moją zajebistość.
Liam odbił się od framugi i podszedł do chłopaka. Podniósł worek z kruszonym lodem spod jego stóp i przyłożył mu do obitego miejsca na brzuchu. Najwyraźniej wcale nie zamierzał mu ulżyć w cierpieniu, bo docisnął torebkę na tyle mocno, że Felix odsunął się z głośnym sykiem.
– I nie mogłeś tego po prostu zgłosić? – syknął Liam. – Męska duma by cię zabolała? Przypominam, jak sam przekonywałeś mnie żarliwie, że fiut w dupie nie jest niczym upokarzającym. A to już tak? Nie ogarniam twojej skali.
– To nie tak... – jęknął Felix. – On wie.
– Wie co?
– No... – Felix uniósł brwi i spojrzał po sobie. – Wie. Wyczuł po prostu.
– To nie jest żaden dowód – odparł Liam. Schował dłonie w kieszeniach dżinsów i zaczął chodzić po pokoju. – Dobra, zostawmy to, bo to nie jest temat na teraz i na to miejsce. Powiedz mi tylko, dlaczego ja nie wiedziałem?
– Bo... to jest głupie. Niewarte uwagi. Nieważne.
Liam prychnął.
– Dobra. Niech będzie – skwitował poirytowany.
Ruszył w kierunku wyjścia, ale zatrzymał go głos Felixa:
– Skoro już mamy tę chwilę szczerości... to twój brat obiecał mi Camaro Cambrio z 2002, jeśli przekonam cię do przelecenia mnie.
Liam odwrócił się powoli, a Felix czuł, jak serce podchodzi do gardła. Mógł zabrać tę tajemnicę ze sobą do grobu, ale bycie chłopakiem polegało chyba na czymś innym.
– Ciekawe – odparł powoli Liam. – Ale Camaro nie umywa się do mojego Challengera. Wyżebrz coś lepszego.
– Ja... jasne.
Chłopak wyszedł bez oglądania się za siebie, a Felixowi nie pozostało nic innego, jak się roześmiać. Liam był doskonały.
***
Najmłodszy z synów Benjamina Hetfielda uśmiechnął się pod nosem do swoich myśli. Jack był... Chyba nie powinien mówić o nim źle w takiej sytuacji. Uniósł spojrzenie na zamkniętą trumnę przyozdobioną wiązanką z białych kwiatów. Od ponownego ślubu rodziców minął zaledwie tydzień, więc równie dobrze mogły być to te same kwiaty, które wtedy przyozdabiały kościół. Takie myśli przychodziły do głowy Liamowi, gdy ksiądz wygłaszał swoje kazanie. Kościół pękał w szwach, ludzie stali także na zewnątrz, gdzie słuchali mszy żałobnej przez głośniki. Zdziwiło to Liama, bo przecież w zamkniętej trumnie leżał potępiony na wieczność samobójca i uczestnik największego skandalu w tej okolicy od niepamiętnych czasów. Choć może właśnie to przywiodło tu tę masę ludzi. Za bramami kościoła, a zapewne także przy cmentarzu czekały wozy transmisyjne i głodni sensacji dziennikarze.
Liam rozmyślał więc o wszystkim, tylko nie o śmierci ojca, którego już nigdy niedane mu będzie zobaczyć, bo trumna nie zostanie otworzona. Specjaliści z zakładu pogrzebowego nie potrafili zamaskować wielkiej dziury w głowie Benjamina Hetfielda. Liam nie czuł żalu ani rozpaczy. Jedynie ulgę, bo teraz wszystko będzie łatwiejsze. Oczywiście nie dla stojącego obok niego Matta, bo to on został teraz głową rodziny i będzie musiał szefować firmie. Dobrze było być najmłodszym synem, pomyślał Liam chyba pierwszy raz w życiu.
Msza wreszcie się skończyła i masa ludzi zaczęła wylewać się z kościoła. Ci, którzy znali Benjamina Hetfielda bliżej, podchodzili do pierwszej z ław, by złożyć kondolencje jego żonie i dwóm synom. Misaki przyjmowała kolejne wyrazy współczucia z tą samą miną i tymi samymi słowami podziękowania. Gdy stanął przed nią postawny, czarny mężczyzna, przez jej jasną twarz przesłoniętą czarną woalką przebieg grymas, który zaraz opanowała. Uśmiechnęła się oszczędnie, na ile wypadało w tych okolicznościach i podała mu swoją drobną, białą dłoń.
– Nie spodziewałam się pana, panie Goodman – powiedziała jednak bez cienia jakiejkolwiek emocji w głosie.
– Tak. – Mężczyzna uśmiechnął się do niej. – Przez tyle lat i tak zacięcie prowadziliśmy wojnę, że w pewnym momencie Benjamin Hetfield stał mi się najbliższym towarzyszem. Więc całkowicie szczerze mogę powiedzieć, że przyjąłem tę tragiczną wiadomość z ogromnym smutkiem. Składam kondolencję.
– Dziękuję.
Goodman podał jeszcze rękę Mattowi, a następnie Liamowi, który przełknął ciężko ślinę. Odpowiedział niechętnie na uścisk, nie patrząc mężczyźnie w oczy. Prawnik niespodziewanie przykrył jego dłoń swoją drugą i nachylił się ku niemu.
– Widzę, że śmierć Benjamina to nie koniec mojej przygody z rodziną Hetfieldów – szepnął mu do ucha, po czym odszedł.
Gdy wyszli z kościoła, Liam wreszcie mógł porozmawiać z bratem. Ostatnia doba była bardzo intensywna i pełna przygotowań, więc poprzednią, dłuższą rozmowę odbyli przez telefon, w której Matt poinformował go o śmierci ojca.
– Mam już dość. Nie zniosę więcej tego wszystkiego. Tych wszystkich ludzi i zamieszania. Wszyscy czegoś chcą, aż rozbolała mnie głowa – powiedział Matt zmęczonym głosem. – Jedź z mamą na cmentarz, a ja pojadę do szpitala. Może oddam jeszcze trochę krwi.
– Ja też bym mógł... – zaczął Liam, ale nie dokończył zdania. Nie mógł. Był przecież chory. – To jedź.
Matt kiwnął głową i odszedł w stronę parkingu.
– Pozdrów go ode mnie! – rzucił za nim Liam, ale zaraz się zreflektował. Przecież Jack i tak by tego nie usłyszał. – Wiesz... po prostu.
– Tak.
***
Matt zaparkował samochód na szpitalnym parkingu obok czerwonego Ferrari Italia. Nie wysiadł z samochodu od razu po zgaszeniu silnika. Zastanowił się, czy w ogóle musiał to robić. Przyjechał tu, aby uciec od zgiełku i od nowej roli, którą nadano mu bez pytania, czy on właściwie tego chciał. Oczywiście, że nie chciał. Nie nadawał się do tego, do bycia dziedzicem nazwiska, majątku, firmy, tradycji i czego tam jeszcze. Nie był Jackiem.
Jego starszy brat i tak nawet nie będzie wiedział o tej wizycie, tak jak o żadnej innej, więc równie dobrze Matt mógł przesiedzieć te dwie godziny w samochodzie. Mógł w ogóle nie przychodzić do szpitala. Popatrzył na odbicie swojej bladej, ściągniętej twarzy w lusterku. Kiedy zdążył się stać tak nieempatyczny? To, co przed chwilą pomyślał, było po prostu obrzydliwe. Może i prawdziwe, ale wciąż obrzydliwe. Klepnął się jeszcze w oba policzki przed opuszczeniem auta. Przynajmniej jeden z nich powinien wyglądać na mniej więcej żywego.
Pielęgniarki kiwały mu głowami i uśmiechały się pocieszająco, gdy mijał je na korytarzu. Rozpoznawały go, bo przychodził tutaj codziennie i był jedyną osobą odwiedzającą Jacka Hetfielda, który był nieświadomym tego celebrytą oddziału. Szeryf przysłał nawet jednego policjanta, aby pilnował sali przed wtargnięciem do środka głodnych sensacji dziennikarzy. Gej postrzelony przez ojca, który potem popełnił samobójstwo, to był gorący temat zarówno w mediach lewicowych, jak i konserwatywnych. Tylko komentarze i wnioski były zgoła inne. W środku zastał go taki sam widok jak wczoraj. Jack, który wydawał się o wiele mniejszy i bardziej niepozorny niż zazwyczaj, tonął w bieli szpitalnej koszuli, łóżka, pikającego co chwilę sprzętu, ścian, podłogi i sufitu. Jedynym kolorowym akcentem w pokoju były cztery kable elektrod przymocowanych do jego wygolonej piersi. Nawet rura do drenażu płuca miała kolor biały.
Lekarz powiedział Mattowi, że dziewięciu na dziesięciu ludzi przeżywa postrzał, a ten jeden nieszczęśliwiec umiera zazwyczaj w wyniku znacznej utraty krwi. Wszystko zależy od tego, jak szybko zostanie przewieziony do szpitala. Jack mógł tam wcale nie trafić, gdyby nie policjanci, którzy szukali Benjamina Hetfielda. Pół ulicy, które słyszało wystrzały, niespecjalnie paliło się do powiadomienia służb. Pocisk przebił płuco, następnie roztrzaskał się na kości, więc lekarze musieli otworzyć jamę brzuszną, aby usunąć wszystkie większe fragmenty i zatamować krwotoki. Jack leżał nieprzytomny na intensywnej terapii z rurą między żebrami i maską tlenową na twarzy. Ten stan lekarze nazywali „stabilnym”, co było dla Matta jakąś kpiną. Gdy pytał, jak długo Jack pozostanie „stabilny”, nie potrafili odpowiedzieć. Mówili tylko „wszystko będzie dobrze”. A jemu cisnęło się na usta pytanie, jak mogą to wiedzieć, skoro nie potrafią nawet stwierdzić, kiedy Jack się obudzi. Musieli przetoczyć mu też wiele krwi, więc Matt zgodził się na zostanie dawcą.
Zmienił wodę w wazonie i usiadł przy łóżku. Włosy Jacka znów były splątane. Wyciągnął więc grzebień z szuflady i zaczął mu je ostrożnie rozczesywać. Pielęgniarka zasugerowała, żeby je obciąć, ale Matt się nie zgodził. Nie mogli decydować za Jacka. Poza tym kucyk, bródka, papieros i kpiący uśmieszek to był cały on. „Póki mój penis jest dłuższy od warkoczyka, nadal czuję się mężczyzną” – chyba coś takiego powiedział ojcu. Matt uśmiechnął się pod nosem. On by tak nie umiał. Zawsze zazdrościł bratu tej agresywnej, niezłomnej pewności siebie. Jack był... jest jedyny w swoim rodzaju. Skończony dupek, ale jakoś nie dało się go nienawidzić tak do końca.
Odgłosy dochodzące zza drzwi wyrwały Matta z zamyślenia. Brzmiało to na szarpaninę. Najpewniej znowu jakiś dziennikarz. Matt postanowił to zignorować i pozwolić, aby policjant i personel szpitala zażegnali sprawę. Wstał jednak i podszedł do drzwi, bo ozpoznawał jeden z podniesionych głosów. Gdy wyjrzał na zewnątrz, policjant właśnie spinał kajdankami wyrywającego się Josha Younga.
– Co pan robi?! – zapytał Matt z udawanym oburzeniem.
– Nie słuchał poleceń – odparł policjant. – Zaraz go zabiorę.
– Mówiłam mu, że wstęp ma jedynie rodzina – wtrąciła się stojąca obok pielęgniarka. – Ale do niego nic nie docierało. Nie wiem, jak w ogóle zdołał niepostrzeżenie wejść na oddział.
Josh rzucił Mattowi błagalne spojrzenie, które mogłoby stopić lód na całej planecie.
– To jego chłopak.
– Co?
Policjant i pielęgniarka popatrzyli po sobie, a później równie zgodnie ich spojrzenia skierowały się na Josha.
– To... to niczego nie zmienia – odparła już znacznie mniej pewnie kobieta. – Wstęp ma tylko rodzina.
Matt już otwierał usta, aby zaprotestować, ale policjant rozkuł Josha i schował kajdanki do kieszeni.
– Chyba możemy nagiąć trochę przepisy, co? Przecież miłość leczy wszystkie rany. – Starszawy policjant z wąsem zaśmiał się i puścił pielęgniarce oczko. – Myślę, że ten chłopak ma w sobie tyle miłości, że zdoła uleczyć Hetfielda i pół oddziału.
– No... dobrze – zgodziła się kobieta. – Ale na krótko. Będę miała kłopoty, jeśli ordynator się dowie. I niech ubierze strój ochronny.
– Dziękuję – powiedział Josh.
***
Josh już w zielonym, półprzeźroczystym worku na sobie wszedł do sali, w której leżał Jack. Stanął w miejscu. Nie mógł się przemóc i zbliżyć do łóżka. Czuł, że wtedy coś się stanie. Coś złego. Zakazi go czymś. Był w końcu zawszonym dzieciakiem z przyczepy. Jego umysł nie mógł też pojąć, że to zapadnięte, blade, a miejscami sine ciało podpięte do setki przewodów i rur należy do Jacka. Jack taki nie był. I nikt nie zdołałby go takim uczynić.
– Podejdź – zachęcił go Matt i skinął lekko głową. – Chwyć go za rękę.
Josh zbliżył się powoli do tego kogoś, kto nie mógł być Jackiem. Jego Jackiem. Delikatnie ścisnął palce jego prawej dłoni. Były ciepłe.
– Zawsze miał gorące dłonie – szepnął, by zaraz spojrzeć niepewnie na stojącego po drugiej stronie łóżka Matta.
– Spokojnie. Wiem o was już od dłuższego czasu. Byliśmy też u ciebie z Jackiem przed... tym. Zniknąłeś z Amarillo bez słowa. Ale wygląda na to, że u ciebie wszystko dobrze. Cieszę się.
Schludne, młodzieżowe ubrania Josha wyglądały na dopiero kupione. Tak samo, jak jego trampki w kratkę, których sznurówki i gumowe obwódki podeszwy lśniły jeszcze bielą. Rude, sięgające za łopatki włosy miał związane w koński ogon.
– Tak, sam się tego nie spodziewałem. Czasami ci z pozoru najgorsi, okazują się tymi najlepszymi.
– Pozory mylą, co? – Uśmiechnął się słabo Matt. – Dobrze, że znalazłeś u kogoś wsparcie. Wiesz, Jack strasznie się przejął, gdy twoja siostra powiedziała, że zniknąłeś.
– Nie musisz kłamać, żeby mnie pocieszyć – odparł Josh. Ścisnął mocniej nieruchome palce Jacka. – Wiem, że nic dla niego nie znaczyłem. Kazał mi się do siebie nie zbliżać, a ja mimo to jestem tutaj. Wiem, że jestem głupi.
Wierzchem wolnej dłoni zakrył oczy. Obiecał sobie, że już nie będzie płakał. Nigdy i przez nikogo. Tracy, matkę, czy Jacka. Kochał ich, ale oni nigdy nie oddawali tego uczucia w równym stopniu. Nie zasługiwali na nie. Santa Boy miał rację. Powinien to wszystko zostawić za sobą, a on stał tutaj. Jak głupiec.
– Sądzę, że się mylisz. – Matt schował ręce w kieszeniach garniturowych spodni i spojrzał na twarz brata. Wydawał się po prostu spać. – Może sądziłeś, że był niepokonany i nic go nie trapiło, ale on też się bał. Sam chyba do końca nie wiedział, czego tak naprawdę chce. A może wiedział i bał się po to sięgnąć. I chyba na jakiś swój pokrętny sposób próbował cię chronić. Przed sobą. I przypadkowo mu się to udało. Mógłbyś teraz leżeć obok niego.
Słowa Matta nie pomogły Joshowi się uspokoić, przyniosły wręcz odwrotny skutek. Przetarł mokre oczy i przeniósł swoją dłoń na głowę Jacka. Pogłaskał go ostrożnie po jasnych włosach, jakby miał się rozpaść od silniejszego dotyku. Czasami, szczególnie gdy więcej wypił, Jack obdarzał go jakąś dziwną dla siebie czułością. Niekiedy nawet się nie kochali, a przecież o to chodziło w tych wszystkich schadzkach. Przynajmniej Josh tak wtedy uważał. Chyba nie umiał docenić tych chwil. Teraz jest już na to za późno.
– Dlaczego to w ogóle się stało? – spytał.
– Nie wiesz? – zdziwił się Matt. – Dziennikarze wyśledzili już wszystko. Przepytywali gości weselnych.
– Santa zabronił mi to oglądać – odparł Josh, wciąż głaszcząc Jacka po włosach. – Powiedział, żebym zapomniał, ale ja nie potrafię.
– Santa? Mieszkasz u niego?
– No tak. Znaczy, jego facet to chyba na nim wymusił. – Josh uśmiechnął się lekko. – Są super dziwni, ale bardzo mili.
Matt był szczerze zaskoczony. Ten świat nie mógł być aż tak mały.
– Nie mówisz czasem o Sancie Boy'u i tym jego chłopaku z irokezem? – dopytał.
– Znasz ich? – spytał Josh zdziwiony.
– Spotkaliśmy się w barze – wyjaśnił Matt.
Resztę historii postanowił zatrzymać dla siebie. Nie chciał zrażać Josha do muzyka, który z jakiś niejasnych powodów postanowił się nim zaopiekować. Obraz Santy Boy'a posuwającego siedemnastoletniego Jacka już na zawsze pozostanie w umyśle Matta. Nie chciał go zaszczepić Joshowi.
– Ale Jack... dlaczego wasz ojciec go postrzelił?
– Na weselu ojca i matki wydarzył się incydent. Ktoś puścił nagranie, na którym Jack był z innym facetem. Ojciec najwyraźniej nie wytrzymał tego upokorzenia psychicznie.
– Kto to był? – spytał Josh. – Ten facet?
– Nie wiem. Nie było widać twarzy, a Jack nie chciał powiedzieć. Próbowaliśmy znaleźć winnego, ale komputer z filmem zarekwirowała policja, a resztę już znasz. Nie wiem, kto to zrobił i po co, ale pewnie ta osoba nie przewidziała takiego zakończenia. – Matt uśmiechnął się gorzko do swoich słów. – To wszystko to jakaś jedna, wielka farsa. Jakby Bóg postanowił sobie z nas zakpić.
Josh słuchał tego z rosnącym uczuciem rozpaczy, ale też budującym się w jego sercu postanowieniem. Spojrzał znów na bladą twarz Jacka z ciemnymi sińcami pod zamkniętymi oczami. Uniósł mu maskę tlenową i drżącymi ustami ucałował jego wargi równie gorące, co palce. Gdy się odsunął, dojrzał łzy na policzkach Jacka. Dotknął swojej twarzy. Nawet nie zauważył, kiedy znów się rozpłakał. Był taką straszną łajzą, ale dość tego. Pociągnął jeszcze raz nosem i zacisnął pięści. Znajdzie ich wszystkich, postanowił. I wypali ich istnienie z tego świata aż do gruntu.
***
Santa Boy skrzywił się po pierwszym łyku kawy z papierowego kubka.
– Co za lura – stwierdził. – Ludzie tu umierają, a ci nawet nie zrobią im porządnej kawy na koniec.
Siedzieli wraz z Saszą w szpitalnej kawiarni. Nie byli jedynymi gośćmi. Prawie wszystkie z drewnianych, okrągłych stolików były zajęte przez ludzi o strapionych i zmęczonych twarzach.
– To dziwne, że przejmujesz się jakością kawy, a równo wciągasz mrożoną pizzę z Wal-martu. – Sasza napił się ze swojego kubka. Kawa jak kawa. Nie widział różnicy. – To niepojęte wręcz.
Santa nachylił się nad stolikiem i chwycił chłopaka za podbródek.
– Ciesz się, że nie mam takiego wysublimowanego gustu, jeśli chodzi o facetów – odparł i uśmiechnął się wrednie.
Zgodnie z jego przewidywaniami Sasza wyrwał mu się i obrzucił wściekłym spojrzeniem, przez które jednak przebijała się niepewność. Santa roześmiał się. Nie mógł sobie odpuścić drażnienia chłopaka.
– Przecież to tylko żarty – stwierdził i pogłaskał go po gładkim, szczupłym policzku.
Sasza strzepnął jego dłoń ze swojej twarzy i rozejrzał się po kawiarni. Od początku, gdy tylko tu weszli, czuł na sobie dyskretne spojrzenia pozostałych klientów. Oczywiście, że swoim wyglądem przyciągali uwagę, głównie Santa, który nie dość, że był cały wytatuowany, ubrany w skórę, to jeszcze ponadprzeciętnie wysoki. Rozłożył się też na krześle, jakby był panem tego miejsca i to, co myślą o nim obecni tu ludzie, miał całkowicie gdzieś. I było to prawdą. Sasza jednak nie podzielał jego podejścia. Nie miał takiej pewności siebie. Przyzwyczaił się do ukradkowych spojrzeń, gdy tylko pojawiał się gdzieś z Santą, ale teraz część klienteli zaczęła patrzeć na nich nieprzychylnie, nie kryjąc się z tym.
– Czy zawsze, gdziekolwiek się pojawimy, musimy ujawniać się jako para gejów? – syknął niezadowolony. – Czy choć raz mógłbyś nie pajacować?
– Ujawniać się? – powtórzył Santa i uniósł jedną z ostro zarysowanych brwi do góry. – Ja się nie ujawniam, bo nie mam nic do ujawnienia. Jestem pedałem, a ty moim pedalskim chłopakiem. Nie ma tu nic do ujawniania, czy ukrywania, bo taka po prostu jest rzeczywistość. I jeśli w jakichś romantycznych porywach będę cię chciał potrzymać za rękę pod tym stolikiem, to po prostu to zrobię. Jeśli będę się chciał z tobą przelizać nad tym stolikiem, to też zrobię. A jeśli będę chciał cię przelecieć, to zaciągnę cię do najbliższego kibla i to zrobię. I gówno mnie obchodzi. Co ktoś o tym myśli.
Sasza chciał się oburzyć i zapytać, czy on ma jakieś prawo głosu á propos tego przelatywania w kiblu, ale postanowił się nie kompromitować. Oboje wiedzieli, że z wielką przyjemnością dałby Sancie zrobić ze sobą wszystko i wszędzie.
– A co jeśli, jednak ktoś będzie miał coś do tego? – spytał. – I zechce sprezentować ci to pięścią?
– Nie rozśmieszaj mnie – prychnął Santa Boy. – Popatrz na mnie, a teraz na tych gości. Gdy im matki wsadzały termometry w dupę, jak mieli grypę, ja kradłem heroinę ćpunom z dworca. Z czym do czego?
Sasza zaśmiał się głośno, wzbudzając tym jeszcze większe zainteresowanie. Przysunął sobie krzesło i nachylił się do Santy. Przyciągnął go do siebie za kark i pocałował w usta.
– Jesteś głupi – powiedział, gdy już się od siebie odkleili.
– Ta, dlatego teraz tutaj jestem – odparł Santa Boy. – To jakaś kpina.
– Gdybyś go tutaj nie zabrali, to pewnie by uciekł.
Santa Boy przewrócił oczami, jak gdyby nie był czterdziestoletnim facetem, a nastolatkiem i ponownie napił się z kubka, który zaraz po tym odsunął jak najdalej od siebie z krzywą miną.
– I tylko wyszłoby nam to na dobre – odparł. – Powinniśmy nagrywać teraz płytę, a nie bujać się za miłosnymi mrzonkami dzieciaka po Teksasie kradzionym Ferrari.
– Pożyczonym.
– Nazywaj to, jak chcesz.
– No już się tak nie piekl. – Uśmiechnął się Sasza pobłażliwie. – O patrz, idzie.
Już z daleka rozpoznał Josha dzięki jego ognistej fryzurze. Chłopak stanął w wejściu kawiarni, a zaraz za nim drugi z synów Benjamina Hetfielda, Matt. Sasza zmierzył go chłodnym wzrokiem. Ubrany był w schludny, czarny garnitur. Krótkie, błyszczące włosy miał zaczesane na bok. Schudł od ich ostatniego spotkania, a na jego twarzy odbijało się zmęczenie. Sasza współczuł mu oczywiście, ale nie mógł powstrzymać kiełkującego w nim zadowolenia, że chłopak nie prezentował się najlepiej. I ulgi.
Santa Boy też zauważył chłopaka, a na jego usta wpełzł szeroki uśmiech. Matt Hetfield wyłapał jego wzrok na sobie i lekko się zmieszał. Znów owładnęło nim to dziwne, trudne do zdefiniowania uczucie jak wtedy, gdy Santa podał mu dłoń w barze. I znów miał przed oczami swojego starszego brata przyciśniętego przez mężczyznę do maski samochodu. Pamiętał, że szarpał Jacka za włosy, nazywał dziwką i szmatą, posuwając go przy innych ludziach. A chłopak przytakiwał mu i bez słowa skargi dawał robić ze sobą wszystko, co mężczyzna chciał. Każdą obelgę, każdy raz i każde pchnięcie bioder przyjmował z wdzięcznością. Matta zawsze zastanawiało, dlaczego ktoś tak dumny, jak Jack, dał się tak upodlić, byleby tylko zbliżyć się do mężczyzny na chwilę. Nie pojmował tego jako dziecko, ale teraz... skłamałby, mówiąc, że w ogóle tego nie rozumie.

15 komentarzy:

  1. Bardzo dziękuję za ten rozdział. Nawet nie wiesz jak bardzo poprawiłaś mi humor :)Coś tak czułam, że nie uśmiercisz Jack'a. Uwielbiam Josh'a, od samego początku opowiadania. Chłopak też zasługuję na chwilę szczęścia ze swoją miłością, mam nadzieję, że wymyślisz jakieś szczęśliwe zakończenie dla tej pary. Serdecznie pozdrawiam Karo
    P.S.
    Felix zdecydowanie powinien wybrać lepszy samochód :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło, że moje wypociny mogą poprawić komuś humor :) Pomyślałam, że uśmiercenie Jacka będzie takie "łoł" i takie inne, ale odwiedzono mnie skutecznie od tego pomysłu. W końcu to gejoromansidło, a nie thriller, a Jack jest zbyt zajebisty, aby go uśmiercać. Josh jeszcze będzie musiał powalczyć o swoje szczęście. Zobaczymy, jak mu pójdzie :)
      Felix teraz na pewno zażądałby czegoś lepszego, albo w ogóle się na to nie pisał, bo Liam stał mu się bliski. Jednak Jack jest niedysponowany, a u Matta ciężko byłoby coś ugrać. Sztywniak z niego.
      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Wierze, że i Matta dasz radę rozruszać :P Chłopak potrzebuję tylko dobrej inspiracji :P Karo

      Usuń
    3. Coś mi literka "ę" wskakuje nie tym gdzie powinna :/

      Usuń
  2. Jeny. Nie wiem czy bardziej chce czekać na całość czy czytać rozdziałami.!!! Jack budź się Josh idzie na wojnę!! :) bardzo dziękuję Ci za nowy rozdział. Jak zwykle świetnie się czyta i historia wciąga że hej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Josh idzie na wojnę!! -> Dobrze powiedziane. Jednak jeszcze nie wie z kim. Może się chłopak zdziwić. No, czekanie na rozdziały to mordęga jest. Też zawsze sobie mówię "poczekam" i jak zwykle nic mi z tego nie wychodzi. A już najgorzej, jak nie ma, na co czekać, bo ktoś porzucił opowiadanie w połowie :( Dlatego trzymajcie kciuki.
      Pozdrawiam!

      Usuń
  3. cudo :D
    mega sie ciesze że nie zabiłaś Jacka, świat bez Jacka to zły świat :/
    Kocham Sasze i Sante :D oni sa dla siebie stworzeni ;) Josha też lubie i podoba mi sie że wypowiedział wojne tym przez których Jack tak skończył. Ogólnie wszystko w tym opowiadaniu mi sie podoba :D Feliks i Liam a nawet Matt też ;)
    Już mam ochote na następny rozdział :)
    Pozdrawiam
    ~zen

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. świat bez Jacka to zły świat :/ -> powiedziałabym, że świat z Jackiem jest zły, bo daleko mu do grzecznego chłopca :) Ale te badassy zawsze mają w sobie coś takiego, że chce się o nich czytać i czytać.
      Ogólnie wszystko w tym opowiadaniu mi się podoba :D - No to bardzo mi miło. Muszę się postarać, żeby tak zostało :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Szczerze mówiąc wyczekiwałam 16 rozdziału, wyczekiwałam i później po prostu zapomniałam do Ciebie zajrzeć. Ale nie powiem, żebym narzekała, miałam dwa rozdziały. :D Uwielbiam tak zaczytywać się w opowiadaniach, jeden rozdział to byłoby zdecydowanie za mało, w szczególności, że oba były tak kochane.
    Po pierwsze, polubiłam Liama i Felixa. Wcześniej byli mi raczej obojętni, ale fajnie, że sprezentowałaś im osobny rozdział. Faktycznie przez moment można było o nich zapomnieć, bo w TB mamy przecież dwie inne, naprawdę ciekawe pary, więc ciężko im się przez to przebić, ale szesnastka była naprawdę kochana. :) Tak urocza i naiwna, jak powinna być miłość dwójki nastolatków. Swoją drogą, miły kontrast do Jacka-Josha i Santy-Saszy.
    Co jednak tyczy się tego rozdziału, aż zrobiło mi się smutno, jak Matt wszedł do Jacka i zaczął go ogarniać. Widać, że mimo wszystko łączą ich braterskie więzy. A jak pojawił się Josh, to już w ogóle się rozpłynęłam. I właśnie ta scena zadecydowała o moim głosie w sondzie, zdecydowanie chciałabym poczytać o ich początkach. Trzymam więc kciuki (chociaż jest już tyle głosów na Jacka i Josha, że chyba pójdzie po mojej myśli :D) i czekam z niecierpliwością.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. po prostu zapomniałam do Ciebie zajrzeć -> No nie powiem, lekki smuteczek :( ha ha
      Rozdział z Liamem i Felixem jest taki sweetowaty, że aż sama nie mogę go przeczytać. Uwielbiam obyczajówki Silencio z nastolatkami - "Blizny", czy "Zamianę", ale chyba pisać wolę o starszych lub poturbowanych przez los jak Josh. Jednak Liam jest potrzebny do późniejszej akcji, więc próbuję :)
      Akcja w szpitalu totalnie przedramatyzowana - "pocałował go drżącymi ustami" ha ha. Ale właściwie, dlaczego nie?
      Ja też się ciesze na takie wyniki ankiety. Uff!
      Pozdrawiam!

      Usuń
  5. W nawiązaniu do wstępu napiszę tylko: proszę o rozgrzeszenie za braki w sukcesywnym komentowaniu. Bez pokuty proszę!
    Na swoje usprawiedliwienie mam tylko jedno: jestem jednym z czterech obserwujących i czytam każdy odcinek (cholera, jednak czuję się winny - bo winny zawsze szuka usprawiedliwienia, o ile nie jest skończonym skurwielem).
    Podoba mi się odmalowany realizm, chyba najlepszy z dotychczas czytanych opowiadań, w których akcja toczy się w USA. Bo prawda jest taka, że jak jest luksus, to do przesytu, chociaż często bliski blichtru, a jak jest normalnie, to jest gorzej niż u nas. Osiedla przyczep mieszkalnych (najczęściej wynajmowanych), to tak naprawdę pewien rodzaj slumsów, może nieco lepiej wyglądających, niż te znane nam z telewizji (kraje ameryki południowej)i tutaj zostało to właściwie przedstawione. W Stanach rządzi dolar i hipokryzja, co świetnie ukazujesz w tym odcinku. Tyle ogólnych spostrzeżeń.
    Podoba mi się para Liam i Felix, uważam, że jest chyba najbardziej "naturalna" i chyba najmniej zmienia się w trakcie opowiadania.
    Santa "dziadzieje", ze skurwiela robi się rozlazłą kluchą, którą zaczyna rządzić Sasza (którego rosnąca pewność siebie mi się podoba). Podobnie jest mam wrażenie z Jackiem.
    Ciekawi mnie jak w tym wszystkim odnajdzie się Matt, bo jak na razie jest to postać nieco tajemnicza, chyba jednak coś kryje w zanadrzu i nie jest tak nijaki jak zostało to dotychczas przedstawione.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Mój umysł po twoim tekście o pokucie, Krakusie, znów zawędrował w jakieś dziwne rejony. Zastanowiło mnie, czy ktoś wierzący czyta gejoromansidła i czy się z tego spowiada ha ha No odloty jakieś mam xD Za dużo cukru, czy coś. Nie czuj się winny w każdym razie. Niech tak czuje się ta reszta, która nigdy nic nie skrobnęła (tutaj kiwam na was palcem).
    No tak, w USA są bardzo duże podziały społeczne. Wcale nie jest to taki raj na ziemi, jak nam się wydaje i jak próbują na weprzeć. Zastanawiałam się, czy jednak nie przesadzam z tą przyczepą. Wiem, że tak jest, ale w końcu, hej, mamy 21 wiek. I przecież w Polsce nikt w przyczepie nie mieszka. Jednak oglądnęłam jakiś czas temu "Dwa światy" z Freemanem i trochę mi ulżyło. Bo te dwa światy - hiszpańskojęzyczne slamsy i luksusowa dzielnica, gdzie mieszkają gwiazdy, znajdowały się w tym samym mieście, czyli Los Angeles.
    Matt gdzieś tam był w tle, nie pokazał za wiele. I cóż, jest po prostu introwertykiem. Ale teraz Jack idzie w odstawkę i przyszła pora na jego młodszego brata. Myślę, że to co nam pokaże, może wielu zaskoczyć. I nie mówię, że pozytywnie ;) Santa dziadzieje - po prostu przestaje trzymać gardę.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "I przecież w Polsce nikt w przyczepie nie mieszka." - Nie mieszka, bo to nie ten klimat, na północy USA i w Kanadzie również nie. Za to coraz częściej słyszy się, że ludzie w Polsce z różnych powodów mieszkają w domkach (te raczej nie są budowane w tych celach, ) na działkach, co chyba jest porównywalne do mieszkania w przyczepie w południowych stanach USA.

      Usuń
    2. W Polsce nikt w przyczepie nie mieszka -> to była przenośnia, dość nieudana, jak widzę :) Ja większość życia mieszkałam na osiedlu z wielkiej płyty, gdzie jakaś połowa nie płaciła czynszu i nikt nikogo nie wywalał "do przyczepy". I czuło się, że każdy miał mniej więcej tyle samo, czyli nic. Ale to takie pozostałości dawnego systemu. Teraz dążymy do tego, aby przynajmniej w kategorii posiadania dołączyć do elitarnego klubu Europy Zachodniej, ale wciąż jesteśmy zawieszeni gdzieś pośrodku. Osobiście znam ludzi, którzy potrafią się zadłużyć nie po to, aby np. wymienić nieszczelne okna, ale po to, żeby kupić sobie nowy, modny telefon. A ci, którzy nie nadążają za za stawką w wyścigu lądują, jak to powiedziałeś, w domku na działce.
      Pozdrawiam!

      Usuń