wtorek, 14 lutego 2017

ROZDZIAŁ 20 - Biały sufit nade mną i rana postrzałowa we mnie

Kiedyś już to pisałam, ale powtórzę -> Jest Jack. Yay! W super-pierwszych planach Jack miał być już martwy. Jednak jest taki zajebisty, że jakoś nie mogę go uśmiercić tak na amen. Co jest śmieszne, bo to tylko wytwór mojej i waszej wyobraźni. Jednak nie oznacza to, że jeszcze nie spadnie na niego topór kata he he (obłąkańczy śmiech).
W dniu, w którym ręce zacierają producenci kwiatów, bombonierek i prezerwatyw, życzę wam, aby czekoladki poszły wam jedynie w cycki i tyłki (dla facetów tylko to drugie). Buźka! :*

anta Boy przejechał kciukiem wzdłuż penisa Saszy i zebrał kroplę, która pojawiła się na główce. Oblizał palec i spojrzał w górę, na czerwoną twarz chłopaka.

– Już jesteś już taki sztywny i śliski – stwierdził zadowolony i rozbawiony.
Sasza bywał taki pocieszny. Stał teraz pod ścianą wyprostowany i sztywny jak podczas szkolnego apelu. Powoli kolor z jego policzków rozpływał się na szyję i szczupłą klatkę piersiową.
– No bo... – jęknął Sasza.
No bo Santa Boy nigdy nie zginał karku, nie mówiąc już o klękaniu przed kimkolwiek. A teraz Sasza patrzył z góry na jego lekko skrzywiony w lewo nos, co dało się zauważyć dopiero z tej perspektywy i który znajdował się teraz na wysokości jego fiuta. Santa Boy miał też niesamowicie gęste rzęsy.
Rockman puścił na chwilę członek i odsunął się trochę, by ściągnąć sweter przez głowę. Gdy to robił, rozległy się trzaski, a w powietrzu rozbłysło kilka iskier. Odrzucił ubranie na podłogę w przedpokoju i spojrzał w górę, a Sasza aż przełknął ślinę pod naporem tego spojrzenia. Dłońmi przejechał po malowanej na szaro ścianie. Jej chropowatość pod placami wydała mu się jakaś bardziej dosadna, jakby całe jego wyczekujące ciało stało się wrażliwsze. Santa Boy uśmiechnął się jeszcze w ten swój zwyczajowy, drapieżny sposób i powrócił do pieszczenia członka swojego chłopaka. Przytrzymał go i wziął w usta, na razie płytko. Drugą dłonią ugniatał delikatnie jego jądra. Zdawał się nie być takim entuzjastą seksu oralnego jak Sasza, ale jakieś ćwierć wieku doświadczenia robiło swoje. To prawie tyle, ile on sam żył. Potrząsnął głową, aby nie myśleć, o tym, co ich dzieliło, ale o tym, co łączyło. A były to gorące i chętne usta Santy Boy'a, które właśnie ssały jego fiuta. Czuł rosnącą ekscytację nie tylko tam w dole, ale także w klatce piersiowej, która nagle zrobiła się za ciasna dla jego serca. Oczami prześlizgiwał się po wytatuowanym ciele kochanka. Nie powie tego głośno, ale Santa chyba zapisał się na siłownię. Starał się. Dla niego.
Uczucie sztywnego penisa w ustach nie było jakieś szczególnie przyjemne ani ekscytujące. Jednak rozpalona twarz Saszy i te jego głębokie, jękliwe posapywania były wystarczającą nagrodą, aby się trochę poświęcić. Possał mu jeszcze chwilę, a gdy uznał, że chłopak jest już blisko, uniósł się z kolan i wbił się gwałtownie w jego rozchylone usta. Przycisnął przy tym to chude ciało do ściany za bark, drugą dłonią stymulując penisa. Sasza odpowiadał na pocałunek trochę nieprzytomnie. Zamknął już nawet oczy, po prostu czekając na orgazm. Jęknął, gdy Santa Boy zszedł ustami na to cudowne miejsce w zgięciu szyi. Zassał się na skórze gwałtownie, z premedytacją zostawiając tam bolesną malinkę. Nachylił się jeszcze bardziej, do drobnego sutka Saszy, a gdy go ugryzł, dla chłopaka było już dość. Szarpnął Santę Boy'a za rozczochrane włosy i doszedł mu w dłoń. Częściowo. Trochę na jego spodnie. Rockman nie miał jednak teraz głowy do tak prozaicznych rzeczy, jak sperma na dżinsach. Oczarowany patrzył na zaczerwienioną twarz jeszcze lekko zamglonego przez orgazm Saszy. Splótł dłoń z jego i podciągnął mu rękę po szorstkiej ścianie przedpokoju. Gdy chłopak spojrzał w górę na jego twarz tymi swoimi rybi oczami, pocałował go w rozgrzane czoło, a potem oprał o nie policzek.
– To co? – spytał. – Idziemy spać?
Sasza zmarszczył brwi ze zdziwienia. Spać? Więc Santa Boy przycisnął go do ściany zaraz po przekroczeniu progu, zsunął mu spodnie i zrobił laskę po to, żeby na tym zakończyć i iść spać. To było takie strasznie do niego niepasujące i... miłe w jakiś sposób. Pewnie powinien to po prostu przyjąć. Jednak już dawno doszedł do konsensusu ze swoim wewnętrznym „ja”. Był po prostu straszną suczą, a jak wolał Santa Boy – masosuczką. Wyrwał dłoń z uścisku. Muzyk odsunął się lekko, dając chłopakowi przestrzeń i przyglądał się badawczo jego poczynaniom. Sasza jedną ręką obsunął sobie niżej spodnie z bielizną. Drugą chwycił dłoń Santy, tę ubrudzoną spermą i uniósł do swoje twarzy. Bezceremonialnie na nią napluł i zamieszał palcem wskazującym. Z ust Santy Boy'a wydobył się świst, gdy poprowadził jego rękę pomiędzy swoje rozchylone nogi.
– A chciałem być miły – stwierdził Santa zachrypniętym bardziej niż zwykle głosem. Sytuacja była bez dwóch zdań podniecająca, ale nie mógł ukryć rozbawienia.
– Wiem – odparł Sasza i przyciągnął go za kark do krótkiego pocałunku. – Ale możesz już przestać.
Santa Boy zarechotał. Wyszczerzył się w szerokim uśmiechu, nim wbił się w usta Saszy. Po chwili to jemu i jego językowi przebitemu kolczykiem oddał władzę nad pocałunkiem. Sam skupił swoje zmysły na innych interesujących partiach chłopaka. Wilgotnymi palcami przejechał pomiędzy spoconymi pośladkami do jego odbytu. Najpierw wyczuł lekkie owłosienie, a potem pierścień mięśni. Zaczął masować go opuszkami palców. Zaraz jednak przestał, gdy poczuł bolesne ugryzienie w wargę.
– Przestań się pieprzyć – syknął Sasza najwyraźniej zniecierpliwiony.
– Jeszcze nie za...
– Och, zamknij się już.
Sam zaraz się uciszył, gdy został błyskawicznie odwrócony. Jęknął pod wpływem gwałtowności tego ruchu i siły, z jaką jego naga pierś i policzek spotkały się ze ścianą. Pewnie przez jakiś czas będzie miał po tym pamiątkę. Santa jedną dłonią przytrzymał go za kark, a dwa palce drugiej bez uprzedzenia wbił mu w tyłek, torując drogę dla swojego zapomnianego dotąd fiuta. Sasza zacisnął oczy i trochę bardziej rozstawił nogi. Santa postanowił go puścić, bo chłopak i tak nie ruszy się o milimetr, to przecież byłoby niezgodne z zasadami gry. Przyssał się do jego pleców, zostawiając mu jeszcze kilka malinek. Jedną dłonią wciąż robił mu szorstką i gwałtowną placówkę, a drugą rozpiął swoje spodnie i wydobył z nich penisa.
Sasza uśmiechnął się na dźwięk rozpinanego zamka błyskawicznego. Znów był sztywny i gotowy na bycie przerżniętym. Gdy Santa Boy bezceremonialnie podciągnął go dwoma zgiętymi placami jak hakiem, usłużnie wypiął się bardziej. Zaraz poczuł szarpnięcie włosów i został zmuszony do odchylenia głowy w tył.
– Nie ścinaj tych kudłów. Są bardzo funkcjonalne – powiedział przy jego ucha Santa, nim przeniósł dłoń na jego gardło, ściskając boleśnie żuchwę.
Lekkie duszenie tylko spotęgowało genialne uczucie penisa wdzierającego się do jego wnętrza. Złapał jeszcze jeden głęboki haust powietrza i zacisnął oczy, w których pojawiły się łzy, nim Santa Boy zaczął go pieprzyć. Czuł, że miał słabe nogi i nie mógł skupić myśli na niczym innym poza penisem poruszającym się w jego dupie i uczuciu duszenia. Na szczęście rockman był wielki i silny, więc to on w głównej mierze odpowiadał za ich stabilność. Sasza mógł więc mu wszystko zostawić i po prostu zatopić się w tej radykalnej przyjemności.
Santa Boy dociskał biodra do szczupłego tyłka chłopaka, posuwając go tak, żeby im obu było jak najlepiej. Oznaczało to właściwie, że nie musiał się hamować. Swoimi ciemnymi oczami chłonął rozpaloną do granic możliwości twarz Saszy, która jeszcze bardziej go nakręcała, rejestrując przy tym każdy grymas, który mógłby świadczyć o tym, że przesadził. Nic jednak na to nie wskazywało. Chłopak łapał urywane, łapczywe hausty powietrza i co chwilę marszczył brwi, ale bezsprzecznie było mu dobrze, gdy Santa Boy wciskał w niego penisa. Na tyle, że zapomniał o własnym, więc muzyk uczynnie użyczył mu ręki. Poczuł jednak, że sam zaraz będzie kończył, więc wykręcił mu szyję, by złapać jego usta, gdy będzie napełniał go spermą. Docisnął chłopaka bardziej do siebie, by czuć go całym ciałem podczas orgazmu. Ucałował go i gdy już ochłonął, wyciągnął z niego penisa. Sasza otworzył oczy i popatrzył na niego, jakby wybudził się z letargu. Santa Boy prychnął, bo dojrzał w jego minie coś na kształt rozczarowania, że to już. Skierował do jego rozchylonego wejścia trzy palce i zaczął go nimi posuwać, drugą dłonią masturbując penisa. Sasza oparł rozpalone czoło o zimną ścianę. Po chwili doszedł już drugi raz tego dnia, chociaż nie było nawet siódmej rano.
Po wszystkim Santa Boy wytarł dłonie o dżinsy, które wciąż miał na sobie i usiadł na podłodze. Jego ciało pokryte kolorowymi tatuażami błyszczało od potu. Sasza odlepił się od ściany i skopał spodnie wraz z bielizną, które miał w kostkach. Gdy spojrzał na swojego faceta, ten rozłożył ręce w zapraszającym geście.
– No nie krępuj się. – Zaśmiał się Santa Boy, poprawnie interpretując jego minę.
Sasza uśmiechnął się, a potem do niego podszedł. Ukucnął między nogami Santy Boya, który przyciągnął go do siebie.
– Fajnie było, co? – spytał rockman i pocałował chłopaka nad uchem.
– No – zgodził się Sasza z uśmiechem.
Zamknął oczy i oparł głowę o pierś Santy Boy'a. Mógłby tak zasnąć.
– To, co teraz robimy?
– Idziemy spać – odparł. – Skoro ruchanie było na śniadanie, to będzie też na kolację, a na obiad stek.
– Nie przeceniasz czasem moich możliwości? – prychnął rozbawiony Santa.
– To ty nie doceniasz moich umiejętności.
– Wierz mi, że doceniam. – Rockman wstał, ciągnąc za ręce Saszę, ale ten nie bardzo chciał współpracować. – Mam cię zanieść, księżniczko?
– Jasne – prychnął Sasza, nie wierząc, że to mogłoby się stać.
Zaraz jednak Santa nachylił się nad nim i przerzucił sobie przez ramię jak worek ziemniaków.
– Hej, to wcale nie jest na księżniczkę!
– Mnie się tam podoba – odparł Santa i uderzył chłopaka w nagi pośladek.
Po kilku krokach wylądowali niezgrabnie na łóżku muzyka. Santa Boy chwycił się w teatralnym geście za pierś na wysokości serca.
– Kurwa, przytyłeś.
– Serio?
– Serio, serio. – Ścisnął policzki Saszy jedną dłonią i pokręcił jego głową. – Nawet ci się robią dołeczki, jak szczerzysz japę.
Usnęli tak, jak się położyli, czy brudni, spoceni i roznegliżowani. Gdy Sasza wpadał w objęcia Morfeusza, czując równy oddech Santy Boy'a na uchu, ktoś inny budził się z długiego snu. Ktoś, o kim jego sumienie wolałoby zapomnieć.
***
Jack Hetfield otworzył oczy. Przez parę chwil nie widział nic, tylko rażącą, świetlistą biel. Jego głowa była dziwnie lekka, a ciało ociężałe. Przez moment myślał nawet, że jest sparaliżowany, ale zmusił się do zgięcia kciuka i wbicia paznokcia we wewnętrzną stronę dłoni. Gdy wreszcie jego oczy ponownie przyzwyczaił się do dnia, ujrzał jasny sufit nad sobą ze wbudowanymi świetlówkami. Rozejrzał się wokół. Otaczała go sterylna biel sali szpitalnej. Czyli żył. Na szafce obok łóżka dojrzał wazon z bukietem. Czyli ojciec nie żył. Kwiatki mógł przynieść jedynie Matt, a nie zrobiłby tego, gdyby staruch nadal był na tym świecie. I to nie on go zabił. Policjanci? Nie miał pojęcia.
Dopiero teraz poczuł na twarzy nieprzyjemnie wrzynającą się w skórę maskę tlenową. Całe ciało bolało go od ciągłego leżenia, lecz najbardziej doskwierały mu pojedyncze włosy, które opadły na czoło i policzki. Drażniły go tak, że nie mógł się skupić na niczym innym, ale nawet nie miał siły, aby je odgarnąć. Dlaczego życie musiało być takie wkurwiające? Spróbował przesunąć dłoń na oparcie łóżka, gdzie znajdował się przycisk wzywający pielęgniarkę, ale zsunęła się na pościel. Sapnął sfrustrowany i prześlizgnął się wzrokiem po swoim ciele okrytym cienką kołdrą. Na białym materiale dojrzał długi, falujący włos. Ogniście rudy.
– Głupi dzieciak – mruknął Jack, a maska zniekształciła jego i tak nienormalnie zachrypnięty głos.
Matt był dziś w Amarillo, w rodzinnym domu, więc zjawił się w szpitalu w godzinę po otrzymaniu wiadomości. Gdy tylko odłożył telefon, odczuł niesamowitą ulgę, jakby ściągnięto z jego ramion wielki ciężar. To tylko kwestia najwyżej kilku miesięcy rekonwalescencji, po której Jack zajmie należne sobie miejsce. Zrzuci przy tym swojego brata z tronu, ale on będzie mu za to tylko wdzięczny.
Jack nadal wygląd strasznie, a gdy przez dłuższy czas nie używał maski, z jego płuc wydostawało się nieprzyjemne rzężenie. Jednak jego oczy, nadal butnie błyszczące mówiły, że to był wciąż stary on. Matt zastanawiał się, jak nadal może być taki... jackowaty po tych wszystkich upokorzeniach.
– Co ze starym? – To było pierwsze pytanie, jakie zadał Mattowi. Jego głos brzmiał bardzo nieprzyjemnie.
– Nie żyje – odparł jego brat.
Stał teraz przy oknie oparty łokciem o parapet. Cała bliskość, którą powstała między nimi, gdy Jack był nieprzytomny, wyparowała. Teraz gdy ojciec nie żył, nie było już niczego, co by ich łączyło.
– To wiem – syknął Jack. – Jak?
Nie używał dłuższych zdań, aby się nie rozkasłać. Sprawiało mu to ból. Czuł się jak ostatnie gówno, będąc w takim stanie. Nienawidził być od kogoś zależnym. Nienawidził słabości. Wstydził się jej.
– Zastrzelił się zaraz po tym, jak postrzelił siebie. Chyba sądził, że cię zabił – powiedział Matt.
Dopiero teraz to w niego uderzyło. Benjamin Hetfield zabił się z miłości. Do syna i jego matki. To zawsze byłeś ty, pomyślał i aż zdziwił się ilością żółci, jaka go przy tym zalała. Przez ostanie dni, gdy przejął obowiązki ojca, czuł się fatalnie. Wiedział, że nigdy się w tym nie odnajdzie i poczuł ulgę, na wieść o Jacku, ale rozgoryczenie i tak się pojawiło. Dla Benjamina Hetfielda zawsze był dzieckiem drugiej kategorii.
Zastrzelił się. Wielki Benjamin Hetfield w okutych stalą kowbojkach i z rewolwerem za paskiem się zastrzelił. Co za żałosna śmierć, pomyślał Jack. Nie tak to się miało skończyć. Miał poczuć na swoich kłach krew z jego rozerwanej tętnicy. Kojot miał zagryźć wilka. Nerwy wycisnęły z niego kolejną porcję bolesnego kaszlu, więc opadł na poduszkę i przyłożył maskę do twarzy. Twarda gula jednak nie zniknęła z gardła Jacka Hetfielda.
– Josh tutaj był – zmienił temat Matt. Nie powinni rozmawiać o ojcu, jeśli miało to pogorszyć stan Jacka.
Starszy Hetfield nie odpowiedział wciąż z maską na twarzy, ale nie wydawał się też zaskoczony. Chłopak był jak bezpański pies, który bezwarunkowo pokocha pierwszego, kto pogłaszcze go po wyleniałym pysku. Powinien po prostu stąd spieprzyć, nie oglądając się na nic, w szczególności na niego, a jednak wrócił. Jack był samolubnym draniem, więc nie zamierzał go więcej odganiać. Potrzebował jego naiwnej miłości.
– Jak już stąd wyjdziesz, będzie mógł wrócić do pracy – kontynuował Matt.
Jack popatrzył na brata jak na idiotę, nim ściągnął z twarzy maskę i zapytał:
– Niby po co?
– Myślałem, że zamierzasz go... – Matt podrapał się po karku. – Wiesz.
Jego brat parsknął śmiechem.
– Tak, zamierzam go „no wiesz” – odparł kpiąco. Miał wielką ochotę pognębić swojego brata, małego, słodkiego Matta – nadobną dziewicę, ale obecny stan mu na to nie pozwalał. Jeszcze sobie odbije. – Ale co ma jedno do drugiego?
– Bo teraz wszystko jest, jak chciałeś. Wszystko jest twoje, Jack.
– Myślisz, że interesuje mnie ten ochłap rzucony mi pod nogi? – spytał starzy z braci, marszcząc przy tym groźnie brwi. – W dupie to mam. Poza tym, czy nie mówiłem ci przypadkiem, że zamierzam zostać wędrownym handlarzem garnkami?
– Chyba nie mówisz poważnie?
– Ależ tak – odparł Jack, z lubością obserwując mięśnie grające pod napiętą i nienaturalnie bladą skórą na twarzy Matta. – Wszystko jest twoje.
– To, co niby zamierzasz teraz zrobić?
– Teraz? – Jack wyszczerzył się, ukazując równe zęby. – Teraz zamierzam wysikać się przez rurkę we fiucie. Chociaż szczerze, to nie za wiele zależy tu od mojej woli.
– Boże, Jack – jęknął Matt i pokręcił z dezaprobatą głową. – Ja tu próbuję z tobą poważnie porozmawiać.
Jack westchnął z irytacją. Z jego bratem tak ciężko się gadało. Nie wymagał od niego poczucia humoru, ale mógłby od czasu do czasu wygiąć te swoje wąskie usta japońskiego szlachcica.
– Poważna rozmowa? Proszę bardzo. Jeszcze nie wiem, gdzie pojadę, ale na pewno nie zostanę w tej zapadłej norze. Gdy tylko będę miał na tyle sił, by przytrzymać swojego fiuta podczas szczania, wybywam stąd gdziekolwiek. A mówię „gdziekolwiek” nie dlatego, że tak naprawdę tego nie chcę, czy się boję, ale dlatego, że jestem na tyle nadziany, wykształcony, inteligentny i przystojny, że to może być gdziekolwiek. Byle dalej stąd. Zabiorę też ze sobą tego rudego półmózga, żeby już żaden wąsaty mechanik w przepoconym kombinezonie nie bił go szmatą po głowie.
Zabrakło mu tchu, więc znów musiał przyłożyć maskę tlenową do ust. Zaczęła go od tego boleć ręka. Jego brat wyglądał teraz z dłońmi w kieszeniach garniturowych spodni jak zrugany chłopiec wywołany na środek klasy przez nauczycielkę.
– Ale tobie zawsze o to chodziło. Wiem, że nie nienawidzisz mojej matki i nas. Uważasz, że nie mamy do niczego prawa. Że wszystko należy się tobie... I twojej matce.
– Nie mów o mojej matce – syknął Jack.
– Więc jak możesz teraz to wszystko tak po prostu odrzucić? – dziwił się Matt. – Jakby wszystko to, co dotąd robiłeś, nie miało znaczenia.
– Bo zawsze chciałem mu to wyrwać z gardła najlepiej razem z flakami – odparł starszy Hetfield. – A potem spalić na oczach tego fiuta. Wszystko to, z czego był tak dumny. Wszystko to, co zbudował na cierpieniu mojej matki. To, co nas dusiło przez te wszystkie lata. A on po prostu zdechł, zanim zdążyłem to uczynić. Jak on, kurwa, śmiał! Jak śmiał zdechnąć, zanim nie ujrzał dymiących zgliszczy jedynej rzeczy, którą kochał! Jebany chuj!
Zasłonił usta dłonią, gdy znów dopadł go atak kaszlu, tym bardziej znacznie silniejszy. Matt podszedł do niego, by pomóc mu się podnieść, ale go odtrącił. Gdy w końcu się uspokoił i odsunął dłoń, ujrzał na niej śluz wymieszany z krwią.
– Zawołam lekarza – powiedział Matt. Gdy był już w drzwiach, zatrzymał się i obrócił. – Ty od początku wiedziałeś, kto to zrobił, prawda? – spytał tonem, jakby sobie właśnie coś uświadomił i wyszedł z sali.
Jack opadł na pościel i odetchnął głęboko, co wycisnęło z jego płuc ciche rzężenie. Oczywiście, że wiedział od początku. Widział to w jego oczach, gdy przyjechali sprzedać Cadillaca deVille. Choć pewnie bliżej mu było wiekiem do Jacka, niż do Josha, to był dobry chłopiec. Dobry chłopiec, który zakochał się w bardzo złym gościu. Mały, chudy punk wpatrzony w Santę Boy'a jak w obrazek. Zazdrość? Nie. Rozgoryczenie. To widział w jego rybich oczkach. Jednak był dobrym chłopcem, któremu sumienie nie pozwoliło zniszczyć Jackowi życia. Przerzucił więc odpowiedzialność na kogoś innego. Pytanie tylko na kogo.
Kto nienawidził go na tyle mocno? Jack uniósł przed oczy lewą dłoń. Na małym palcu miał nawinięty rudy włos.
***
Drobny śnieg padał z nieba i topił się zaraz po dotknięciu ziemi lub rudych włosów chłopca siedzącego na schodku przyczepy kempingowej. Gdy Josh spojrzał w górę, jeden z płatków osiadł mu na piegowatym nosie. Wytarł go rękawem bluzy. Nigdy nie widział takiego prawdziwego śniegu. Białej, skrzącej się w słońcu pierzyny zakrywającej wszelaki brud i szarość. Był przekonany, że to się nigdy nie zmieni, bo spędzi tu resztę życia. Teraz wiedział, że już nigdy tutaj nie wróci.
Chociaż urodziny jego i Tracy były tylko kolejną kartką do wyrwania z kalendarza, na której nikt nawet nie zakreślił czerwonego kółka i chociaż nie zmienią niczego jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, czuł, że to wyjątkowa data. Postanowienia zrobione właśnie dzisiaj będą miały specjalną moc. Z tą myślą wstał ze schodka i naciągnął kaptur czerwonej bluzy na głowę. Popatrzył jeszcze na szarą, zdezelowaną przyczepę, nim ruszył przez błoto. Nie obejrzał się za siebie, gdy usłyszał skrzypienie otwieranych drzwi.
– Przepraszam – powiedziała Tracy nieswoim, zagubionym głosem.
Nie przywykła do korzenia się. To nie pomagało przeżyć w tym miejscu.
– Niby za co? – spytał Josh, przystając i odwracając twarz w jej stronę.
– Za to, co powiedziałam dzisiaj i wczoraj, gdy wróciłeś. Wróciłeś, a ja... No, powinnam cię... Mamy urodziny – skończyła płasko, nie umiejąc wysłowić tego, co ciążyło jej na sercu.
– A jutro nie będziemy mieć. – Bliźniak wzruszył ramionami i znów zaczął się oddalać.
– Za to cię nienawidziłam – warknęła Tracy. – Za to, że... Jestem dziwką, bo wszystkie stąd nimi są. Matka ćpała, bo tak już jest. Tak już jest. Urodziliśmy się już tacy, a ty... Siedziałeś skulony w kącie jak ostatni niedorozwój, ale nie jesteś jednym z nas. Od początku nami gardziłeś. Śmiałeś się z nas! A potem jeszcze Jack Hetfield. Przyszedł po ciebie! Właśnie po ciebie! Dlaczego nie przyszedł po mnie?! Dlaczego nikt po nie nie przyszedł?!
Gdy krzyczała za odchodzącym Joshem, jej głos był nienaturalnie wysoki. Załamał się i przeszedł w szloch, a ona upadła na kolana.
– Dlaczego nikt po mnie nie przyszedł?! – powtórzyła, łykając łzy. – Dlaczego ty teraz odchodzisz?! Josh, stój! Nie zostawiaj mnie!
Nie mógł tutaj zostać. To nigdy nie był jego dom. Jego miejsce było przy Jacku, gdziekolwiek to było. Może gdzieś, gdzie pada śnieg? Musiał tylko cierpliwie poczekać, a otrzymany czas wykorzystać na pozbycie się tych, którzy chcieli im przeszkodzić. Musiał tylko ich odszukać. Potrzebny mu był jakiś punkt zaczepienia.
***
Zloty motocyklowe. Tak znalazł mordownię, nieforemny budynek kryty rdzewiejącą blachą falistą, w którym swoją wypłatę krawężnika przepijał Juan. Obserwował dobrze oświetlone wejście, kryjąc się za winklem sklepu po drugiej stronie ulicy. Latynos bez towarzystwa wytoczył się z baru zaraz po północy. Miał zamiar odjechać swoim motocyklem, odpalił już nawet silnik, ale nim zdążył ruszyć, dopadł do niego mężczyzna koło pięćdziesiątki. Po krótkiej szamotaninie odebrał mu kluczyki i wrócił do baru. Juan wykrzyczał jeszcze kilka bełkotliwych przekleństw i zaczął wlec się ulicą. Po kilkunastu minutach skręcił w mniejszą uliczkę i wszedł na nieogrodzone podwórze, które bardziej przypominało złomowisko. Było tam mnóstwo starych, zerdzewiałych sprzętów AGD, podzespołów samochodowych i każdego innego rodzaju żelastwa. Góry śmieci odwracały uwagę od małego, zniszczonego domku. Budynek był naprawdę w opłakanym stanie. Sprawiał wrażenie, jakby miał się rozpaść od najlżejszego podmuchu. Flaga Stanów Zjednoczonych jednak dumnie powiewała z masztu przytwierdzonego obok odrapanych drzwi wejściowych. Juan minął dom i udał się na jego tyły. Tam, wśród kolejnych gór złomu, stał zaparkowany jego kamper. Chwilę to trwało, nim Latynos trafił kluczem do zamka i udało mu się otworzyć drzwi.

Josh przystanął na chodniku przed posesją i z odległości kilkunastu metrów przyglądał się wozowi kempingowemu, w którym przed chwilą zniknął Juan. Sen przypomniał mu o tym wszystkim, co desperacko schował w najdalszych głębinach umysłu. Miał dwa plany na to, jak wydobyć z Latynosa informacje o filmie. Szybko zrezygnował z pierwszego. Nawet Tracy zdarzyło się od czasu do czasu powiedzieć coś mądrego. Przecież Jack by go zabił, gdyby się o tym dowiedział. Poza tym nie był pewien, czy zdołałby się powstrzymać przed odgryzieniem mu tego zawszonego fiuta. Josh przejechał palcem po obudowie scyzoryka, który trzymał w kieszeni bluzy. Druga opcja była znacznie bardziej satysfakcjonująca.

6 komentarzy:

  1. Z odcinka na odcinek bardziej lubię Santę. Ten gbur ma sporo pokładów ukrytego sentymentu do Saszy, który powoli odsłania.
    Co też się roi w rudej, głupiutkiej głowie Josha? Mocno mu kibicuję, bo to taka ofiara losu i zbiegów okoliczności, ale wierna jak psina pomimo traktowania.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz. Po twoim tekście o gburze Sancie i jego ukrytych pokładach sentymentu pomyślałam sobie, że gdy TB było mangą, to Santa byłby takim super sztampowym tsundere :D. Gorące serce za skorupą zaschniętej magmy.
      Ptasie móżdżek Josha działa na pełnych obrotach, co na pewno nie przyniesie niczego dobrego. Jednak akcję trzeba popchać do przodu i wreszcie skończyć TB!
      Pozdrowienia!

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Łał, co za radość z powrotu Jacka do żywych -> aż nie zmieściła się w 1 komencie :) Nice!

      Usuń
  3. Myślę że Josh nas jeszcze zaskoczy...w tym chłopaku drzemią spore pokłady determinacji, nie mogę się doczekać jego interakcji z Jackiem jak ten już dojdzie do siebie - może nawet zaobserwujemy udomawianie Jacka��
    Pozdrawiam i życzę weny - milda

    OdpowiedzUsuń