Uprzedzam, że klimat inny od reszty moich opowiadań. To tylko taki wstęp, teraz skupię się nad jakimś ładnym, nieprzesadnie dramatycznym zakończeniu "Trzech światów".
Pozdrawiam!
Dżungla
tętniła życiem. Bez ustanku wydawała nowe pokolenia na świat i
skazywała na rozpad i zgnicie stare. Dżungla niemal nigdy nie
cichła. Ci, którzy przybyli do niej po raz pierwszy, nieustanny
szmer lasu nazywali najdoskonalszą melodią, której człowiekowi
nie uda się nigdy skopiować. Uszy tubylców ignorowały tą
harmonijną kakofonię, pozostając czujne na najdrobniejsze sygnały
przerwania monotonii dżungli. Od tego zależało ich życie.
Chłopiec skulony pod wielkim
liściem, z którego skapywała woda, zamknął oczy. Nie były mu
teraz potrzebne. Cisza. W dżungli nagle zapadła cisza. Tylko „plum
plam” kropli uderzających o korzeń. Niemożliwe. To już. Tak,
czuł to. Jego mięśnie pozostawały napięte, a włosy na
przedramionach nastroszył się.